1. Kulturowo-polityczne  usytuowanie prezydenta w systemie władzy.

Systemy polityczne we współczesnych demokracjach dążą do osiągnięcia pewnego konsensusu umożliwiającego sprawne ich funkcjonowanie, a opartego na wartościach kulturowych wspólnych wszystkim uczestnikom dyskursu politycznego. Pomimo że USA jest jednym z najbardziej zróżnicowanych kulturowo i etnicznie krajów współczesnego świata, w wypadku prowadzonego tam dyskursu politycznego jego uczestników obowiązują ściśle określone ramy, bez względu na to, do której gałęzi władzy czy też grupy interesu przynależą. Biorąc pod uwagę zarówno rezydujących w Waszyngtonie profesjonalnych polityków: kongresmanów senatorów, urzędników federalnych etc., jak też przeciętnych obywateli z ich nierzadko iluzoryczną wiedzą na temat polityki państwa, należy zauważyć, że osoba prezydenta zajmuje w amerykańskiej kulturze politycznej miejsce szczególne. Będąc strażnikiem i gwarantem wszystkiego, co symbolizuje amerykańskie wartości i kulturę, staje się on najważniejszą osobą w demokracji USA. Należy przy tym pamiętać, że w amerykańskiej kulturze politycznej demokracja nie jest fasadowa, jak np. w wielu krajach Ameryki Łacińskiej w XX wieku, a zatem pewna ciągłość i tradycja wynikająca z tejże kultury ma wpływ zarówno umacniający, jak i ograniczający wszystkie gałęzie władzy, w tym prezydencką.

W demokracji amerykańskiej, której ramy zostały ukształtowane jeszcze przez Ojców Założycieli, przeciwnie niż w wielu krajach europejskich doświadczonych przez potężne kataklizmy dziejowe ostatnich 200 lat, stosunki i zasady kształtujące kulturę polityczną nie są ściśle skodyfikowane czy zinstytucjonalizowane. Wystarczy, że podlegają one powolnej ewolucji z pokolenia na pokolenie, wraz ze zmieniającymi się warunkami społeczno-ekonomicznymi. Nie sposób nie zauważyć, zwłaszcza w przypadku porównania z krajami europejskimi, chociażby z Polską, że wszelkie zmiany w amerykańskim dyskursie są łatwe do zaakceptowania tylko wtedy, gdy można ich dokonać bądź je uzasadnić przy użyciu tradycyjnych wartości trwale obecnych w społeczeństwie amerykańskim. Podział partyjny na demokratów czy republikanów nie ma tu większego znaczenia. Jedyną istotną rzeczą jest coś, co można by określić wspólnotą czy wspólnością kulturową łączącą uczestników dyskursu. Żeby zrozumieć ten fenomen, należy pamiętać, że rozwój amerykańskiej kultury politycznej jest nierozerwalnie związany z wartościami sformułowanymi jeszcze w Deklaracji Niepodległości, które to wartości stanowią fundament świeckiego państwa. Podobnie Konstytucja, będąca dokumentem systematyzującym najważniejsze zasady regulujące wzajemne relacje pomiędzy obywatelami a państwem, ma tu niebagatelne znaczenie. Powoduje ona, że amerykańska przestrzeń publiczna funkcjonuje dość sprawnie i w miarę spójnie, zaś obywatele amerykańscy, chcąc nie chcąc, muszą liczyć się z wielokulturowością i różnorodnością swojego społeczeństwa, szukając w tym jednocześnie jakiejś koherencji. Konflikt pojawia się wtedy, gdy strony dyskursu politycznego odwołują się do tych samych nazw czy wartości, ale różnie je interpretują. Jest to tylko pozorny paradoks. W przeciwieństwie do znanej nam tradycji kontynentalnej Europy, amerykańska kultura polityczna podlegała stałej ewolucji, nie zaś rewolucji, a zasady funkcjonowania społeczeństwa nie były wprowadzane poprzez zbiór taksonomicznych uregulowań, tylko na zasadzie dowolności interpretacji. Dość wspomnieć, że przy europejskiej „normie”, którą stanowią konstytucje liczące zazwyczaj kilkaset lub więcej artykułów, amerykańska wygląda zgoła odmiennie. Problemy pojawiające się w demokracji amerykańskiej nie są rozstrzygane ani w sposób rewolucyjny, ani też przy użyciu szczegółowych aktów normatywnych (vide Traktat Lizboński), lecz dzięki ewolucyjnym zmianom, głosowaniom powszechnym oraz dzięki szczegółowo opracowanym i publicznie konsultowanym reformom w sferze instytucjonalnej. Jak pisze Bohdan Szklarski

Konflikt o to, kto reprezentuje prawdziwą Amerykę, został rozstrzygnięty nie przemocą i przez radykalną zmianę, lecz dzięki otwartym obradom specjalnej komisji, karcie do głosowania i reformom wewnątrz istniejących instytucji. Zwycięsko z tego starcia wyszła tradycja polityczna, umocniona przez to, że obie strony legitymizują swe wizje polityki z odwołaniem do wartości credo, głosząc potrzebę zmian w imię reprezentatywności instytucji demokratycznych, wolności jednostek i ich równości wobec prawa (Szklarski 2006, s. 131).

Rzeczywistość amerykańskiej kultury politycznej nie jest jednak tak przejrzysta, jak mogłoby się wydawać z powyższych wywodów. Sam Szklarski dalej zauważa, że wielu teoretyków skłonnych jest zakładać, iż amerykańska kultura polityczna funkcjonuje w Gramscianskim duchu: jako ideologia hegemoniczna. Chociażby Noam Chomski określa konsens co do wartości credo i instytucji politycznych go tworzących „stanem [fałszywej] świadomości sztucznie wytworzonym w umysłach ludzkich przez media służące interesom wielkiego biznesu” (Chomsky 1990, s. 23). Z kolei Richard Wilson proponuje dla amerykańskiej  kultury politycznej miano complience ideology (ideologia przyzwolenia), gdyż charakterystyczna dla niej nader łatwa akceptacja stosunków społecznych daje większości społeczeństwa złudne poczucie kontroli nad instytucjami systemu politycznego (Wilson 1992). Co ciekawe, wnioski neomarksistowskich uczonych często bywają zbieżne z wnioskami prawicowych intelektualistów, jak chociażby z tezami Samuela Huntingtona zawartymi w książce The Promise of Disharmony (1981). Podsumowując: zarówno prawicowi, jak i lewicowi krytycy amerykańskiej kultury politycznej upatrują źródła kryzysu systemu w odejściu od ideałów Ojców Założycieli.

Jeśli chodzi o język dyskursu politycznego, to należy zwrócić uwagę, że toczy się on przede wszystkim w obszarze wartości amerykańskiego credo, zaś zakres różnic ideologicznych jest dość niewielki. Oczywiście przez zakres rozumiemy ten dyskurs, który jest ogólnodostępny dla przeciętnego Amerykanina, a więc taki, który można łatwo śledzić za pośrednictwem mediów elektronicznych. Jak zauważa Szklarski:

Obraz polityki w mediach, skoncentrowany jest na najważniejszych wydarzeniach i aktorach, pokazujący je przeważnie przez pryzmat roli prezydentury, umacnia efekt centralizacji polityki wywołany dominującą pozycją wartości credo w porządku normatywnym amerykańskiej demokracji. Ponieważ większość najważniejszych aktorów sceny publicznej cechuje świadomość ograniczeń nakładanych na nich przez kulturę polityczną, medialny obraz polityki ma walory harmonizujące (Szklarski 2006, s. 134).

Szczególnie wyraźnie objawia się to w sytuacji sporów politycznych. Każda ze stron dyskursu używa stosownej retoryki, by przedstawić się świadomości wyborców jako ta, która reprezentuje powszechnie akceptowane wartości kultury politycznej. Jeśli zaś chodzi o wyborców, to odwołania do tradycji politycznej i amerykańskiego credo składają się na nieodzowny punkt odniesienia prowadzący do osiągnięcia kompromisu czy też konsensusu w sprawach ich dotyczących. Stąd widać wyraźnie, że

Dyskurs publiczny nabiera przez to cech celebrowania wspólnoty, a sfera publiczna ulega rytualizacji. Rytualizacja ta dochodzi do głosu nie tylko w okolicznościach świąt, parad, wieców i wielkich wydarzeń masowych […], ale wnika poprzez ograniczoność dyskursu do codziennej polityki. Rywalizację między aktorami sceny politycznej można przedstawić jako konkurs o stanowisko mistrza ceremonii panującego nad rytualną celebrą (Szklarski 2006, s. 134).

W tym kontekście urząd prezydenta jawi się jako funkcja kluczowa, zarówno w sensie kulturowym, jak i politycznym. Ponieważ osoba prezydenta trwale występuje w świadomości wszystkich Amerykanów, daje mu to zdecydowanie uprzywilejowaną pozycję w obrębie dyskursu politycznego.

2. System polityczny na styku mediów wielkiego biznesu i grup interesu

25 stycznia 1898 roku jeden z najnowocześniejszych amerykańskich okrętów wojennych zacumował na Kubie, w porcie w Hawanie. Był to krążownik USS Maine wysłany przez rząd amerykański na Kubę w celu dokonania demonstracji siły. Zaledwie trzy tygodnie później, tj. 15 lutego 1898 r., w wyniku gigantycznej eksplozji okręt rozpadł się i zatonął, zaś 260 członków załogi zginęło. Pytanie o przyczynę eksplozji do dzisiaj pozostaje bez odpowiedzi. Tymczasem w USA zapanowało powszechne przekonanie, że eksplozja została spowodowana przez nieprzyjacielską (hiszpańską) minę. Osobą, która rozpowszechniała tę informację i „podgrzewała” atmosferę, był magnat prasowy Wiliam Randolph Hearst. Już 17 lutego tytuły jego gazet brzmiały „THE WARSHIP MAINE WAS SPLIT IN TWO BY AN ENEMY’S INFERNAL MACHINE.”[1] „WAR SURE”[2]. Dalszy opis wydarzeń nie pozostawiał złudzeń, że wrogiem jest Hiszpania. I chociaż nie dysponowano żadnymi dowodami, większość Amerykanów wierzyła w to, w co chciała uwierzyć. Pod wpływem gazet ludzie zaczęli domagać się wojny z Hiszpanią. Popularnym zawołaniem stało się „Remember the Maine” [3]. W kwietniu 1898 prezydent McKinley zażądał wycofania się Hiszpanii z Kuby i tak rozpoczęła się wojna hiszpańsko-amerykańska. Wojna poprzedzona intensywną kampanią medialną.

Powstaje zatem pytanie: co opisana powyżej sytuacja ma wspólnego z tematyką współczesnych mediów oraz modelem amerykańskiej prezydentury? Pozornie niewiele, a faktycznie bardzo dużo, jeśli nie wszystko. Oczywiście z biegiem lat krajobraz medialny ulega zmianie. Siłę oddziaływania prasy zastępuje najpierw radio, potem telewizja, wreszcie Internet i związane z nim coraz bardziej wysublimowane, ale też coraz powszechniejsze formy przekazu (np. spotkania oraz konferencje w SL[4]). Jeden fakt – od końca XIX i początków XX wieku aż po dziś dzień – pozostaje niezmienny: media stanowią realną siłę, która kształtuje kulturowy, polityczny i gospodarczy pejzaż nie tylko Ameryki, ale całego współczesnego świata.

Na gruncie europejskim i amerykańskim zjawisko rozwoju mediów zazwyczaj wiązane jest z mechanizmami funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego. Wolne media są warunkiem sine qua non istnienia wolnego i demokratycznego społeczeństwa. To właśnie dzięki nim możliwa jest swobodna wymiana myśli oraz mobilizacja i organizacja różnych grup społecznych. To właśnie media zagospodarowują sferę publiczną, działając opiniotwórczo, ale też tworząc mechanizm kontroli nad strukturami władzy, co w sposób istotny wpływa na kształtowanie się współczesnych ustrojów demokratycznych. Owa opiniotwórcza i kontrolna rola mediów oraz ludzi z nimi związanych nie zawsze ma wydźwięk pozytywny. Równie często może być polem dla manipulacji i nadużyć. Zwłaszcza w sytuacji, gdy władza, biznes i media przenikają się wzajemnie. W tym kontekście nie dziwi fakt, że wielu amerykańskich kongresmanów i większość prezydentów USA to członkowie elity finansowej kraju. Brak formalno-prawnych ograniczeń w dysponowaniu środkami własnymi na kampanie wyborcze zdecydowanie uprzywilejowuje osoby już majętne i mające dostęp do mediów. Wystarczy przywołać przykład Michaela Bloomberga, właściciela wielkiego holdingu medialnego. Kandydując na stanowisko burmistrza Nowego Jorku w 2001 roku, wydał on 74 mln dolarów, wygrywając wybory. W roku 2005 osiągnął kolejne wyborcze zwycięstwo, wydając zbliżoną kwotę 77 mln dolarów. Kandydatom przysługuje oczywiście dofinansowanie kampanii ze środków budżetowych, ale w porównaniu z możliwymi nakładami własnymi są to kwoty niewielkie. W wypadku wyborów prezydenckich dużą popularnością cieszą się na przykład przyjęcia organizowane przez kandydatów. Prawo uczestnictwa w tego typu wydarzeniu kosztuje często bajońskie sumy, a zebrane wówczas środki zasilają budżet kampanii danego kandydata. Co zaś się tyczy samych kampanii wyborczych, to bez względu na  środki na nie przeznaczone oraz działalność różnych grup interesu, wyborcy i tak mają problem z dostrzeżeniem istotnych różnic programowych pomiędzy kandydatami z różnych partii. Stąd nader często ich uwaga skupia się na wyglądzie czy cechach osobistych kandydata, zwłaszcza jeśli kontrastują one z cechami jego konkurenta. Duży nacisk kładziony jest także na język dyskusji, będący istotnym sposobem jej kontroli. W 1994 roku w trakcie trwania kampanii wyborczej GOPAC, będący rodzajem Komitetu Politycznego Partii Republikańskiej, przygotował nawet specjalny film instruktażowy dla swoich kandydatów.

Instruktaż oferował dwa zestawy określeń, pozytywnych dla scharakteryzowania siebie i negatywnych dla opisania kontrkandydatów. Przykładami słów pozytywnych były: szanse, obywatel, pionier; negatywne to: rozkład, upadek, kryzys. (Kozłowski, 67)

Należy pamiętać, że w USA, w przeciwieństwie do politycznego obyczaju wielu krajów europejskich, w trakcie kampanii bez oporów upublicznia się fakty z życia osobistego czy rodzinnego kandydata. Zależnie od sytuacji można kogoś w ten sposób wypromować bądź też odwrotnie – pogrzebać jego szanse w wyborach. Znani liderzy republikanów, jak Bob Livingstone, Newt Gringrich czy Trent Lott, stanowią dobry przykład, jak sprawy osobiste czy nierozważne wypowiedzi są w stanie złamać karierę nawet bardzo wpływowego polityka. Z drugiej strony niektórym, jak chociażby prezydentowi Clintonowi, udaje się utrzymać na stanowisku pomimo publicznego udowodnienia kłamstwa i cudzołóstwa, co w pamiętającej swe purytańskie korzenie Ameryce zazwyczaj oznacza polityczną śmierć. Ciekawy, a nawet nieco kuriozalny, zwłaszcza w kontekście ostatniego przypadku, pozostaje fakt, że Amerykanie powszechnie akceptują rozwody polityków, nie akceptując jednak ich pozamałżeńskich związków.

Typowych przykładów strategii sięgania po niechlubne fakty z życia osobistego kandydatów dostarcza prezydencka kampania wyborcza z 2004 roku. Sztab demokratycznego kandydata na prezydenta Johna Kerry zarzucił starającemu się o reelekcję Bushowi, że zamiast wziąć udział w wojnie wietnamskiej 29 lat temu, odbył rodzaj służby zastępczej w Gwardii Narodowej. Sugerowano, iż Georgie W. Bush wykorzystał sytuację, że jego ojciec, Bush senior, był w tym czasie szefem CIA i, mówiąc kolokwialnie, wymigał się od poboru do wojska. Sam Kerry zgłosił się na wojnę na ochotnika, był kilkakrotnie ranny i został nawet odznaczony. Odpowiedzią sztabu Busha były spoty reklamowe negujące dokonania Johna Kerry na wojnie oraz sugerujące, że w jego historii więcej jest fikcji niż prawdy.

Oprócz prowadzenia kampanii negatywnej, jedną ze skutecznych strategii walki wyborczej jest popieranie kandydatów spoza dwóch wielkich partii, co ma na celu odebranie części głosów konkurencji. Taka sytuacja miała miejsce w 2004 roku, kiedy to republikanie wsparli finansowo i logistycznie weterana wielu kampanii prezydenckich, Ralpha Nadera, umożliwiając mu zarejestrowanie się na listach wyborczych kandydatów w wielu stanach, miedzy innymi na słynnej z poprzedniej kampanii Florydzie. Ponieważ Nader odwoływał się przede wszystkim do lewicowego elektoratu, takie działanie miało ewidentnie na celu odciągnięcie wyborców od Kerry’ego.

Prawo wyborcze jest przy tym zadziwiająco restrykcyjne dla kandydatów niezależnych. O ile w większości stanów rzeczony kandydat musi zebrać od kilkudziesięciu do stu tysięcy podpisów lub uzyskać poparcie minimum 5% zarejestrowanych wyborców (registered voters), o tyle rejestracja kandydata republikańskiego czy demokratycznego  zwykle stanowi formalność, gdyż wystarczy do niej zaledwie kilka tysięcy podpisów. Poza tym zgodnie z prawem wyborczym z 1974 roku kandydaci republikanów i demokratów, w przeciwieństwie do kandydatów niezależnych, otrzymują dofinansowanie ze środków publicznych pod warunkiem nieskorzystania ze środków prywatnych. W ostatnich jednak latach kandydaci często rezygnują ze środków publicznych już na etapie prawyborów (primaries). Dzieje się tak, ponieważ dofinansowanie prywatne znacznie przewyższa to publiczne. W wyborach prezydenckich z 2004 roku obaj kandydaci zgromadzili sumy przewyższające 300 mln dolarów, co wobec dofinansowania publicznego – rzędu ok. 70 mln – było kwotą znacznie bardziej imponującą. Z kolei kandydat niezależny może otrzymać dotację z funduszy publicznych dopiero po wyborach i to pod warunkiem, że uzyska minimum 5% głosów w skali całego kraju, co przy dominacji dwóch wielkich partii jest praktycznie niemożliwe. Podobne uregulowania nie dziwią, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że Federalna Komisja Wyborcza składa się z trzech przedstawicieli demokratów i trzech republikanów.

Kolejnym przypadkiem odzwierciedlającym uprzywilejowaną pozycję dwóch wielkich partii jest kwestia debat prezydenckich. Zarządzająca nimi Commision on Presidential Debates[5] posiada w swoim składzie sześciu republikanów i sześciu demokratów, co w praktyce oznacza wykluczenie z debaty kogokolwiek spoza tych dwóch partii:

Przed wyborami 2000 roku, dla nadania swej decyzji pozorów obiektywności, Komisja ustaliła, że zaprosi do debaty kandydatów, którzy w badaniach opinii publicznej przed debatą uzyskali 15% poparcia. Debaty powinny być jednak otwarte dla wszystkich kandydatów, dla których istnieje matematyczne prawdopodobieństwo zdobycia większości głosów elektorskich (tzn. są zarejestrowani w stanach, które łącznie mają 270 głosów elektorskich). Liczba takich kandydatów spoza rządzącego partyjnego duopolu wynosiła w ostatnim ćwierćwieczu od dwu do pięciu, zaś kandydatów zarejestrowanych we wszystkich 50 stanach – od zera do dwu. Opinia publiczna jednoznacznie popiera uczestnictwo w debatach kandydatów trzecich partii. W badaniu opinii publicznej Zogby w 2000  roku uczestnictwo w debacie Ralpha Nadera (znanego obrońcy praw konsumenckich, twórcy organizacji Common Citizen) poparło 61% respondentów, Pata Buchanana zaś (amerykańskiego konserwatysty startującego w barwach Reform Party, a wcześniej dwukrotnie ubiegającego się o nominację Republikanów  – 59%. (Kozłowski, 71).

Tymczasem praktyka wyglądała w ten sposób, że ani w roku 2000, ani w 2004 Ralph Nader nie został dopuszczony do debaty. Podobna, a nawet bardziej drastyczna, sytuacja miała miejsce wcześniej, w 1996 roku, kiedy nie zezwolono na udział w debacie multimilionerowi z Teksasu, Rossowi Perotowi, kandydatowi Reform Party, gdyż zagroziłoby to pozycji kandydata republikanów Boba Dole’a. Perot cieszył się szerokim poparciem społecznym, a w poprzednich wyborach prezydenckich z 1992 roku głosowało na niego blisko 20 mln Amerykanów.

Jeśli chodzi o same debaty prezydenckie, to zwłaszcza obecnie, są one raczej starannie wyreżyserowanymi spektaklami dla wyborców niż miejscem ścierania się realnych koncepcji i poglądów. Zarówno ich scenariusz, jak i przebieg zostają dokładnie określone przez sztaby wyborcze kandydatów:

W roku 2004 George’a Busha reprezentował James Baker, były  sekretarz stanu, zaś senator John Kerry był reprezentowany przez Jordana Vernona, wpływowego adwokata i negocjatora politycznego. Negocjatorzy spotykają się za zamkniętymi drzwiami i przygotowują tajną umowę dotyczącą debat pod nazwą Memorandum of Understanding. Umowa ta bardzo precyzyjnie określa sposób prowadzenia debat. Zapisane jest w niej, kto będzie uczestniczył w debatach, kto będzie zadawał pytania, czy będą pytania dodatkowe, czy pytania z sali będą wcześniej przeselekcjonowane przez moderatora. Dokument ten trafia do Komisji Debat Prezydenckich, która oczywiście posłusznie go zatwierdza (Kozłowski, 72).

W ten sam sposób zostały ustalone reguły kampanii prezydenckiej z 2004 roku. Umowa wykluczała możliwość zadawania przez kandydatów pytań. Czas odpowiedzi był ściśle ustalony i nie mógł przekroczyć 120 sekund, co wykluczało dłuższą dyskusję czy też wprowadzenie do wypowiedzi elementu spontaniczności. Odpowiedzi na pytania znane jeszcze przed debatą były zwyczajnie wyuczone i wytrenowane. Uprzednio wyselekcjonowane i posadzone na z góry określonych miejscach osoby z sali miały obowiązek wcześniejszego dostarczenia pytań moderatorowi debaty. W razie jakiegokolwiek odstępstwa od ustalonego pytania traciły one prawo głosu. Oczywiście –  analogicznie do wcześniejszych kampanii prezydenckich – przedstawiciele innych partii czy kandydatów niezależnych nie zostali dopuszczeni do debaty:

W roku 1996 aż ¾ Amerykanów chciało uczestnictwa w debacie niezależnego kandydata na prezydenta, milionera Rossa Perota, który podnosił kwestie utraty miejsc pracy związanych z umowami o wolnym handlu oraz wpływu lobbingu na decyzje polityczne zapadające w Washingtonie. Jednak -[…]- nie został on do debaty dopuszczony. Debaty prezydenckie zastąpione więc zostały w praktyce podniesionymi do szczególnej rangi dwupartyjnymi konferencjami prasowymi (Kozłowski 73).

Sytuacja staje się wyjątkowo wymowna, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że to właśnie kandydaci niezależni mają odwagę nawiązywać do kwestii szczególnie istotnych dla społeczeństwa amerykańskiego –  kwestii celowo pomijanych przez reprezentantów obozu demokratów i republikanów. Jest oczywiste, że z przyczyn czysto koniunkturalnych kandydaci tych dwóch partii unikają dyskusji o problemach, które mogłyby im zaszkodzić w sondażach. Co nie znaczy, że gdy któryś z nich, wygrawszy wybory, zasiądzie w Białym Domu, nie będzie musiał podejmować decyzji trudnych i niepopularnych. Kampania wyborcza, jak widać, rządzi się jednak swoimi prawami.

3. Iluzoryczność wiedzy prezentowanej w mediach (od relacji do manipulacji)

Pomimo dynamicznego rozwoju Internetu i nowych technologii telewizja wciąż pozostaje głównym źródłem wiedzy o świecie dla przeszło ¾ Amerykanów. Stacje telewizyjne, takie jak: Fox News, NBC, CBS, ABC, CNN, a zwłaszcza ich sztandarowe programy informacyjne, zarówno lokalne, jak i krajowe, mają znaczny wpływ na kształtowanie opinii przeciętnego obywatela lub, jak kto woli, na robienie mu „wody z mózgu”. Prowadzi to de facto do zagubienia tegoż obywatela w sferze publicznej, spowodowanego zatarciem granicy między rzeczywistością a fikcją. Przykładów zmanipulowania opinii publicznej przez media jest tak wiele, że coraz trudniej odróżnić medialne mistyfikacje od faktów. Chociażby sprawa z 2006 roku: rzekomy atak na amerykańskie samoloty pasażerskie na trasie Londyn-Nowy Jork przeprowadzony przy pomocy płynnych materiałów wybuchowych. Chociaż brytyjskie śledztwo było dopiero w toku i nie istniały żadne przekonywujące dowody potwierdzające planowany atak, na wniosek strony amerykańskiej podejrzanych aresztowano. Nawet jeśli wkrótce ich zwolniono, oczywiście z braku dowodów, to nagłośnienie sprawy w mediach sprawiło, że zamierzony efekt propagandowy polegający na poprawieniu spadających notowań G.W. Busha został osiągnięty. Ponieważ podobne manipulacje przestają być rzeczą akcydentalną, lecz stają się nagminne, ma to istotny wpływ na sposób odbioru informacji przez przeciętnego Amerykanina. W efekcie dla tego ostatniego dochodzi do zatarcia się granic między tym, co rzeczywiste a tym, co media określają jako rzeczywistość. Jak podkreśla Szklarski (Szklarski, 226) za Nimmo i Coombsem: od końca XX wieku za rzeczywiste uchodzi to, co prezentowane przez media, zaś świat wokół nas jest rzeczywistością „zmediowaną”, tzw. mediated reality, a więc odbieraną za pomocą mediów, których przekaz stanowi (re)konstrukcja zdarzeń. Zastanawia wielość owych rekonstrukcji. Na dobrą sprawę każda z nich może aspirować do roli prawdy obiektywnej czy też zobiektywizowanego przekazu. Ważny pozostaje jedynie stopień wiarygodności tegoż przekazu (lub przekazów) dla odbiorców. W tym miejscu pojawia się problem intertekstualności przekazu, a więc takiego tekstu, który jest swoistym kolażem czy kompilacją innych tekstów, wcześniej upublicznionych i znanych odbiorcom. Warto pamiętać, że obecnie na tekst polityczny ex definitione składają się nie tylko słowa pisane, ale też filmy, obrazy, zdjęcia czy przekaz internetowy. Jak zauważa Szklarski, prezydenckie wystąpienie na wiecu to nie tylko słowa, których często nikt pół godziny później nie pamięta, lecz przede wszystkim sama sytuacja, usytuowanie przywódcy względem tłumu, jego zachowanie, gesty, mimika, tło, kolor, muzyka, odgłosy wyborczego zgromadzenia. Dopiero w połączeniu z tymi warunkami, które można nazwać kontekstem wystąpienia, ze słów, obrazów i wrażeń powstaje tekst polityczny. (Szklarski, 226). Na gruncie amerykańskim niezmiernie istotne jest wplatanie w teksty polityczne możliwie czytelnej symboliki kulturowej, dokładnie dopracowanej co do treści i formy. Zwiększa to znacznie zarówno wiarygodność przekazu, jak i wiarygodność osoby odpowiedzialnej za ów przekaz. W ten sposób amerykańska polityka toczy się od dziesięcioleci: od wiecu do wiecu, od kampanii do kampanii. Zmieniają się główni aktorzy sceny politycznej, lecz zasady funkcjonowania tej sceny pozostają raczej niezmienne.

Bibliografia

Chomsky, Noam, 1990, Manufacturing Consent, Cambridge: MIT Press

Huntington, Samuel, 1981, The Promise of Disharmony, Cambridge: Belknap

Press

Kozłowski, Sławomir, Grzegorz,; 2008, Ameryka współczesna, Lublin:

Wydawnictwo UMCS

Nimno, Dan; Coombs James, 1983, Mediated Political Realities, New York:

Longman

O’callaghan, Bryn, 2004, An Illustrated History of the USA, Edinburg Gate:

Longman

Szklarski, Bohdan, 2006, Przywództwo symboliczne: Między rządzeniem a

reprezentacją, Warszawa, Instytut Studiów Politycznych PAN

Wilson, Richard, W., 1992, Compliance Ideologies: Rethinking Political Culture,

Cambridge: Cambridge University Press


[1] Okręt wojenny Maine rozpadł się na pół na skutek piekielnego nieprzyjacielskiego uderzenia; tłumaczenie Rafał Zygmunt

[2] wojna pewna; tłum. R. Zygmunt

[3] pamiętajcie o Maine; tłum. R. Zygmunt

[4] Zakład Teorii Kultury i Metodologii Nauk o Kulturze

Instytut Kulturoznawstwa UMCS

Internet – Nowe Media – Kultura 2.0.

Perspektywy rozwoju wirtualnej nauki i edukacji

Second Life (Wyspa UMCS), 5 – 6 listopada 2010, Konferencja

[5] Komisja ds. Debat Prezydenckich, tłum. Rafał Zygmunt

Comments are closed.