Wojna, kultura, człowiek

Wojna trwa stale, z małymi przerwami od tysiącleci pustosząc kulę ziemską. Zdaje się być wręcz naturalnym stanem porządku rzeczy, okresowo trwającym i wybuchającym z rożną siłą między grupami społecznymi homo sapiens. Jednych czyni nędzarzami, innych wynosi na szczyt bogactwa i władzy: „Plagi wojny nie sposób zrozumieć, dopóki nie uzna się, że każdy agresor wszczyna wojnę, by odnieść z niej korzyści. Mężczyźni współpracują jako wojownicy nie dlatego, że są socjopatami albo głupcami, lecz dlatego, że (…) spodziewają się zyskać coś dzięki wygranej.”[1] Wojny wywołują, walczą na nich, zabijają i giną, wygrywają lub przegrywają mężczyźni i to oni są odpowiedzialni za zniszczenia i śmierć. Dużą rolę odgrywa tu męska agresja, chęć dominacji, niszczenia i towarzyszące im niekontrolowane emocje: „natura przeznaczyła mężczyzn do większych osiągnięć we wszelkich działaniach wymagających agresji i wysiłku fizycznego.”[2] Co więcej, mężczyźni są sprawcami czynów agresywnych w czasie pokoju, jak też większości zabójstw z użyciem broni palnej, co wynika także z tego, że są oni jej głównymi użytkownikami. Agresja i przemoc są domeną mężczyzn.[3] Jedyną usankcjonowaną kulturowo okazją, kiedy społeczeństwo pozwala tym „urodzonym do zła” na swobodne wyładowanie agresji jest właśnie wojna. Wtedy wrogowi można czynić wszystko to, czego prawo i tabu surowo zabrania wobec członków własnej społeczności. W czasie wojny pożądane są okrucieństwo i sprawność w zabijaniu wroga, „dozwolone są poczynania, które poza tymi okazjami uchodzą za najcięższe świętokradztwa i najbardziej niewybaczalne zbrodnie(…)”.[4] Wojna to niczym nieograniczony paroksyzm niszczącego chaosu, a jej bohaterem staje się morderca, zabijający jak największą ilość ludzi. Nie ma tu mowy o ustalonych regułach, a tym bardziej rycerskości, czy okazywaniu litości wobec przeciwnika.

Konflikty zbrojne istnieją tak długo, jak trwa sama ludzkość. Warunki, cele i sposoby ich prowadzenia zmieniają się pod wpływem technologii, a religie i ideologie dostarczają dla nich uzasadnienia. W większości wojen, zarówno tych starożytnych, jak i współczesnych, niezależnie od ich ekonomiczno – społecznych przyczyn, obecny jest aspekt kulturowo – religijny, stający się często źródłem konfliktów: „Racjonalistyczna ideologia, kapitalizm i totalitaryzm igrały z ogniem starając się nie dostrzegać duchowego wymiaru jednostek i ludów. Teraz widzimy tego rezultat: wzmożony fanatyzm i przejawiająca się w nim potrzeba duchowości, która nie może się zrealizować.”[5] Wiele ideologicznych paradygmatów, jak oświeceniowy postęp, czy socjalistyczny internacjonalizm, wpisuje się w nieudane próby zapewnienia pokoju na świecie. Trzy dominujące, monoteistyczne religie nie oparły się pokusie usprawiedliwiania przemocy. Dotyczy to zwłaszcza islamu, w który wpisana jest „święta wojna” z niewiernymi oraz chrześcijaństwa, posługującego się pojęciem „wojny sprawiedliwiej”.[6]

Filozofia, psychologia, socjologia, czy antropologia kultury starają się wyjaśnić przyczyny wojen i towarzyszącego im nieodmiennie okrucieństwa. Filozofowie i myśliciele zajmujący się społeczeństwem, upatrują przyczyn wojen w naturze ludzkiej (Machiavelli, Hobbes), własności (Montesqieu, Rousseau), dominacji i władzy jednej klasy nad innymi (Marks, Lenin). Interesującą wykładnię wojny i pokoju sformułował właśnie Lenin, twierdząc, że „w efekcie końcowy pokój oznacza po prostu komunistyczne panowanie na całym świecie.”[7]

Niezależnie od religii i ideologii, najważniejszą i stałą częścią składową każdej wojny pozostaje człowiek, w celu zabijania posługujący się przeróżnymi narzędziami.
Od pradawnych, najprostszych, jak zaostrzony kij, czy krzemień, poprzez średniowieczny długi łuk (zapewniający Anglikom dominację na polach bitew średniowiecznej Europy), poprzez karabin ładowany odtylcowo (ułatwił armii pruskiej zwycięstwo nad Francuzami w 1870), do pistoletu maszynowego (Radziecka Pepesza będąca cenną zdobyczą dla każdego niemieckiego żołnierza na froncie wschodnim), czy wreszcie ultranowoczesnej broni palnej, czołgów, samolotów, rakiet, i broni jądrowej. Nawet jednak, jeśli współczesna technologia pozwala na szybkie, niezawodne, czyste i wręcz eleganckie zadawanie śmierci na odległość, unicestwianie już nie jednostek, a miast, armii, czy całych światów, to wciąż potrzebny jest ktoś, kto naciśnie odpowiedni guzik, rozpoczynający sekwencję ostatecznego odliczania.

Technologia wyznacza zasady prowadzenia wojen, pozwalając na konstrukcję coraz bardziej skutecznej, czyli śmiercionośnej broni. Paradoksalnie ten wyścig zbrojeń oprócz napalmu, broni chemicznej, bomby atomowej, czy innej broni masowego rażenia, przyniósł ludzkości tak ważne leki jak sulfonamidy i antybiotyki (testowane i wprowadzane w czasie II Wojny Światowej). Wojny XX wieku wyzwoliły także niebywałe skoki technologiczne, przynosząc epokowe wynalazki jak radar, samoloty odrzutowe, czy komputery. Warto wspomnieć, że to dzięki skłonieniu do współpracy genialnego niemieckiego naukowca, Wernera von Brauna, ojca V – 2, Amerykanie zbudowali rakietę Saturn i wdrożyli program Apollo, zakończony lądowaniem na Księżycu. Mały krok dla człowieka, a wielki dla ludzkości, został poczyniony dzięki naukowcowi i oficerowi SS, zbrodniarzowi odpowiedzialnemu za śmierć więźniów obozów koncentracyjnych, pracujących w podziemnych fabrykach Wunderwaffe i ludzi ginących pod gruzami ostrzeliwanego rakietami Londynu. Postęp technologiczny powoduje skrócenie interwału czasowego pomiędzy kolejnymi wojnami: „I wojna światowa rozpoczęła się po 44 latach od ostatniego konfliktu,
a II wojna światowa już po 21 latach. Ponadto okres pokoju w wymiarze globalnym po II wojnie światowej nie oznacza zaniku zjawiska wojny w wymiarze lokalnym.”[8] Większe,
czy mniejsze konflikty trwają nieustannie przez cały XX wiek, który przynosi także nowe wymiary wojen, jak: zimna wojna, terroryzm, czystki etniczne, masowe morderstwa ludności cywilnej, dekolonizacja. Bronią, która jest ostateczna, a jej apokaliptyczna siła została sprawdzona w Hiroszimie i Nagasaki, jest bomba atomowa: „Hiroszima oznacza radykalną zmianę strategii i teorii wojny. Nic już nie będzie takie, jak przedtem. Rzecz w tym, że broń atomowa oddziaływa, nawet, jeśli się jej nie stosuje: po prostu jest. To środek nacisku; zawsze można po niego sięgnąć, a jego potencjał niszczycielski niweczy wszelkie dotychczasowe rozważania nad wojną.”[9] Nawet klasyczne wojny się zmieniły. Supermocarstwa i ich ideologie (komunizm i kapitalizm) ery atomu unikają otwartych konfliktów, które, jak pokazała wojna Koreańska, mogą łatwo stać się globalnymi – przerodzić się w trzecią wojnę światową. Wojna staje się rzeczywistością medialną – częścią świata, do której, także dzięki relacjom reporterskim, przywykliśmy.[10] Wbrew pokojowym pozorom bezpiecznego świata bez otwartych międzynarodowych konfliktów, wojna jest wszechobecna i ogólnoświatowa „Nowością jest to, że wojna rozgościła się pośród pokoju – jak pasożyt albo rak. Dla jednych jest twardą rzeczywistością, dla innych widowiskiem i rozrywką, ale wciska się wszędzie, stanowi cząstkę codziennego życia. Nie ma już mowy o wypowiadaniu wojny, ani podpisywaniu traktatów pokojowych, gdyż wojna trwa bezustannie. Nigdy jeszcze granica między pokojem a wojną nie była tak zatarta. Nawet w krajach, gdzie panuje pokój, wojna przetrwała w postaci terroryzmu.”[11] Dzięki mediom przywykliśmy do widoku zamachów bombowych, relacji z frontów, uciekinierów, zniszczeń i ofiar wojny. Wygląda na to, że tym razem wojna okazuje się nauczycielką życia.

Z powodu swoistej polityki legalizowania przez państwo pamięci zbiorowej i cenzury, polska pamięć zbiorowa o drugiej wojnie światowej przed 1989 rokiem okazuje się dość jednowymiarowa. Dotyczy to również literatury, jako swoistego medium pamięci zbiorowej, przekazującego jej kanon.[12] Charakteryzując okres „pamięci zalegalizowanej”[13] dotyczącej wydarzeń 1939 – 1945, należy zwrócić uwagę na monopolizację pamięci w wymiarze ideologicznym i narodowym. Dopuszczalnymi tematami dyskursu pozostawały zwycięstwo ludowej ojczyzny nad niemieckim okupantem oraz martyrologia narodu polskiego. Ponadto, „specyfiką polskiej pamięci o drugiej wojnie światowej jest (…) to, że była, i chyba wciąż jest, pamięcią pękniętą, podzieloną na pamięć dwu odmiennych doświadczeń: okupacji sowieckiej we wschodniej części Polski i okupacji niemieckiej w jej zachodniej części(…)”[14] Należało, ze zrozumiałych względów, unikać tematyki zsyłki ludności Kresów II Rzeczpospolitej do łagrów, milczeć o losach jeńców z Ostaszkowa i Starobielska i nie podważać oficjalnej wersji historii, mówiącej o niemieckiej odpowiedzialności za Katyń. Obywatele Polski Ludowej nie mogli poznać nie tylko obrazu wojny, jaki powstawał na zachodzie Europy (zapis doświadczeń wojennych kombatantów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie), ale przede wszystkim tej, widzianej oczyma niemieckich żołnierzy. Po roku 1989 „uległ zmianie kształt pamięci oficjalnie przekazywanej, ale wcześniejsze jej pęknięcie nie zostało przezwyciężone. Reakcją na lata milczenia o wschodniej martyrologii była koncentracja uwagi wyłącznie na niej(…).”[15] Inną zmianą w nowej, oficjalnie przekazywanej pamięci o drugiej wojnie światowej, była nowa forma wizerunku postaci Niemca w dyskursie zbiorowym, mediach, filmie i literaturze „Samo zwrócenie uwagi w stronę wschodnią osłabiało wizerunek Niemca jako jedynego odwiecznego wroga i krzywdziciela Polski. Ponadto polityczne i gospodarcze potrzeby czyniły niezbędnymi przyjazne stosunki z zachodnim sąsiadem. Te zaś wymagały wyeliminowania z oficjalnych przekazów jego wizerunku jako krwiożerczego wroga(…).”[16] Z pewnością narracje niemieckich żołnierzy z frontu wschodniego, licznie wydawane po 1989 roku, wpisują się w ten nurt propagowania nowego obrazu wojny i Niemców w dyskursie pamięci zbiorowej.[17]

Narracja[18] w naukach humanistycznych jest pojmowana jako część systemu przekonań, zawierającego ogólną wizję świata, w postaci obiektów i stanów rzeczy, kreowanych przez supozycje semantyki danych pojęć. Przez narrację rozumie się też rezultat subiektywnej komunikacji, obejmujący przepracowane w pamięci doświadczenia biograficzne, kreujący świat przeszłości. Narracja zawiera światopogląd, przeplatany opiniami o faktach historycznych, przekazywanych przez osobę komunikującą, jest złożoną strukturą czasową, mającą swój początek i koniec. Opowieść o przeżytej i wyobrażonej przeszłości zawiera w sobie schematy narracyjne, po części zapożyczone z innych, także medialnych przekazów. Schemat analizowanych przeze mnie narracji jest podobny do homeryckiego eposu – obecny jest tu wątek długiej podróży najeżonej niebezpieczeństwami, zdradami przewrotnego losu i stratą najbliższych towarzyszy. Nie tylko obrazy składają się na zawartość pamięci i przekazywanych narracji: „materiał importowany do pamięci autobiograficznej nie musi mieć charakteru wizualnego. Zwłaszcza w sytuacjach, w których narrator ma pewne wykształcenie, mogą to być segmenty opowiadania wywodzące się z literatury klasycznej i wkomponowane we własną biografię.”[19] W toku doświadczeń biograficznych, w ramach akulturacji i socjalizacji, przejmujemy nie tylko całe fragmenty narracji, ale także ich zasady organizacyjne „Dzięki procesowi memory talk, czyli dzięki wspólnej praktyce snucia wspomnień w toku konwersacji, jak również dzięki każdej przeczytanej książce czy obejrzanemu filmowi, nauczyliśmy się, że prawidłowa historia swój początek, środek i koniec.”[20] Co prawda, o posiadanie bogatego wykształcenia z dziedziny literatury klasycznej trudno podejrzewać autorów analizowanych narracji, ale w toku wspomnień możemy odnaleźć fragmenty świadczące o znajomości, choćby pobieżnej wielkich eposów, stanowiących ważny element dziedzictwa kultury europejskiej. Jeśli opowiadana historia ma być zrozumiała, to musi być konstruowana w oparciu o uniwersalne dla danej kultury, zrozumiałe wzorce. Wedle Hydena White`a takimi wzorcami fabularyzacji są: romans, tragedia, komedia i satyra.[21] Sądzę, że wspomniane narracje frontu wschodniego zawierają w sobie schematy fabularne, charakterystyczne dla tragedii, choć czasem możemy w nich znaleźć fragmenty satyryczne.

Pamiętniki i narracje mikrohistoryczne z okresu drugiej wojny światowej pozwalają nam zajrzeć za zasłonę suchych faktów i dat, ująć z perspektywy indywidualnej biografii dramat wojny. Oddają one w pełni jej okrucieństwo i bezsens. Wobec relacji weteranów, nie pozostaje nam myśleć o wojnie inaczej, jak tylko o pozbawionym sensu chaosie, który co zaskakujące, wydaje się z niewiadomych powodów potrzebny społeczeństwu i kulturze różnych okresów historycznych.[22] Pamiętniki są specyficznym rodzajem literatury, pozwalającym uważnemu czytelnikowi na podjęcie empatycznej próby zrekonstruowania całościowego obrazu świata przedstawionego przez ich autora. Jest to nie tylko świat przedstawiony w dziele literackim, ale także przekonania narratora, stosunek do opisywanych wydarzeń, określonych wartości i symboli, posługiwanie się (często nieświadome) schematami narracyjnymi, wzorcami fabularyzacji, mimetyczna konstrukcja rzeczywistości. Możemy tu przyjąć bliskość narracji antropologicznej i literackiej oraz założyć, że antropolog bada teksty dosłowne i metaforyczne. Literatura pamiętnikarska jest indywidualnym, ludzkim wytworem, to dzięki niej człowiek wyraża świat i poprzez nią go poznaje. Doświadczenie, także to o charakterze historycznym, odzwierciedlone jest poprzez literacką reprezentację, będącą swego rodzaju lustrem wzorców kultury zinternalizowanych przez narratora, próbą oswojenia i zrozumienia przeżytej rzeczywistości. Interpretując wybrane teksty, można posłużyć się metodą hermeneutycznego odkrywania znaczeń. Hermeneutyka zawsze stara się wydobyć sens wypowiedzi literackiej przez interpretację, traktując ją zrazu jako zdarzenie,
a później przechodząc do sensu, który ją jako zdarzenie nieskończenie przekracza. Z punktu widzenia hermeneutyki, „dzieło literackie obejmuje trzy wymiary: referencyjność, komunikowalność i samorozumienie. Pierwszy wymiar odnosi się do pośrednictwa między człowiekiem a światem, drugi pośredniczy między człowiekiem i drugim człowiekiem, trzeci – odnosi się do pośrednictwa między człowiekiem a nim samym. W ostatnim przypadku akt lektury staje się twórczym narzędziem samorefleksji.”[23]

Narracje frontu wschodniego

Człowiek, przerażony okrucieństwem, jakiego dopuszcza się wobec bliźnich, usiłował nadać wojnie bardziej uporządkowany charakter, przydając jej chaosowi formę kulturowego uładzenia. Przykładem takiego postępowania może być zasada pokoju bożego, kodeks rycerski, czy Konwencja Genewska. Zdecydowanie nie działały one w żadnej formie w czasie walk na froncie wschodnim II Wojny Światowej. Cechowało ją, a zwłaszcza walki w Rosji Radzieckiej, szczególe okrucieństwo. Na spalonej ziemi, jak nazywali Rosję niemieccy weterani, nie obowiązywały żadne reguły „cywilizowanej” wojny, które daremnie usiłowały przedstawić ją jako rodzaj szlachetnej gry, w której okrucieństwu wytycza się pewne granice. Tutaj, jak nigdzie indziej, sprawą istotną pozostawało właśnie mordowanie wrogów.

Druga wojna światowa nigdzie nie ukazała tak dobitnie swego okrutnego i nieludzkiego oblicza, jak w czasie kampanii w Związku Radzieckim. Nikt nie mógł stać z boku. Chcąc czy nie, każdy Niemiec i Rosjanin stawał się uczestnikiem walki na śmierć i życie. Wydawało się, że wraz z pierwszą wojną światową era dużych armii, wspartych nacjonalizmem ludności cywilnej przeminęła. Jednak to druga wojna światowa była totalnym konfliktem między społeczeństwami, równie bezwzględnym jak we wczesnym średniowieczu, walką, w której „każda jednostka ludzka była świadoma tego, że jej pojęcia wartości, a także czysto fizyczne przetrwanie, było zagrożone przez obce siły, z którymi nie sposób się było ani porozumieć, ani dojść do jakiegoś kompromisu. Stało się to zwłaszcza widoczne na froncie wschodnim, gdzie cele przywódców Trzeciej Rzeszy były zbieżne z celami ich przodków sprzed tysięcy lat – zasiedlenie nowych terytoriów i wytępienie lub ujarzmienie ludności tubylczej. Szalę zwycięstwa miała przeważyć raczej zdolność rządu radzieckiego do zmobilizowania wszystkich zasobów i olbrzymich rezerw społeczeństwa, moralnych i materialnych, do walki na śmierć i życie z najeźdźcą, niż jakieś nadzwyczajne zdolności dowódcze lub cuda techniki.”[24]

Wojna hitlerowskich Niemiec ze stalinowską Rosją Radziecką była wojną zamierzoną i prowadzoną aż do całkowitego wyniszczenia przeciwnika. Dwa różne, ale jakże bliskie sobie ideologicznie totalitaryzmy walczyły o dominację nad światem.

Barbaryzacja wojny na wschodzie była niespotykana w historii konfliktów zbrojnych. W czasie tego straszliwego konfliktu najbardziej ucierpiały te miasta w zachodniej części ZSRR, przez które front przetaczał się wielokrotnie w latach 1941 – 45 (Charków, Kijów, czy Mińsk). Całkowitemu zniszczeniu uległo wiele fabryk. Mieszkańcy Stalingradu, którzy przeżyli początek oblężenia, musieli opuścić swoje domy. Oblężeni Leningradczycy cierpieli głód, dochodziło do aktów kanibalizmu, po wojnie ukrywanych przez komunistyczną cenzurę. Los jeńców radzieckich był godny pożałowania. Nie mieli wielkiego wyboru. Mogli albo zginąć od razu, albo umrzeć męczeńską śmiercią w obozach koncentracyjnych.
Głód, tortury, praca ponad siły, czy pseudomedyczne eksperymenty dokonywane przez niemieckich lekarzy, jak Josef Mengele, sprawiały, że niewolę przeżyło naprawdę niewielu. Na tych, którzy wrócili do domów, czekały wyroki i Gułag, a ich bliscy, jako „rodziny zdrajców ojczyzny” byli represjonowani przez stalinowski aparat terroru. Józef Stalin nie zdecydował się wymienić swego syna Jakowa, wziętego do niewoli, na feldmarszałka von Paulusa, pojmanego po kapitulacji 6 Armii pod Stalingradem. Młody porucznik artylerii, Jakow Dżugaszwili zginął, prawdopodobnie popełniając samobójstwo. Stalin pytany przez najbliższych towarzyszy o los jeńców powiedział: „Nie ma problemu jeńców radzieckich”, tym samym skazując ich na śmierć. Co ciekawe, podobnie miał wyrazić się Hitler o jeńcach spod Stalingradu, nalegając, by uznać ich za zmarłych.[25]

Wspomnienia żołnierzy z frontu wschodniego, do których się odwołuję to relacje Herberta Brunneggera, Guya Sajera oraz Leona Degrelle`a. Narratorzy jakimś cudem przeżyli kampanię rosyjską, byli po wielokroć ranni, doświadczyli nieludzkiego okrucieństwa wojny, sami stając się narzędziami do zabijania.

W trzech opowieściach możemy znaleźć wiele podobnych toposów. Są nimi spostrzeżenia z Rosji Radzieckiej, które sprawiają, że teren walk można traktować jako orbis exterior, a zamieszkujących go Rosjan jako obcych nie z tego świata, barbarzyńców. Zetknięcie się z obcością staje się pewnego rodzaju doświadczeniem numiotycznym. Żołnierze znajdują się poza obszarem znanej im ludzkiej wspólnoty i ładem świata znaczeń, odczuwają ciągły strach i niepewność: „Poza terenem znajdującym się we władaniu człowieka i przez niego zdefiniowanym, wypełnionym znaczeniami, a więc obszarem Kultury, znajduje się świat pozbawiony sensów, amorficzny, nieokreślony i niebezpieczny.”[26] Orbis exterior w kulturze tradycyjnej jest jakby odwróceniem cech znanej i bezpiecznej, oswojonej przestrzeni. Podobnie sowiecka Rosja była dla Niemców czymś zupełnie nieznanym i zaskakującym. Nie widzieli oni wcześniej tak płaskich, otwartych terenów, ciągnących się po horyzont, nie doświadczyli skrajnie ostrych warunków klimatycznych. Monotonia obcego, opustoszałego krajobrazu napawała ich smutkiem, przerażał brak jakichkolwiek prób nadania zamieszkiwanym miejscom znamion znanego im, kulturowego porządku. Zdumiewała ich też odporność Rosjan na złe warunki, brak zaopatrzenia, determinacja granicząca z samozagładą, nieliczenie się z ogromnymi stratami w ludziach:
„O tym, że ‘Iwan’ jest wytrzymały zdyscyplinowany i gardzi śmiercią, Niemcy wiedzieli od dawna. Teraz przekonali się, jak mocno potrafi nienawidzić. Jak każdy żołnierz, ‘Iwan’ chciał przeżyć, choć wiedział, że ma na to niewielkie szanse, natomiast im większą połać Związku Sowieckiego odbijał, tym więcej widział dowodów na obłąkańcze barbarzyństwo Niemców.”[27] Taki żołnierz gotów był zginąć, jeśli wcześniej mógł się zemścić na „Frycach”. Wiedział także, że w razie klęski nie ma co liczyć na okazanie litości przez „rasę panów” słowiańskim „podludziom”. Między innymi, dlatego w czasie walk na froncie wschodnim nie było żadnej wspaniałomyślności dla żołnierzy wroga (nawet rannych i chcących się poddać)
i ludności cywilnej (potencjalnych partyzantów), a zbrodnie dokonywane przez obie strony konfliktu, choć co prawda zapoczątkowane przez Niemców, nie miały sobie równych w skali całej wojny. Do tego dochodziły obłąkańcze rasowe stereotypy zawarte w hitlerowskiej ideologii, prowadzące do zagłady Żydów i Słowian. Nie bez znaczenia były też propagandowe apele sowieckich pisarzy (Ilia Erenburg, Konstanty Simonow, Aleksiej Surkow), zachęcające do okrutnej zemsty i zabijania wszystkich Niemców.

Żołnierze, inicjacja, śmierć

Pomimo postępu technologicznego, żołnierze są niezbędnym elementem każdego konfliktu zbrojnego: „Prowadzenie wojny stwarza konieczność zorganizowania specjalnego zespołu ludzi, zajmującym się sprawami z nią związanymi. Potrzebę stworzenia armii przewidywał już Platon, obmyślając idealne państwo.”[28] Życie żołnierza na wojnie jest trudne, niebezpieczne i pozbawione elementarnych wygód, wymaga się od niego wiele, mało oferując w zamian. Pozwala mu się zawsze na jedno – zabijanie jak największej ilości innych ludzi, nazywanych przeciwnikiem, bądź wrogiem. Podstawowym zajęciem żołnierzy w czasie wojny jest mordowanie i niszczenie. Podlegają uciążliwemu szkoleniu, które na całym świecie odbywa się wedle podobnych zasad (dehumanizacja, poniżanie, zniwelowanie dotychczasowych nawyków i wartości, potrzebne do zinternalizowania nowych, zobojętnienie na przemoc). Metodami stosowanymi w tym procesie są warunkowanie klasyczne (łączenie aktów przemocy z przyjemnością) i instrumentalne (bodziec wywołujący automatyczną reakcję jako rezultat wypracowanego odruchu). Żołnierzom w czasie szkolenia przedstawia się odpowiednie wzorce osobowe do naśladowania, jak bezpośredni przełożony (podoficer lub oficer), uosabiający agresję i przemoc. Narratorzy wspomnień, walczący po stronie niemieckiej, opowiadają o rytuałach przygotowawczych, przez które musieli przechodzić, nim znaleźli się na froncie. Odbywały się one w odseparowanych od reszty społeczeństwa koszarach wojskowych i obozach szkoleniowych, w których byli poddawani przeróżnym,
z reguły upokarzającym i wyniszczającym nawet młode, silne organizmy praktykom.
Po wypełnieniu wszystkich zadań, odbyciu przeszkolenia, wdrożeniu do drakońskiej dyscypliny, z utęsknieniem oczekiwali wyruszenia na front. Walki frontowe okazywały się jeszcze gorsze, niż znienawidzony obóz szkoleniowy. Były istnym tańcem śmierci,
a zabijającym i dającym się zabijać mężczyznom pole walki wydawało się po prostu piekłem na ziemi. Otaczający ich świat stał się groteskową karykaturą znanej im dotychczas rzeczywistości, odczuwali jego całkowitą obcość. Ci, którzy dzięki nieprawdopodobnemu szczęściu przeżyli piekło frontu wschodniego, mieli cierpieć po powrocie do domu, doświadczając losu przegranych. Nawet, jeśli nie stracili ręki, czy nogi i tak czuli się wojennymi inwalidami. Ich duchowe rany nie miały nigdy się zabliźnić, a reintegracja za społecznością nie była prawie w ogóle możliwa.
Z czasem zaczynali wspominać dobre strony okresu marginesu, czyli frontowej walki, którą przeżyli. Wszyscy mówili o prawdziwej przyjaźni, jak łączyła ich z towarzyszami broni, wartościach, dla których walczyli, braterstwie oddziału, do którego należeli i prawdziwości doświadczenia wojny. Pod koniec swych wspomnień wyraźnie mityzowali opisywane przeżycia i wspominane chwile swej młodości, którą utracili daremnie walcząc o fałszywe ideały. Ciążyło na nich piętno, jeśli nie zbrodniarzy, to z pewnością przegranych żołnierzy.

Spróbujmy spojrzeć na ich relację przez pryzmat kategorii obrzędów przejścia. Wedle ich klasycznego ujęcia teoretycznego, są one ważnym elementem społecznej i kulturowej egzystencji: „Życie jednostki niezależnie od typu społeczności zasadza się na sukcesywnym przechodzeniu z jednej grupy wieku do drugiej, od jednego typu zajęć do drugiego.
Tam, gdzie ten podział jest wyraźny, przejściu towarzyszą specjalne akty, którym w naszych społeczeństwach odpowiada na przykład tradycja terminowania u mistrza danego rzemiosła.”[29] Rozpoczynają się one rytuałem separacji. Podlegające mu jednostki izoluje się od społeczności, istnieją niejako poza czasem, obłożone różnorakimi zakazami i nakazami, związanymi z kontaktem ze sferą sacrum.

Podmiot obrzędu, pozbawiony dotychczasowej roli społecznej, jest wyłączony
z grupy. Przebywa w stanie rytualnego zawieszenia, znajdując się w sytuacji liminalnej. Izolacja może przybierać formę dosłowną (zamknięcie w pomieszczeniu poza obrębem wspólnoty) lub symboliczną (okaleczenie, obcięcie włosów). Celem odseparowania jednostki od jej dotychczasowego świata jest zerwanie z profanum. Przebywając „pomiędzy”,
w świecie granicznym, wkracza w obszar sacrum, nie będąc jeszcze pełnoprawnym uczestnikiem nowego świata społecznego. Tak więc w przypadku naszych narratorów mamy do czynienia z powołaniem do wojska/zgłoszeniem się na ochotnika (separacja), jak też przebywaniem w stanie liminalnym – wyjazd na front i walka. To dominująca część ich doświadczenia, poza którą właściwie nie wyszli. Trzeci etap obrzędów przejścia to agregacja, czyli ponowne włączenie w obręb społeczności. Rytuały podejmowane w trakcie fazy agregacji mogą być odwróceniem czynności separacyjnych. Nadają jednostce nowy status, imię, strój, przywileje i obowiązki. Podmiot obrzędu przejścia powraca do społeczeństwa właściwie pod nową postacią. Z tego właśnie powodu obrzędy przejścia zawierają w sobie symbolikę śmierci i narodzin. Etap przyjęcia jednostki do grupy i jej kultury obejmuje rytuały oczyszczenia, usuwające pozostałości tabu i sacrum. Klasyczny obrzęd przejścia kończy się powrotem do profanum, a jednostka posiada już wiedzę dotyczącą sfery sacrum. Możemy stwierdzić, że w przypadku naszych trzech bohaterów ta faza w ogóle nie ma miejsca, bądź nie przebiega we właściwy sposób. Faktycznie, nadaje się im nową rolę społeczną i status – jeńca, zbrodniarza wojennego, bądź członka zbrodniczej organizacji, czy armii,
a w najlepszym przypadku przegranego. O swym doświadczeniu wojennym nie mogą nikomu opowiadać, a społeczeństwo, do którego chcieli powrócić, traktuje ich jak pariasów.
Nie uczestniczą w radości zwycięzców i defiladach. Pozostają wciąż w fazie marginalnej,
nie mogąc się z niej wydostać. Rytuały inicjacyjne mają pewien określony cel, choć van Gennep odnosi swoją teorię głównie do społeczeństw archaicznych, to zdaje się ona funkcjonować także współcześnie: „W społeczeństwach mniej cywilizowanych akty te wyrażają się w ceremoniach, bowiem żaden akt nie jest tam wolny od aspektu duchowego. Każda zmiana w życiu jednostki zawiera współoddziaływanie sfery profanum i sfery sacrum, interakcje, które podlegają porządkowaniu i kontroli, by społeczeństwo na tym nie ucierpiało.(…) Każdemu z tych etapów towarzyszą ceremonie. Ich cel jest niezmienny: przeprowadzić jednostkę z jednego ściśle określonego stanu do drugiego – równie ściśle zdefiniowanego”.[30] Ceremonie związane z agregacją weteranów frontu wschodniego nie mogły się odbyć z powodu przegranej przez Niemców wojny, zacierania w pamięci zbiorowej odegranej w nim przez nich roli. Inicjacyjnym próbom byli poddawani w trakcie szkolenia nasi narratorzy. Guy Sajer, wkraczający do obozu szkoleniowego elitarnej dywizji Groβdeutschland pisał: „Przekroczyliśmy wielką symboliczną bramę wykonaną z drzew (…) U wejścia mogliśmy przeczytać (…) dewizę dekorującą fronton tej bramy: urodziliśmy się by umrzeć. Chyba każdy chłopak przełknął ślinę, przekraczając bramę obozu. Nieco dalej znajdował się napis: służę.”[31] Oba te hasła miały podkreślać niemieckiego ducha walki,
a także nawiązywać do tradycji elitarnego związku wojskowego, jakim była ta dywizja. Guy Sajer, wcześniejszy żołnierz pomocniczych formacji piechoty, zgłosił się do niej na ochotnika. Do niemieckiej armii trafił z poboru, jako syn Niemki z Saksonii i Francuza
z Nadrenii. Koszary, w których stacjonował, wydawały mu się wspaniałym budynkiem, wywierając na nim „wielkie wrażenie, strach i podziw zarazem.”[32] Był dumny ze swego pięknego, dopasowanego munduru i dobrej jakości butów. Jedzenie, którym go karmiono było równie dobre, a od kolegów nauczył się kilku wojskowych piosenek. Odczuwał też trudy rekruckiego życia, marsze, ćwiczenia z bronią, strzelanie, musztrę. Zanotował: „Jestem krańcowo wyczerpany, często zasypiam w kantynie. Jednak mam znakomite samopoczucie i pomimo tylu obaw i rozterek rozpiera mnie radość, co jest dla mnie rzeczą niepojętą.”[33]
To życie w nowej wspólnocie, mimo bariery językowej i mentalnościowej, bardzo mu się podoba, stara się naśladować swoich niemieckich kolegów i szybko uczyć języka: „Pluton przekracza wiszący nad fosą most, który rozbrzmiewa stukotem sześćdziesięciu par butów.(…) Przez pół godziny słyszę tylko miarowy stukot. Uwielbiam ten dźwięk; nie odczuwam wtedy potrzeby rozmowy. Gdy wdycham głęboko świeże, leśne powietrze, czuję w sobie tę cudowną energię życia. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego wszyscy tak wspaniale się czujemy, pomimo ogromnego codziennego wysiłku.”[34] Nabywa nowych umiejętności prowadzenia pojazdów mechanicznych, ciężarówek i transporterów opancerzonych. Podobne wrażenia z frontu zachodniego, o dwadzieścia lat wcześniej zanotował Ernest Junger: „Wionął ku nam oddech walki, wypełniając nas osobliwym drżeniem. Czy przeczuwaliśmy, że niemal wszyscy zginiemy – jeden wcześniej, inny później (…)? Wyszliśmy ze szkół, uczelni, warsztatów, by w trakcie kilku tygodni szkolenia stopić się w jedno wielki, wypełnione entuzjazmem ciało. Potomkowie epoki stabilności, tęskniliśmy za czymś niezwykłym, za wielkim niebezpieczeństwem. Wtedy to porwała nas wojna jak rausz. (…) Wojna wszak musiała nam to dać: wielkość, moc, odświętność.”[35] Te przepojone duchem romantyzmu zdania, które możemy przeczytać na początku książki Jungera, przypominają nieco marzenia Guya Sajera o wojennej, wojskowej wspólnocie, odwadze i przyszłych, wielkich czynach. Niestety, w ostatecznym rozrachunku nie pozostaje z nich nic innego, jak utracone nadzieje, pustka i śmierć najbliższych towarzyszy w piekle walki.

Szkolenie w dywizji Groβdeutschland odkrywa przed czytelnikami „Zapomnianego żołnierza” tajemnice służby w elitarnej jednostce: „Czekała nas prawdziwa katorga: albo po siedmiu dniach szaleńczych ćwiczeń facet lądował w szpitalu, albo przydzielano go ostatecznie do dywizji i mógł iść na wojnę, która byłą jeszcze większym obłędem.”[36]
Ostra dyscyplina, wykonywane aż do omdlenia marszobiegi, nocne alarmy, wyczerpująca musztra, ćwiczenia z użyciem prawdziwych granatów i ostrą amunicją, zmuszanie do tych samych, nużących czynności, upokarzanie, krzyk podoficerów, śmiertelnie niebezpieczne zadania (okopywanie się na czas przed nadjeżdżającym czołgiem), miały uczynić z młodych ludzi posłuszne maszyny do zabijania. Guy Sajer tak opisał te metody szkolenia: „akceptować je, znaczyło ocierać się o śmierć.”[37] Dowódca obozu, studwudziestokilogramowy olbrzym, budzi w podwładnych przerażenie, nie waha się strzelać do nich podczas ćwiczeń: „Kule jego pistoletu gwizdały między nami.(…) Zabawa ta wcale nie była taka niewinna. W ciągu ponad dwudziestu dni szkolenia pochowaliśmy przy dźwiękach pieśni ‘Miałem kolegę’ czterech towarzyszy będących ofiarami tak zwanych wypadków podczas ćwiczeń.”[38] Zginęli z ran odniesionych podczas strzelania, bądź wciągnięci pod gąsienice czołgów. Momentem przejścia okazała się przysięga na koniec szkolenia, uroczyście składana przed dowódcą obozu i sztandarami. Dla narratora ta uroczystość ma szczególne znaczenie, po złożeniu przysięgi czuje się wreszcie prawdziwym Niemcem: „A potem stał się cud! Fink wydał polecenie, by wszystkim żołnierzom wydać po kubku wyśmienitego wina. Budzący szacunek kapitan wzniósł wraz z nami naczynie przy akompaniamencie gromkiego: Sieg Hail! Następnie każdemu uścisnął dłoń(…).”[39] Sajer notuje, że mimo surowości, graniczącej z okrucieństwem, z jaką potraktowano ich w obozie, wszyscy starali się jak najlepiej wypełniać zadania szkoleniowe, by stać się ‘prawdziwymi’ żołnierzami, a kapitana darzyli prawdziwym szacunkiem. Szkolenie wojskowe w Waffen – SS, jakie odbył Herbert Brunnegger, było o wiele trudniejsze, od prowadzonego w Wehrmachcie. Wymagania wobec rekrutów były wyśrubowane do granic możliwości. Wysoki wzrost, odpowiedni wygląd, brak jakichkolwiek cech, uznanych przez teoretyków nazizmu za mało aryjskie (włącznie z wyznawaniem religii). Dyscyplina i fizyczne ćwiczenia miały uczynić z przyszłego żołnierza bezwolną maszynę, bezmyślnie wykonującą rozkazy. Regulamin z najdrobniejszymi szczegółami opisywał każdą ewentualność w zachowaniu, wyglądzie i mowie żołnierza. Celem tego wojskowego drylu we wszystkich armiach: „od czasów Fryderyka II nieustannie doskonalonego, jest (…) doprowadzenie żołnierza do słuchania rozkazów w sposób całkowicie automatyczny, odruchowy. W korpusie Waffen – SS ta edukacja została doprowadzona do perfekcji.(…) Zautomatyzowanie pozwala na niezawodne komenderowanie oddziałem w ogniu nawet w najgorszych okolicznościach.”[40] Karnych ćwiczeń za odstępstwo od regulaminu jednostki SS doświadczył na własnej skórze Herbert Brunnegger, jeden z żołnierzy Dywizji Totenkopf, młody ochotnik, sierota wychowywany przez dalszą rodzinę: „Na zewnątrz wrzask dosłownie wgniata nas w piasek. Zajście w magazynie mundurowym ma teraz swój ciąg dalszy. Biegamy jak szaleni po placu ćwiczeń we wszystkie strony: padamy i powstajemy. Pot spływa nam po twarzach i karkach małymi brudnymi strumykami, z ciał paruje niczym skóra koni zaprzężonych do pługa. Dziurki w nosie zalepia czarny żużlowy pył, białka oczu pokrywają się czerwonymi żyłkami, brak nam tchu, by przeklinać swój los. Bezustannie słyszymy: ‘Wstawać, marsz, marsz! Padnij! W tył zwrot, marsz, marsz!, Padnij!’.”[41] Podobna karna musztra, dodatkowo z karabinem, tornistrem i maską przeciwgazową na twarzy, spotyka narratora po zlekceważeniu porannej zaprawy.[42] Jednak i on szuka w wojskowej rzeczywistości zaspokojenia pragnienia przynależności do wspólnoty, odczuwa z tego powodu dumę i chęć przeżycia niezwykłej przygody, która dla większości jego towarzyszy zakończy się w przydrożnym płytkim grobie na terenach ZSRR. Szkolenie rekrutów każdej armii, niezależnie od czasów, w których przyszło im walczyć, ma wiele wspólnego. Jak zanotował jeden z niemieckich żołnierzy: „Tego rodzaju dryl, któremu byliśmy poddawani skutecznie tępił nie tylko indywidualne, ale i wszelkie normy etyczne żołnierza niemieckiego, tak szczegółowo i z takim patosem opisywane przez Ernesta Jungera(…).”[43]

Pejzaże frontu wschodniego

Dominującym elementem pejzażu frontu wschodniego stają się śmierć i zniszczenie. Śmierć czyhała na żołnierzy w każdej chwili, również podczas snu. Taką śmierć weterani uznawali za dobrą, pod warunkiem, żeby nadeszła szybko i bezboleśnie. Rosjanie lubili atakować w nocy, tak by Niemcy nie mogli zaznać odpoczynku. Strzały karabinowe, ciągłe wybuchy pocisków artyleryjskich i wycie bomb wypełniały przestrzeń, zmieniając ją
w piekielne pustkowie. Jeden z niemieckich żołnierzy napisał: „powietrze wypełniają (…) piekielne wycia nurkujących stukasów, grzmoty artylerii przeciwlotniczej i ognia artyleryjskiego, ryk silników i chrzęst gąsienic czołgów, jazgot wyrzutni organów Stalina, terkotanie karabinów maszynowych wzdłuż frontu. Przez cały ten czas czuje się żar całego płonącego miasta.”[44] Ten obcy i straszny pejzaż śmierci jest obecny w listach pisanych przez żołnierzy z frontu wschodniego do domu.[45] Podobnie opisują go także trzej autorzy wspomnień, do których się odwołuję.

Na froncie wschodnim niemieccy żołnierze wciąż przekonywali się o obcości otaczającego ich świata[46]. Miejsca i przestrzeń, w których przebywali okazywały się inne, groźne, przerażające. Naturalna stawał się tęsknota do miejsc znanych, oswojonych, do domu, którego wielu z nich miało już nie zobaczyć. Można powiedzieć, że Niemców pokonała sama rosyjska ziemia, niejako wchłaniając w siebie kolejne armie, niknące w ogromie przestrzeni. Niemcy nigdy Rosji nie zmienili, nie oswoili, nie uporządkowali, choć próbowali nadać okupowanym miastom i większym ośrodkom przemysłowym znaną sobie strukturę.
Jeśli pozostały one w pamięci żołnierzy, to jedynie jako miejsca związane z przeżywanym cierpieniem, bólem, chorobami i śmiercią. Rosja, przez hitlerowską propagandę określana jako lebensraum, pozostała dla Niemców nierozwiązaną zagadką, miejscem na zawsze obcym. „Żyjemy w domach, w miejscach znanych i obcych – pisze Hanna Buczyńska – Garewicz – wybieramy się w drogę ku miejscom obcym, pozostajemy w nich zadomowieni lub wyobcowani, szukamy miejsc nowych lub ich się lękamy, marzymy o zmianie lub nieruchomości, poszukujemy miejsc doskonałych.”[47] Nasuwa się pytanie, jakiej doskonałości szukali w Rosji Niemcy?[48]

Architektura miast i wsi była zupełnie inna, niż ta, którą znali. Ośrodki przemysłowe europejskiej części ZSRR zostały w dużej części przebudowane przez Bolszewików w duchu socrealizmu. Powinny, więc mieć cechy wspólne ze znaną Niemcom gigantomanią heroicznego realizmu nazistowskich Niemiec.

Krajobraz prowincji był płaski i monotonny, a przebywający w nim odnosili wrażenie, że jest to przestrzeń tak ogromna, że mogą się w niej zgubić całe armie. Ubogie wsie
i kołchozy stanowiły przeciwieństwo niemieckich bogatych wiosek. Do tego dochodził prawie zupełny brak utwardzonych dróg i szlaków kolejowych. W dodatku radzieccy kartografowie z beztroską swobodą traktowali nanoszenie na mapę poszczególnych punktów orientacyjnych. Zdarzało się, że zamiast miasta, czy drogi widocznych na posiadanej przez Niemców mapie, spotykali oni puste miejsce. Drogowskazów było niewiele, a te nieliczne pokazywały często mylące kierunki. Ogromne terytorium Rosji, jakie mieli do zdobycia hitlerowscy żołnierze, „wskazuje na to, że Niemcy stanęli w obliczu niewykonalnego zadania. Powierzchnia europejskiej części ZSRR wynosiła ponad 5,5 miliona kilometrów kwadratowych; część azjatycka to ponad trzykrotnie większy.”[49] W porównaniu z tym obszarem, wcześniejsze podboje III Rzeszy wydają się niczym. Olbrzymi teren, na którym toczyły się zmagania obu armii, natura zabezpieczyła przed agresją z zachodu. Rzeki w strefie walk tworzyły naturalne przeszkody wodne, jesienią i wiosną wlewając szeroko poza nieuregulowane koryto. Obszary zachodniej i północnej Rosji określa się jako gęsto zalesione. Prócz tego znajdują się tam rozległe bagna i moczary, poleskie błota. Rzeki i lasy nie były takie, jak w Niemczech – uregulowane i spenetrowane przez człowieka. Okazywały się przeszkodami nie do przebycia, a jeśli trafił się jakiś most, z reguły wysadzali go wycofujący się Rosjanie. Całość infrastruktury komunistycznego państwa pozostawiała wiele do życzenia. Zdobywcy musieli zmierzyć się z brakiem dróg, innym rozstawem szyn kolejowych, surowym klimatem i niewielkim zaludnieniem zajmowanych terenów. W czasie jesiennej i wiosennej odwilży jakikolwiek ruch kołowy stawał się niemożliwy.

Żołnierze niemieccy zobaczyli całe połacie lasów o tak gęstym poszyciu, że można je było nazwać rosyjską dżunglą. Drzewa rosły tak blisko siebie, że nie dawało się było między nimi przecisnąć. Rosyjska ziemi nie sprzyjała okupantom, a w lesie świetnie czuli się tylko Rosjanie, potrafiący radzić sobie w każdych okolicznościach, świetnie maskować swoje stanowiska i prowadzić działalność partyzancką na tyłach wroga. Od pierwszych miesięcy wojny Niemcy nie mogli czuć się bezpiecznie nawet na głębokich tyłach nawet, jeśli znaleźli i zajęli jakieś kwatery. Niewielka ilość mieszkańców tych terenów „pogłębiała jeszcze problemy związane z przerzucaniem i zaprowiantowaniem dużych mas wojska; mniejsza liczba mieszkańców na kilometr kwadratowy oznaczała mniej dróg, kwater i pożywienia (…). Część sowieckiego terytorium utracona na rzecz Niemców w latach 1941 – 1942 miała gęstość zaludnienia w wysokości zaledwie 44 mieszkańców na kilometr kwadratowy.”[50]

Rosyjska ziemia i jej mieszkańcy wydawali się Niemcom zanurzeni w odległej przeszłości. Zwłaszcza wiejskie chaty i ich domownicy sprawiali wrażenie, jakby rewolucja techniczna zupełnie ich nie dotyczyła. Szczytem techniki i bogactwa okazywała się lampa naftowa, wokół której skupiały się całe rodziny. Nie było mowy o higienie, opiece zdrowotnej, czy racjonalnym odżywianiu. Los radzieckich chłopów był godny współczucia,
z powodu biedy, beznadziei i braku cywilizacyjnych aspiracji. Standard życia radzieckiej wsi okazywał się niebywale niski, a śmiertelność wśród dzieci wysoka. W ubogich wioskach jedynie słońce oddzielało dzień od nocy, a po jej zapadnięciu następowały iście egipskie ciemności.

Świat opowiedziany, świat obcy. Rosja i Rosjanie w oczach niemieckich żołnierzy

Spróbujmy zrekonstruować obraz obcego świata i ludzi, widzianych oczyma żołnierzy drugiej, przegranej strony konfliktu, autorów wspomnień.

Leon Degrelle, waloński przywódca polityczny, rozczarowany systemem politycznym swego kraju, szukający spełnienia swej narodowej rewolucji u boku Niemców, również jako ochotnik, wybrał się na ‘krucjatę przeciwko bolszewizmowi’. Zanotował swoje obserwacje z wioski, gdzie zimą stacjonował jego oddział: „Rozrzucone chałupki, przycupnięte pod wielkimi słomianymi strzechami, były prawie identyczne, różniły się jedynie kolorem ścian. Wchodziło się do ciemnego korytarzyka lub bezpośrednio do wspólnej izby. Witał nas mdły zaduch, odór brudu, pomidorów, oddechu i moczu młodych zwierząt, które zimą spały tu razem z ludźmi. Zimą Rosjanie nie ruszali się z kuchennej ławy i kulawych zydli w izbie. Starsi wychodzili tylko po to, by przejść na drugi koniec domu i nakarmić prosiaka, krowę, czy byka. (…) Piec pełnił wieloraką rolę: kuchni, głównego źródła ciepła i łóżka dla całej rodziny.(…) Dzieciaki, podobne do małpek na katarynkach, spędzały sześć lub siedem zimowych miesięcy na szczycie pieca. Całe ich ubranie stanowiły sięgające do pasa koszuliny. Były usmolone i krzykliwe. Ciekło im z nosów. W Rosji umieralność wśród dzieci była olbrzymia.”[51] Rosyjscy chłopi, z którymi zetknął się autor wspomnień, stanowili dla niego zagadkę. Cisi, pokorni, przyzwyczajeni do nędzy, nawykli do zginania karku przez władzą. Potrafili w jednej chwili z pełnych pokory wieśniaków przeistoczyć się w bezlitosnych partyzantów. Zachowujący w rogu izby przepiękne, stare ikony i modlący się przed nimi każdego wieczoru, jednocześnie czczący Stalina i rewolucję. Ich dominującą cechami okazują się dualizm, nieobliczalność i umiejętność przystosowania się do otoczenia. Na poły etnograficzne zapiski obdarzonego bystrym zmysłem obserwacyjnym Walończyka, znakomicie ubarwiają jego książkę, czyniąc ją studium rosyjskiej ziemi i charakteru jej mieszkańców. Podejście Rosjan do higieny także go zadziwiało: „Nie kąpali się całą zimę. Mieli malowniczy sposób mycia twarzy. Nabierali wody do ust, wypluwali ją cztery, czy pięć razy na ręce i pocierali nimi policzki. W ten sam sposób skrapiali twarze wiecznie zasmarkanych dzieci. Ceremonia wyłapywania wszy była prawdziwym widowiskiem.”[52] Czytając wspomnienia Leona Degrelle mamy wrażenie, że mówi o jakimś całkowicie odległym od cywilizowanego świata miejscu, zamieszkanym przez dzikich.

Nie tylko ukształtowanie terenu, architektura i zagadkowi, nieobliczalni Rosjanie byli wielkim wyzwaniem dla najeźdźcy. Największym problemem okazał się klimat,
z siarczystymi zimami i poprzedzającym je błotem. Latem panowały nieznośne upały, kurz powodował zacieranie się silników pozbawionych specjalnych filtrów. Wiosną i jesienią pojawiało się błoto, w którym tonęli ludzie, zwierzęta i maszyny. Niemieccy saperzy próbowali utwardzać gruntowe drogi, ale niewiele to pomagało. Z błotem radziły sobie tylko pojazdy gąsienicowe. Zimowa aura powodowała problem z uruchomieniem ich silników, pod czołgami trzeba było rozpalać ogniska, a miski olejowe ciężarówek podgrzewać lampami lutowniczymi. Do rosyjskiej zimy Niemieccy żołnierze nigdy nie przywykli. Masowo pojawiały się odmrożenia, a rany kończyn często kończyły się amputacją bądź śmiercią. Zamarzali nie tylko ludzie i zwierzęta, ale również maszyny. Kwatermistrzostwo nie dostarczyło na czas ani zimowych ubiorów, ani smarów koniecznych dla konserwacji broni. Niemieckie buty, skórzane i eleganckie, kruszyły się i rozpadały na mrozie po przemoczeniu, mundury nie chroniły przed zimnem, a broń nie strzelała.

Mieszkańcy miast i wsi cierpieli nędzę w kraju proletariackiej rewolucji. Osiedla przemysłowe, mające być rewolucyjnym efektem poprawienia losów klasy robotniczej okazywały się jedynie nędzną imitacją solidnych budynków, pozbawioną bieżącej wody, kanalizacji i prądu. Wielu starszych niemieckich żołnierzy było sympatykami lub nawet członkami zdelegalizowanych partii socjalistycznej i komunistycznej. Znających sowiecki raj z propagandowych opowieści zdumiewało, że zamiast dobrobytu, jakim mieli cieszyć się proletariusze, zastają jedynie efektowną fasadę, za którą kryje się bylejakość i nędza.
Tak właśnie było wedle świadectw narratorów w Zagłębiu Donieckim i Charkowie. Gmachy, imponujące z daleka, z bliska okazały się gigantycznym oszustwem na użytek Inturistu
i widzów kronik filmowych. Dookoła budynków królowało błoto, a materiały budowlane były najgorszej jakości. „W rezultacie bloki te okazały się gorsze niż nędzne chaty, gdzie na najżyźniejszych glebach Europy w jednej koszuli na grzbiecie, w nędzy i brudzie, wegetowały miliony chłopów, jedząc ze wspólnej miski, pracowicie rzeźbionymi drewnianymi łyżkami.”[53] – Zanotował Leon Degrelle. Podobne doświadczenie zetknięcia
z niesłychanym prymitywizmem warunków życia radzieckiej wsi opisywał inny z narratorów: „Drewniana podłoga jest pełna zaschniętego błota, chyba od lat nikt jej nie szorował. Pokryta resztkami nasion słonecznika, na które chłopi plują wciąż nowymi seriami łupin, podobna jest raczej do kawałka zagonu. Pod stołem i pod ławami biega, chrząkając, małe prosię, które za każdym razem rozgania stadko kur. Na stole stoi w swych pierwszych odchodach roczny chłopczyk, goły od pasa w dół, ubrany w brudne szmaty. Prosiak, kury i chłopczyk – wszyscy razem załatwiają swoje potrzeby bezpośrednio pod siebie(…).”[54]

Los sowieckich cywili był z pewnością gorszy od losu żołnierzy. W liście do rodziny jeden z niemieckich żołnierzy napisał: „Dzisiaj widziałem uchodźców wychodzących ze Stalingradu. Bieda nie do pisania.(…) Chociaż są oni naszymi wrogami, Był to dla mnie ogromny szok. (…) W czasie tej wojny widziałem już dość nieszczęść, ale Rosja przewyższa wszystko. (…) Nie pojmiecie tego – trzeba to zobaczyć na własne oczy”.[55] To wiedza nieprzekazywalna, doświadczenie nie do opisania, które trzeba samemu przeżyć, niczym inicjacyjny obrzęd. Podobne opisy nieludzkiej, obcej rosyjskiej ziemi i jej dzikich mieszkańców możemy znaleźć listach niemieckich żołnierzy do domu, przechwyconych przez specjalną komórkę Oddziału Drugiego Komendy Głównej Armii Krajowej. W jednym z nich czytamy: „Bolszewicy to nie są ludzie, to zwierzęta! Już od czterech tygodni nie ściągałem ani butów, ani munduru. Zatracamy się tu zupełnie i zdrowie też zaczyna szwankować. (…) Ogarnia nas rozpacz i depresja. To istne piekło.”[56]

Niezależnie od miejsca bitew, na froncie wschodnim wojenny pejzaż pozostaje zawsze ten sam: trupy, brud, zniszczenie i chaos. Zrujnowane miasta i kilometrami ciągnące się wypalone wraki czołgów, dział i samolotów. Tylko szczęśliwcy mają oznakowane groby, poległymi Rosjanami nikt nie zawraca sobie głowy, leżą w najlepszym razie w zbiorowej mogile, albo tam, gdzie padli. Wojskowe cmentarze dla Niemców to luksus pierwszych miesięcy kampanii rosyjskiej.

W zależności od klimatu i pory roku, spustoszonemu krajobrazowi towarzyszyły upał i deszcz, błoto, śnieg i mróz. Zwłaszcza rosyjskie błoto nie do pokonania, pokrywając drogi
i pola, wciągając piechurów, konne zaprzęgi i ciężarówki, pozostało w pamięci weteranów wschodniego frontu: „Patrzyliśmy na błoto i myśleliśmy o morzu mułu, które oddzielało walczące wojska od ich dawnych baz. Jedna z dróg (…) prowadziła do samego Dniepru.
Stało tak kilka ciężarówek zatopionych w błocie po same osie. Błoto było czarne, gęste jak smoła. Najmocniejsze silniki zawodziły.”[57] Niemieccy żołnierze używali nawet nazwy ‘front błota’ albo ‘generał błoto’: „Można przezwyciężyć zimno, można posuwać się naprzód przy czterdziestu stopniach poniżej zera. Rosyjskie błoto jest natomiast pewne swej dominacji.
Nic nie może mu się oprzeć, ani człowiek, ani materia. Króluje na stepie przez kilka miesięcy.”[58]

Padający wciąż deszcz, zimno i brak jakichkolwiek możliwości umycia się,
czy wyprania bielizny, prowadziły do epidemii czerwonki i tyfusu roznoszonego przez wszy. Problemem przy braku higieny, wszechobecnych, rozkładających się ciałach, ciągłym ostrzale artylerii, stawały się podstawowe, fizjologiczne czynności: „dotkliwie cierpieliśmy z powodu koszmarnego klimatu i ciągłych opadów, przez co tygodniami nie mogliśmy zmienić wiecznie mokrych ubrań: w dzień lało jak z cebra, w nocy dokuczało przenikliwe zimno; ciężki buty chłonęły wodę, jak gąbka, a wszystko pod mundurem było mokre i brudne,
i naddatek zawszone.(…) Wielu z nas po prostu oddaje mocz w spodnie, gdyż zapanowanie nad pęcherzem jest często niemożliwe (niestety bywa to także rzadki kał, który nieraz tak gwałtownie prze, że po prostu nie udaje się w porę dobiec do latryny i opuścić spodni). Systematycznie upodabniamy się do stada dzikiego, brudnego, zawszonego i zasranego bydła(…).”[59] Tak swoje przeżycia z walk w radzieckim okrążeniu opisywał Herbert Brunnegger.

Na czerwonkę w trakcie kampanii wschodniej cierpią też Guj Sajer (trafia z tego powodu do szpitala) i Leon Degrelle. Podobne wrażenia stały się udziałem żołnierzy z okopów pierwszej wojny światowej: „Fetor rozkładu, tłumiony jedynie przez równie nieznośny smród chlorku wapnia, i chmary much zwabionych padliną były kolejnymi przekleństwami, od których nie można było uciec. Pociski wciąż wyrzucały w powietrze ludzkie członki i korpusy.”[60] Udziałem walczących w obu wojnach były te same cierpienia, zamieniając życie na froncie w koszmar z najgorszych wyobrażeń – brak jedzenia, higieny, snu, ciągłe niebezpieczeństwo śmierci albo ran. Jeszcze groźniejsza, niż deszczowa jesień, okazywała się rosyjska zima. Guj Sajer tak opisywał zimowe oblicze rosyjskiej ziemi:
„Świt przyniósł jeszcze większy mróz. Wełniane rękawice, które pobraliśmy przed wyjazdem były już do niczego. Zawijaliśmy piekące od mrozu ręce w jakieś gałgany albo zapasowe skarpety. Pomimo machania łopatą ziąb był nie do wytrzymania.(…) Następne dni a nie pamiętam już, ile ich było, wspominam jako zimowy koszmar. Temperatura wahała się od dwudziestu pięciu do trzydziestu dwóch stopni poniżej zera. Pamiętam jeden upiorny dzień, kiedy zerwał się wiatr(…). Tamtego dnia temperatura spadła do minus trzydziestu siedmiu stopni. Myślałem już, że umrę.”[61]

Krajobraz frontu wschodniego łączy w sobie okrucieństwo przyrody z okrucieństwem ludzi: „Siarczyste mrozy. Skrzypi śnieg. Lodowate powietrze zapiera dech w piersiach. Zaklejają się nozdrza, łamią zęby. Na drogach naszego natarcia leżą zamarznięci Niemcy. Ciała są zupełnie nienaruszone. Nie my ich zabiliśmy – zabił ich mróz. Żartownisie stawiają zamarzniętych Niemców na nogi, na czworaki, tworzą cudaczne, fantastyczne kompozycje figuralne.”[62] W taki sposób, używając ciał zamarzniętych podczas odwrotu spod Moskwy Niemców do stworzenia swoistego danse macabre, żartowali sobie radzieccy żołnierze. Odrealniony krajobraz zawiera w sobie element groteskowości, będąc połączeniem grozy i śmieszności, a „groteskowość to świat, który stał się obcy.”[63]

Z wymaganiami okrutnej rosyjskiej ziemi dobrze radzili sobie tylko Rosjanie. Leon Degrelle tak opisał zimę w Rosji: „Każdy, kto choć na chwilę zdjął rękawice, natychmiast miał odmrożone palce.(…) Nawet nasze łzy zamarzały, tworząc wielkie perły, które boleśnie sklejały rzęsy.(…) Rosjanie byli przyzwyczajeni do tego nieprawdopodobnego klimatu. Pomagały im narty, psy, sanie, zwinne konie. Mieli ubrania chroniące przed zimnem.(…) Pewnej nocy (…) elitarne oddziały kozackie przedarły się przez głęboki śnieg na swych zwinnych koniach.(…) Za jednym zamachem zajęli trzy wioski. Nikt nie zdążył chwycić za broń.”[64]

Podobne opisy rosyjskiej zimy znajdziemy w pozostałych wspomnieniach: „Nic nie było w stanie nas rozgrzać. Oddawaliśmy mocz na zgrabiałe ręce, aby chociaż w ten sposób ulżyć dłoniom.”[65] Każde dotknięcie metalu broni gołą dłonią przyklejało do niej skórę,
a każda rana kończyny mogła zakończyć się jej amputacją.

Jednak rosyjska ziemia czasami pokazywała inne oblicze. Wielu żołnierzy zachwycało się malowniczymi ukraińskimi wioskami, pięknem krajobrazu, wschodów i zachodów słońca. Nawet straszna rosyjska zima nosiła w sobie znamiona piękna: „O szóstej rano wstał olśniewający świt, na niebie kolejno pojawiały się kolory: złoty, pomarańczowy, fioletowy, purpurowy, amarantowy rozjaśniony delikatnie fioletem, obrębiony jasnym srebrem.(…) Widziałem nad sobą najpiękniejsze światła świata. Wcześniej podziwiałem niebo w Atenach, ale w obliczu wspaniałego i przejrzystego rosyjskiego nieba moje wzruszenie i radość były nieporównanie większe. Miałem odmrożony nos. Miałem odmrożone policzki. Mój karabin był skuty lodem. Lecz cała moja wrażliwość płonęła.”[66] Piękno obcej ziemi zmieszane ze śmiertelną groźbą tworzyło niespotykaną rzeczywistość – przyciągającą i odpychającą zarazem, niczym numiotyczne doświadczenie.

Po zimie 1941/42 roku nadeszła wspaniała rosyjska wiosna: „To były wspaniałe wiosenne dni. Zatrzymywaliśmy się w wioskach pachnących kwieciem. Kapelan udzielał nam komunii pod kwitnącymi wiśniami, przez które prześwitywały promienie słońca. Było prawie pięćdziesiąt stopni. A jeszcze w lutym, w zagłębiu donieckim było czterdzieści dwa stopnie poniżej zera.”[67]

Dwa lata później Niemcy zostali pokonani na terenach zachodniej Ukrainy i musieli się wycofać, a nacierający Rosjanie zatrzymali się dopiero w Berlinie. Degrelle zanotował: „Cała piękna Ukraina o bezkresnych, złocistych polach, o biało – niebieskich wioskach, przycupniętych pośrodku zbóż, jak kosze z kwiatami, Ukraina obfitująca w kukurydzę i pszenicę,(…) została zalana przez wrzeszczącą falę Mongołów i wielkogłowych Kałmuków, o wilgotnych wąsach, o zębach z białego metalu z wielkimi pistoletami maszynowymi (…), oszołomionych faktem, że w ciągu półtora roku przebiegli od Wołgi do Galicji i Besarabii. Mieli kieszenie wypchane złotymi pierścionkami, najadali się do syta i zabijali dużo Fryców. Byli w siódmym niebie.”[68] Przeciwnicy Niemców – obywatele ZSRR, są przez Degrelle`a przedstawieni jako bezlitosne stwory rodem z piekła: „Rosjanie wkradali się między nas (…) Wyglądali jak bagienne potwory: oblepieni błotem, zarośnięci, o płaskich i czerwonych policzkach, szczerzyli w uśmiechu żółte zęby. Powtarzali, że są dziesięć razy silniejsi od nas.”[69] Popędzani przez komisarzy politycznych z naganem w ręku, są posłuszni i nieubłaganie idą naprzód po trupach swych towarzyszy. Nic ich nie powstrzyma, a Europa zostanie przez nich zgwałcona, niczym bezbronna kobieta.

Waloński przywódca polityczny, żołnierz i piewca Niemiec, nie ma o Rosjanach najlepszego zdania. Nie raz opisuje ich okrucieństwo, wobec pojmanych jeńców niemieckich. Rosjanie są dla Degrelle’ a najbardziej prymitywni z przedstawicieli narodów świata i dlatego lepiej przystosowani do surowych warunków panujących w Rosji. W tym prymitywizmie zauważa ich siłę, która pozwoliła Sowietom w końcu wygrać wojnę. Jednak odmawia im człowieczeństwa, opisując przykłady kanibalizmu wśród radzieckich jeńców, torturowanie złapanych Niemców i Walończyków, nazywając ich Azjatami, dziećmi Dżyngis Chana. Są oni dla niego postaciami rodem z głębokich mroków barbarzyństwa, mającymi przewagę dzikości nad cywilizacją. Degrelle opisuje tytaniczne zmagania wojenne niczym walkę natury (Rosjanie) z kulturą (Niemcy, reprezentujący ład i tradycje Europy). Rosjanie są dla niego przedstawicielami chaosu, niemożliwymi do zrozumienia istotami z głębin ciemnego orbis exterior. Nie jest w stanie zrozumieć ich postępowania, motywów, ani ideologii, którą się kierują. Budzą w nim lęk, obrzydzenie, czasem litość, zawsze jednak ich stałą cechą pozostaje obcość. Rosjanie – nazywani tu Azjatami, są dla Walończyka niczym nieznane, kolejno napotykane przez Odyseusza ludy: „Opisy te przynoszą sygnalizowane już tu elementy obrazu obcych. Obcy to olbrzymi, ludożercy, pełni grozy, dzicy, nieokrzesani. Spotkaniom z obcymi towarzyszą uczucia lęku i trwogi połączone z zaciekawieniem i fascynacją.”[70]
W tradycyjnym światopoglądzie obcy był przedstawicielem sacrum, zawierającym w sobie i jednocześnie wyrażającym elementy boskiej siły, potęgi, przerażającej i fascynującej zarazem. Wyobrażenia dotyczące obcych (stereotypy i symbole) zawierają w sobie właśnie taką sakralną dwoistość.[71] Obcemu nadawano szereg cech negatywnych, przypisując inny sposób urodzenia, ułomność fizyczną, przymioty zwierzęce i demoniczny charakter, czy cechy nienaturalne. Ambiwalencja tej postaci sprawiała, że elementy grozy i fascynacji łącząc się ze sobą, przypominają doświadczenie Sacrum. Wedle Rudolfa Otto, składa się ono z silnych, sprzecznych emocji, których sumę nazywa numinosum. Pierwsze jest uczucie grozy, rodzaj podświadomego strachu, związanego z doświadczeniem nieziemskiej mocy: „Jest to strach pełen wewnętrznego drżenia, jako, że nie może rozbudzić go nic stworzonego, nawet to, co najgroźniejsze i wszechmocne”[72] Groza, powodowana przez tajemnicę tego odczucia jest niemożliwa do wyobrażenia w kategoriach pojęciowych. Tajemnica związana z sacrum pozostaje wieczną, nierozwiązywalną zagadką, którą zafascynowany człowiek będzie chciał rozwikłać. Narratorzy wspomnień są równie zafascynowani zagadką ziemi rosyjskiej i jej obcości. Chcąc zrozumieć swe przeżycia wojenne, Rosję i jej mieszkańców, nadać sens doświadczeniu frontu wschodniego, przepracowują pamięć tamtych lat.

Rosjanie – Azjaci są w oczach narratorów przywoływanych wspomnień dzicy niczym Hunowie, nie potrzebują żadnych wygód, cywilizowanych strojów, ani żywności, schronienia. Ci komunistyczni barbarzyńcy o zębach z białego metalu, wilgotnych wąsach i skośnych oczach są pozbawieni ludzkich uczuć, może poza nienawiścią i chciwością. Degrelle pisze „Staliśmy osłupiali przed tymi włochatymi, żółtawymi kolosami, o małych błyszczących kocich oczach. Wielu z nich było Azjatami.(…) Pewnej nocy obudziły nas przerażające wrzaski. Staliśmy na jakimś dworcu. Wybiegliśmy i otworzyliśmy drzwi jednego z wagonów: Azjaci, żarłoczni jak mureny, bili się wyrywając sobie kawałki mięsa. Te kawałki były mięsem ludzkim! Wagon walczył o szczątki jakiegoś zmarłego Mongoła, którego ciało zostało rozkawałkowane przy pomocy blachy z puszek po konserwach.”[73]

Obcy nie tylko zjadają się nawzajem, jak dzikie zwierzęta, są wobec siebie równie bezlitośni, jak w stosunku do swych wrogów. Przebywanie w ich towarzystwie całkowicie zmienia narratorów, stają się całkowicie nieczuli na przejawy brutalizacji życia i zezwierzęcenia ludzi: „Druga połowa marca nie wyróżnia się wśród dotychczasowej wojennej codzienności niczym szczególnym. W naszej chacie grubokoścista chłopka zabija bardzo starą babcię, która prawie nie mogła się poruszać, bo jej zdaniem bez pożytku zabierała tylko miejsca na piecu i miskę zupy.”[74] Natura, podobnie jak zatopieni w niej Rosjanie, nie zna litości. W opisach dzikiego, nieludzkiego i obcego wroga widać towarzyszące uczuciom pogardy i wstrętu zafascynowanie.[75] Czerwonoarmiści są nieludzko wytrzymali, silni, niewiarygodnie odporni na złe warunki klimatyczne, głód i choroby. Przede wszystkim jednak, nie chcą się poddać, walcząc aż do śmierci. Przerażający i odrażający zarazem, budzą niekłamany podziw Niemców: „te ‘prymitywy’ charakteryzowała niezwykła wprost odporność na trudne warunki klimatyczne i bytowe, w jakich walczyliśmy, przy prawie całkowitym ignorowaniu indywidualnych potrzeb (higiena, opieka medyczna), i zadowalaniu się absolutnym minimum pożywienia, najczęściej głodując. Ta twardość i odporność fizyczna oraz prymitywizm potrzeb doskonale komponowały się z ekstremalnie trudnymi warunkami naturalnymi, w jakich przyszło walczyć w Rosji.”[76] Do podobnych wniosków dochodzi
De Grelle, oburzony na drobiazgową biurokrację zaopatrzeniowców w armii niemieckiej, skąpiących żołnierzom odpowiedniej, chroniącej przed mrozem odzieży, a jednocześnie wyposażających go w szczoteczki i proszek do zębów, który Rosjanie próbowali jeść. Cała ta „cywilizacyjna otoczka” armii niemieckiej okazuje się zbędnym balastem wobec prymitywnych warunków, w jakich przyszło toczyć bój z wrogiem nieznającym podobnych „luksusów”.

Wyraźnymi elementami opisu obcych – tu Rosjan i Azjatów – pozostają zwierzęcość, demoniczność, niesamowitość, deformacja, niczym w zoomorficznych postaciach wielu bóstw w religiach społeczeństw pierwotnych[77]. Wiele z cech opisu obcych z frontu wschodniego (czarność obcych, ich przykry zapach, ludożerstwo, niskie pochodzenie) możemy odnaleźć w światopoglądzie tradycyjnym.[78] W opisach kontaktów z obcym, jakie zawierają przywoływane wspomnienia, zwykle możemy odnaleźć jeszcze jedną cechę doświadczenia numiotycznego – są one pozbawione śmiechu, a pełne przerażającej powagi. Często jest to powaga śmierci, bądź śmiertelnego zagrożenia.

Nie tylko Rosja i jej mieszkańcy zdawała się Niemcom mocno osadzona w dalekiej przeszłości. Rodem z zamierzchłych czasów okazywała się taktyka ataku radzieckiej piechoty. Rzucano ją falami na nieprzyjaciela, co przynosiło atakującym olbrzymie, niczym nieuzasadnione straty. Tylko barbarzyński dowódca, dysponujący nieograniczonym potencjałem ludzkim mógł sobie pozwolić na wydawanie takich rozkazów. Niemieccy żołnierze zauważali, że Rosjanie poruszają się niczym automaty, stąpając po zwłokach swych towarzyszy. Nawet nie próbowali się kryć, jakby liczyli na zmiażdżenie przeciwnika samą liczebną przewagą. Niemieccy oficerowie określali tą taktykę mianem „walca parowego”. Poznali ją wszyscy trzej narratorzy, którzy nie raz zetknęli się z atakami mas radzieckiej piechoty. Ciekawie taki atak opisał Guy Sajer: „Daleko na horyzoncie widać było czarną, wąską wstęgę, która przemieszczała się niczym fala zdążająca ku brzegowi. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w tę zwartą i niesamowitą masę, po czym weteran wydał tak straszny ryk, że sparaliżowało nas ze strachu. Nadchodzą! Nadchodzą Syberyjczycy. Będzie ich z milion!”[79] W tej masie radzieckich żołnierzy, niczym lawina prących naprzód narratorzy wyczuwali coś groźnego i niesamowitego. Wydawało się, że na miejscu zabitych Rosjan natychmiast wyrastają następni, a ich olbrzymia armia jest połączeniem prymitywnej maszyny z dziką bestią. Z tego powodu niemieccy generałowie nazywali Armię Czerwoną ‘Hydrą’. Wszyscy narratorzy wspomnień, o których piszę, widzieli w niej nieludzką,
ale jednak stworzoną z żywej materii maszynę, miażdżącą wszystko na swej drodze.

Koszmar obcego świata i makabry pola walki bywał tak straszliwy, że żołnierze tracili zmysły, poczucie rzeczywistości i upływu czasu. Tkwili w „wiecznym teraz”, stając się częścią pejzażu śmierci. Guy Sajer zanotował: „Kilka minut później rozpoczął się (…) ostrzał rosyjskiej artylerii. Cały świat nagle gdzieś zniknął. Nasze przerażona oczy nie były w stanie dostrzec nawet słońca. Na tle gigantycznej zasłony z ziemi i kurzu wystrzeliwały w niebo osiemdziesięciu – stumetrowe słupy ognia. Jeszcze nigdy wstrząsy ziemi nie były tak intensywne. Za nami płonął cały las. Krzyczeliśmy z przerażenia nieswoim głosem. Wszystko wirowało w powietrzu.”[80] Ciemność i brak wyraźnej waloryzacji kierunków, stanowią wedle tradycyjnego, mitycznego światopoglądu, kulturową metonimię śmierci: „obszar śmierci jest domeną ciemności, w której nie można rozpoznać żadnych kształtów ani określić kierunku(…).”[81] Front wschodni to obcy świat, groźny i straszny niczym orbis exterior,
nie dający się oswoić ani zaakceptować.

Po niekończącym się ostrzale artyleryjskim zapada dziwna cisza: „Opuszczeni przez Boga, w którego mimo wszystko wielu z nas wierzyło, tkwiliśmy w tym dole niczym w grobie, wyczerpani, zagubieni, załamani. (…) Równina była nie do poznania. Ziemię pokrywały liczne wzniesienia, jakby zryły ją krety. Wszędzie widać było dymy i płomienie. Nie sposób było zliczyć leżących ciał żołnierzy niemieckich.(…) Noc całkowicie nas zaskoczyła, gdyż straciliśmy poczucie czasu. Wraz z nią znów pojawił się strach.”[82] Siedzący w okopie żołnierze nie wierzą, że przeżyli kolejny dzień. Narrator wspomnień ma poczucie, że przeżywane okropieństwa są ułudą, a on sam jest u siebie w domu. W takim letargu pozostaje bardzo długo, aż do następnego dnia i następnego ostrzału artyleryjskiego,
po którym ucieka wraz z towarzyszami. Beznadziejnej placówki nie da się utrzymać, Rosjanie nieubłaganie nacierają, nie zważając na straty. Sajer nie wie nawet, w jakim kierunku ma się udać, zagubiony, cały czas błądzi po rosyjskiej ziemi, niczym po zaświatach. W takiej przestrzeni nie odnajdziemy ścieżek prowadzących w określone miejsca, bo nie ma tam celu wędrowania. Pozostaje tylko bezładna ucieczka przed Rosjanami. W takim właśnie ‘zaświatowym’ miejscu znajdują się żołnierze frontu wschodniego, żywi i umarli.

Pokonani nie czują do swych zwycięzców nienawiści, dominującym uczuciem jest smutek. Współczują także swym przeciwnikom, że musieli brać udział w okropnościach frontu wschodniego. W cytowanych wspomnieniach możemy odnaleźć wspólny wątek „prostego żołnierza”, obecnego po obu stronach wojny. Ten wzorzec opowieści, wyraźnie obecny w prozie Remarque`a, zawiera w sobie elementy mitu, w którym „Mamy do czynienia z ofiarą niechcianego zdarzenia, broniącą się przed koniecznością strzelania do ludzi, a ci z kolei w innych okolicznościach mogliby też być najlepszymi przyjaciółmi. Odpowiadają sobie bowiem pod względem pochodzenia społecznego i etosu. W chwilach prywatnej przerwy w wojnie można się z nimi zjednoczyć – universal soldiers otoczeni wojną, która ich wewnętrznie nie obchodzi.”[83]

Innym wspólnym wątkiem narracji jest mit, czy właściwie anty – mit bohaterskiej walki na froncie. Oficjalna wersja bohaterskiej egzystencji i śmierci żołnierza, wedle narratorów, niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, która okazuje się brutalną, przypadkową grą w zabijanie i przetrwanie: „Wiedza żołnierza jest więc znacznie szersza i inna, niż wiedza tych, którzy pozostali w domu. To daje mu prawo do cynicznych wypowiedzi (‘Bohaterów już nie ma. Oni wszyscy już nie żyją’). Zwykły żołnierz prowadzi więc swoją wojnę poza wszelkim romantyzmem i uduchowieniem, a jednocześnie doskonale wie, co mówi.”[84]


Powrót przegranych wojowników

Dla weteranów frontu wschodniego, którzy przegrali, jest tylko jedna droga powrotu. Droga milczenia, wstydu i hańby z powodu przegranej wojny i czynów, jakich się dopuścili. Jeśli nie zostali natychmiast rozstrzelani przez zwycięskich Rosjan, trafiali do łagrów i obozów jenieckich, gdzie większość z nich czekała powolna śmierć. Ci, którzy powrócili z niewoli, nie radzili sobie ze zwykłym, cywilnym życiem, wciąż wspominając lata walk i cierpień, śmierć, jaka spotkała ich towarzyszy broni. Oprócz traumy, musieli sobie także radzić ze społeczną i kulturową stygmatyzacją. Ostatecznie oni także stali się ofiarami wojny. Pozostają nimi zawsze ludzie, a dotyka ona tak wojskowych, jak cywili. Ofiary wśród ludności cywilnej są nieporównanie większe i pozostawiają w społeczeństwie trwałe ślady: „Ostatecznie, bez względu na to, kto wygrywa wojnę, jej ofiarami stają się wszyscy jej uczestnicy.”[85] Pisze o tym także Ernest Junger: „We wspomnieniu fronty się stapiają – przeciwnicy zdają się być otoczeni wspólnymi zagrożeniami, które są silniejsze od woli naczelnych dowódców i dzielności jednostek.”[86] Chaos i bezsensowna śmierć górują nad sensem i celem, jaki generałowie, przywódcy i ideolodzy starają się nadać walce. Bowiem wojna to przede wszystkim zniszczone ogólnoludzkie, najważniejsze wartości: „Największą stratą, jaką wojna przynosi w sferze ducha ludzkiego, jest szerzenie antywartości, niszczenie dobra, a także propagowanie i zachwalanie zła.”[87] Niszcząc wartości kultury, pozostawia poczucie krzywdy i świadomość wyrządzonego zła.

Żołnierze przegrani, którym dane było przeżyć, wspominając poległych, chcąc zapomnieć o sobie samych. Guy Sajer napisał o defiladzie zwycięzców: „Pamięć poległych uczczono długą chwilą milczenia.(…) Pamięć o nich tkwi we mnie niczym żarliwa modlitwa. Jest jeszcze jedne człowiek, o którym muszę zapomnieć. Nazywał się Sajer i myślę,
że uzyskał on moje wybaczenie.”[88] Zwycięzcy są w o wiele lepszej sytuacji, niż zwyciężeni, mimo, że wszyscy są tak samo napiętnowani przez wojnę.

Jednak to przegrani wojownicy gorszej sprawy nie zostali z powrotem włączeni do swych społeczności, nie przeszli rytu agregacji, nie wyszli z obszaru inicjacyjnego marginesu, na którym się znaleźli. Wciąż na nim pozostają, nikt na nich nie czekał, nikt ich tryumfalnie nie witał, nie wiwatowano na ich cześć, nie urządzano przyjęć, nie świętowali powrotu. Spotkało ich w najlepszym razie milczenie, a w najgorszym potępienie, brak akceptacji i stygmatyzacja. Kiedy Guj Sajer wrócił do domu, nikt go nie poznał, nawet matka. Sam powrót okazał się wielkim wyzwaniem, z powodu braku okresu przejściowego i rytuałów towarzyszących agregacji: „Do domu pozostało mi dziewięć kilometrów. Już tylko dziewięć kilometrów do zakończenia mojej wędrówki, dotarcia do punktu zerowego. Była piękna pogoda i powinienem radośnie biec ku nieprawdopodobnej rzeczywistości, do której z każdym krokiem się zbliżałem. A jednak niepokój ściskał mi gardło i tamował dech.(…) Zacząłem odczuwać lęk. (…) Nagle na wychudłym ciele poczułem zimny pot. Rozpacz, tkwiąca we mnie od czasu wojny na Wschodzie, zniknęła, zastąpiona teraz przez rzeczywistość, o której już zdążyłem zapomnieć. (…) Przejście to było zbyt gwałtowne, zbyt brutalne. Potrzebowałbym czegoś w rodzaju filtra.”[89]

Jednak tego filtrującego starą i nową rzeczywistość rytuału agregacji, okresu przejściowego nie ma i narrator odczuwa strach, pustkę i poczucie niepewności. Będą towarzyszyć mu do końca życia, tym bardziej, że nie będzie nikogo, kto chciałby wysłuchać opowieści przegranego, skazanego na niepamięć żołnierza: „Rodzice nakażą mi absolutne milczenie. Nigdy nie będzie rozmów, choć mogłyby mi przynieść ulgę. Z wielką uwagą wysłuchiwać będę opowieści o bohaterach z przeciwnego obozu, o bohaterach, do których nie miałem szczęścia się zaliczać. Ludzie zawistni nie zapomną niestety o mnie, interpretując moją przeszłość jako przejaw zachłanności i niewybaczalny błąd. Inni może kiedyś zrozumieją, że obie strony konfliktu mogą cenić te same wartości i ból jest ponadnarodowy.”[90] Podobnie opisuje próby integracji z powojennym światem Herbert Brunnegger. Wciąż nie może uwierzyć, że udało mu się uciec ze szpitala, że nie został natychmiast zastrzelony przez zwycięskich Rosjan, a jeden z nich, bezimienny weteran, uratował mu życie. Nieznany, wysoko odznaczony sierżant Armii Czerwonej nie pozwolił swemu oficerowi zastrzelić rannego Niemca, choć ten był ich śmiertelnym wrogiem.

Trudnym narodzinom w nowej rzeczywistości towarzyszą rezygnacja, ból i milczenie. Droga do cywilnego życia okazuje się trudniejsza, niż przetrwanie frontowego piekła, pozostaje na zawsze zamknięta. W tym nowym życiu, w otoczeniu spokoju i względnego dostatku, egzystencja staje się nieznośnie nudna, a samo życie pozbawione głębszego smaku. Nikt, kto sam nie doświadczył ekstremalnych warunków frontu wschodniego, nie jest wart rozmowy, czy głębszego zainteresowania. Sajer z pogardą traktuje zarówno nowe francuskie wojsko, jak i uczącego go jeździć samochodem instruktora. On, weteran rosyjskiego piekła, potrafiący prowadzić każdy, nawet najcięższy wojskowy pojazd, nie ma aktualnego prawa jazdy, potrzebnego w demokratycznym państwie. Herbert Brunnegger traci dom, nie odnajduje też w powojennym świecie swojej dawnej miłości – zostaje odrzucony przez dziewczynę i jej rodziców jako zbyt kłopotliwy w nowych czasach. Nie pomaga mu wiara – dawno ją stracił, a nowej rzeczywistości towarzyszą całkowita gorycz, rezygnacja i milczenie. Okazuje się, że to wojna pozwalała przeżywać intensywnie każdą chwilę, zwłaszcza w bezpośrednim niebezpieczeństwie śmierci. Śmierć okazuje się zupełnie przypadkowa i pozbawiona patosu, a żołnierze pozostają wobec niej zupełnie bezradni. Niezwykłe nagromadzenie okrucieństwa, makabrycznego widoku rozrywanych ciał i potwornych zniszczeń, powoduje otępienie, z którego trudno się wyzwolić. Zarazem włącza się mechanizm groteski – wyśmiewania wojny i patetycznych apeli przełożonych – wyrażający się w używaniu wulgarnego języka, dosadnych określeń i gestów. Okazuje się,
że nierozłączna para frontu wschodniego – wojna i śmierć nie są godne szacunku – to żołnierze walczący i umierający na polu bitwy mogą zostać nim obdarzeni przez ocalałych weteranów. Nie będą oni jednak o tym głośno mówić, co najwyżej napiszą wspomnienia. Zarówno Sajer, jak i Brunnegger pozostają bezdomni, dosłownie, jak też w sensie heideggerowskiej, wewnętrznej pustki. Mają jednak świadomość, choć ukrywaną, swej winy oraz kłamstw, którymi posługiwał się hitlerowski reżim. Samotność i brak akceptacji powodują chęć pisania wspomnień. Rozpatrując genezę pamiętników i autobiografii należy wziąć pod uwagę wyobcowanie i osamotnienie jednostki, które prowadzą do rekonstruowania wspomnień. Duże znaczenie mają tu krańcowe doświadczenia egzystencjalne, jak na przykład pobyt w klasztorze czy więzieniu. Poczucie wyobcowania i niezrozumienia wywodzi się „nie tyle z fizycznej izolacji, ile z bycia innym, z poczucia inności, podzielanego zarówno przez autora autobiografii, jak i społeczność, do której on chce lub po prostu próbuje się zbliżyć.
To poczucie wyobcowania jest znamienne dla przedstawicieli mniejszości narodowych.”[91]
W przypadku wybranych przez mnie do analizy narracji mamy do czynienia z odrzuconymi przez wspólnotę przegranymi żołnierzami, którzy przeżyli koszmar wojny. Nie są w żadnym razie bohaterami godnymi szacunku, a tylko napiętnowanymi zbrodniarzami, a „jedną z głównych życiowych możliwości nosiciele piętna jest praca nad tym, by wśród normalsów zachowywać się tak, jakby jego widoczna odmienność była w rzeczywistości nieistotna i niezauważona.”[92] Choć odmienność okaleczonych psychicznie żołnierzy nie jest widoczna na pierwszy rzut oka, wolą oni jednak zachować milczenie na temat swej przeszłości,
aby uniknąć odrzucenia i stygmatu zbrodniarza. Pozostaje również kwestia wewnętrznej emigracji i niesłychanego napięcia, spowodowanych udziałem w najokrutniejszej z wojen, będących siłą napędową pisania autobiografii i wspomnień. „Przedstawienie osamotnienia i wyobcowania pojawiają się w autobiografiach jako odzwierciedlenie dwóch rodzajów sytuacji. Po pierwsze, jako odbicie okoliczności zmuszających do alienacji (emigracja, więzienie, bariera rasowa, zamknięcie). Po drugie zaś, jako świadectwo wyboru alienującej (czy też samoalienującej) postawy wobec rzeczywistości”[93] – pisze Andrzej Cieński.
W przypadku naszych anty – bohaterów mamy do czynienia z tym drugim.

Historia bezlitośnie obnażyła zło nieludzkiego systemu, któremu przegrani żołnierze frontu wschodniego mniej lub bardziej świadomie służyli. Starając się szukać dla siebie usprawiedliwienia, widzą zło, które wyrządzili. Mocno akcentując we wspomnieniach bezsens wojny i bezmiar okrucieństwa, które niesie wszystkim stronom konfliktu,
nie pamiętają, kto jest odpowiedzialny za jego wywołanie. Nie chcą pozostać na zawsze poza pamięcią zbiorową społeczności, która ich tak naprawdę nie przyjęła i nie zaakceptowała. Wspomnienia pisane w nocy (jak w przypadku Sajera i Brunneggera), po kryjomu przed rodziną, pomagają przeżyć zapomniany koszmar na nowo, wyrazić ukryte uczucia, oddać hołd towarzyszom broni i paradoksalnie, szacunek wrogom. Do ostatka broni przegranej sprawy Leon Degrelle, który do końca życia spędzonego w powojennej, frankistowskiej Hiszpanii nie okazał skruchy i deklarował wiarę w te same wielkoniemieckie, rasistowskie ideały, paradując w swoim mundurze wyjściowym ze wszystkimi odznaczeniami. Twierdził również, że ofiara, jaką złożyli walońscy legioniści, przyczyniła się do uratowania Europy zachodniej przed jarzmem sowieckiej niewoli.

Cóż może jeszcze uczynić, prócz oddania szacunku umarłym towarzyszom i pamięci o nich, weteran nieludzkiej wojny, żołnierz złej sprawy skazany na zapomnienie? Groby mają tylko nieliczni, a na żadnym z nich nie ma odpowiedniego epitafium: „polegli w Rosji niemieccy żołnierze nie mają grobów. Któregoś dnia razem z gnojem chłop zaorze nasze resztki i zasieje w tym miejscu ziarna słonecznika…”[94] – napisał Guy Sajer w gorzkim zakończeniu swych wspomnień. Przegrani żołnierze chcą pamiętać o poległych towarzyszach broni, będąc wciąż wraz z nimi na froncie, przeżywają koszmar bitwy na nowo, śnią o nim i bezustannie wspominają. Starają się przekazać swą opowieść i stworzony mit innym, by nie odeszły wraz z nimi na zawsze. Piszą wspomnienia, czując, że mozolnie konstruowana opowieść stanowi jedyny cel ich życia. Zajmuje im to często długie lata[95]. Tworząc narrację przebudowują przy tym swoją tożsamość, starając się zyskać, jeśli nie odkupienie win,
to przynajmniej akceptację i spokój. Pragną nadać jakiś sens wojennym jatkom, w którym przyszło im uczestniczyć. Narracja jest przecież strukturą poznawczą, opisującą i definiującą świat. Jej podstawową funkcją jest ujmowanie naszego życia, rozwijających się w czasie wydarzeń, w całościowe struktury sensu. Niestety, tego sensu nie udaje się odnaleźć w wizjach świata przedstawianego w opisywanych przez mnie wspomnieniach.


[1] Michael P. Ghiglieri, Ciemna strona człowieka, (tłum.) Anna Tanalska – Dębska, Wyd. CiS, Wyd. WAB, W – wa 2001, s. 259.

[2] Ibidem, s. 39.

[3] Zobacz: Eliot Aronson, Człowiek – istota społeczna, ( tłum.) Józef Radzicki, Wyd. Nauk. PWN, Warszawa 2009, Hanna Hamer, Psychologia społeczna. Teoria i praktyka, Difin, W –wa 2005.

[4] Roger Caillois , Żywioł i ład, (tłum.) Anna Tatarkiewicz, PIW, W – wa 1973, s. 165.

[5] Pierre Crepone Religie a wojna, (tłum.) Ewa Burska, Wyd. Marabut, Gdańsk 1994, s. 8.

[6] Zob.: Pierre Crepone, op. cit., ss. 78 – 86; 117 – 128.

[7] Włodzimierz I. Lenin, Tezy o zadaniach młodzieży komunistycznej, (cyt. za:) Andrzej Zwoliński Wojna. Wybrane zagadnienia, Wyd. WAM, Kraków 2003, str. 12.

[8] Andrzej Zwoliński, op. cit., str. 5.

[9] Georges Minois, Kościół i wojna. Od czasów Biblii do ery atomowej, (tłum.) Adam Szymanowski, Oficyna Wydawnicza Volumen, Dom Wydawniczy Bellona, W –wa 1998, s. 413.

[10] Zob.: Informacja o wojnie (w:) Astrid Zipfel, Michael Kunczik, Wprowadzenie do nauki o dziennikarstwie i komunikowaniu (tłum.) Jerzy Łoziński, Wyd. Nauk. Scholar, W – wa 2000.

[11] Georges Minois, op. cit., s. 413.

[12] Zob. Magdalena Saryusz – Wolska, Literatura i pamięć. Uwagi wstępne, (w:) Pamięć zbiorowa i kulturowa. Współczesna perspektywa niemiecka, (red.) Magdalena Saryusz – Wolska, Universitas, Kraków 2009, s. 183.

[13] Tego terminu używa Barbara Szacka w odniesieniu do lat 1950 – 1980, zob.: tejże Czas przeszły, pamięć, mit, Wyd. Nauk. Scholar, W – wa 2006, s. 152.

[14] Barbara Szacka, op. cit., s. 153.

[15] Ibidem, s. 155.

[16] Ibidem, s. 156.

[17] Termin ten rozumiem, za Barbarą Szacką, jako kategorię dynamiczną, zmienną, będącą polem ciągłych starć i dyskusji, mieszania się obrazów i narracji o przeszłości, budowanych z różnych elementów. Składają się na nią pamięć jednostek o własnych przeżyciach, pamięć zbiorowości i zbiorowo uzgodniony symboliczny język ich przekazu, oraz oficjalny obraz przeszłości przekazywany instytucjonalnie. Zbiorowa pamięć potoczna i ta oficjalna, mogą, choć nie muszą być zgodne. Zob.: Barbara Szacka, op. cit., s. 32 – 45.

[18] O narracji jako kategorii porządkującej doświadczenie przeszłości zob.: Topolski Jerzy, Teoria wiedzy historycznej, Poznań 1983, Rosner Katarzyna. Narracja, tożsamość i czas, Universitas, Kraków 2003, White Hyden Poetyka pisarstwa historycznego, (red.) Ewa Romańska i Marek Wilczyński, Universitas, Kraków 2000, Frank Ankersmit Historiografia i postmodernizm, (tłum.) Ewa Domańska, (w:) Postmodernizm. Antologia przekładów, (red.) Ryszard Nycz, Wydawnictwo Baran i Suszczyński, Kraków 1996.

[19] Herald Welzer, Materiał, z którego zbudowane są biografie (tłum.) Magdalena Saryusz – Wolska, (w:) Pamięć zbiorowa i kulturowa. Współczesna perspektywa niemiecka, (red.) Magdalena Saryusz – Wolska, Universitas, Kraków 2009, s. 40.

[20] Ibidem, s. 40.

[21] Por. Ewa Domańska, Wokół metahistorii (w:) Hyden White, Poetyka pisarstwa historycznego (red.)Ewa Domańska, Marek Wilczyńśki, Universitas, Kraków 2000, tegoż, Metahistory. The Historical Imagination In the Nineteenth – Century Europe, Jon Hopkins University Press, Baltimore 1973.

[22] Roger Caillois patrzy na wojnę jako na rodzaj karnawału, swoiście odwróconego święta, pozwalającego uwolnić się od normatywnego ładu społeczno – kulturowego, pogrążyć w niczym niepohamowanej radości niszczenia wartości, świata materialnego i ludzi. Zob.: Roger Caillois, op. cit.

[23] Czaja Dariusz, Sygnatura i fragment. Narracje antropologiczne, Wyd. UJ, Kraków 2004, s. 81. Zob. też: Brocki Marcin, Antropologia – dialog – przekład, Wyd. Katedry Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2008, s. 64 – 98.

[24] Michael Howard, Wojna w dziejach Europy, (tłum.) Tadeusz Rybowski, Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 2007, s.145.

[25] Zob.: Edward Radziński, Stalin, ( tłum.) Irena Lewandowska i Michał Jagiełło, W –wa 1996, Antony Beevor, Stalingrad, (tłum.) Mirosław Bielewicz, Znak, Kraków 2008.

[26] Piotr Kowalski Leksykon znaki świata. Omen, przesąd, znaczenie, Wyd. PWN, W – wa 1989, s. 489.

[27] Bryan Perret, Rycerze czarnego krzyża, (tłum.) Jarosław Kotarski, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2009, s. 207.

[28] Andrzej Zwoliński, op. cit., str. 77.

[29] Arnold van Gennep, Obrzędy przejścia, (tłum.) Beata Biały, PIW, W-wa 2006, s.30.

[30] Ibidem, s. 30.

[31] Guy Sajer, Zapomniany Żołnierz, (tłum.) Jan Kortas, Wyd. L&L, Gdańsk 2001, s. 175.

[32] Guy Sajer, op. cit, s. 8.

[33] Ibidem, s. 8.

[34] Ibidem, s. 12.

[35] Junger Ernest, W stalowych burzach, (tłum.) Wojciech Unicki, Czytelnik, W –wa 1999, s. 7.

[36] Guy Sajer, op. cit, s. 175.

[37] Ibidem, s. 183.

[38] Ibidem, s. 180.

[39] Guy Sajer, op. cit, s. 184.

[40] Blond Georges, Agonia trzeciej rzeszy, (tłum.) Maria Kłos – Gwizdalska, Wyd. Poznańskie, Poznań 1957, s. 113.

[41] Herbert Brunnegger, Kto sieje wiatr, (tłum.) Beata Kozak, Wyd. Arkadiusz Wingert, Międzyzdroje, Kraków 2006, s.17.

[42] Na temat dyscypliny, metod szkolenia i organizacji w/w jednostek Waffen – SS zob.: Chris Mann, Zbrodnicze dywizje SS. SS – Totenkopf, (tłum.) Ryszard Grajek, Bellona,               W –wa 2008, Gordon Williamson, SS: Gwardia Adolfa Hitlera, (tłum.) Leszek Erenfeicht, Hubert J. Kuberski, Espadon, W –wa 1995.

[43] Herbert Maeger, Utracony honor, zdradzona wiara. Relacja żołnierza Leibstandarte SS Adolf Hitler, (tłum.) Izabela Dębicka, Wyd. Arkadiusz Wingert, Międzyzdroje, Kraków 2008, s. 28.

[44] Cyt. za: Antony Beevor, Staligrad, (tłum.) Mirosław Bielewicz, Wyd. Znak, Kraków 2008, s. 165.

[45] Zob.: „Karta. Kwartalnik historyczny”, 2005/44.

[46] Na temat specyfiki radzieckiego obszaru walki zob.: Catherine Merridale, Wojna Iwana. Armia Czerwona 1939 – 1945, (tłum.) Katarzyna Bażyńska- Chojnicka, Piotr Chojnicki, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2007, James Lucas, Ostheer. Niemiecka Armia Wschodnia 1941 – 1945, (tłum.) Tomasz Lem, Wyd. Arkadiusz Wingert, Międzyzdroje – Kraków 2008.

[47] Hanna Buczyńska – Garewicz, Miejsca, strony, okolice. Przyczynek do fenomenologii przestrzeni, Universitas, Kraków 2006, s. 13.

[48] Martin Heidegger, poświęcając swój odczyt z 1951 roku zamieszkiwaniu jako byciu w świecie, pisze o głodzie mieszkaniowym w powojennych Niemczech, rozpatrując go jako formę specyficznej bezdomności – duchowej, spowodowanej wojną pustki. Zob.: Martin Heidegger, Budować, mieszkać, myśleć. Eseje wybrane, (tłum.) Krzysztof Michalski, Czytelnik, W –wa 1977, s. 334.

[49] Evan Mawdsley, Wojna nazistowsko – sowiecka 1941 – 1945, (tłum.) Tomasz Tesznar, Wyd. UJ, Kraków 2009, s. 54.

[50] Evan Mawdsley, op.cit. s. 55.

[51] Leon Degrelle, Front Wschodni 1941 – 45, (tłum.) Dorota Tatarako – Grzesiak, Kraków 2002, s. 26

[52] Leon Degrelle op. cit., s. 66.

[53] Ibidem, s.21.

[54] Herbert Brunnegger, op. cit.., s. 143.

[55] Cyt. za: Antony Beevor, op. cit., s. 203.

[56] Fragment listu starszego kaprala Jägela (w:) Sergiusz Kazimierczuk, Z myślą o Reichu, „Karta. Kwartalnik Historyczny”/2005, nr 44, s. 113.

[57] Leon Degrelle, op. cit., s. 19.

[58] Ibidem, s. 22.

[59] Herbert Brunnegger, op. cit., s. 154.

[60] Modris Eksteins, Święto wiosny. Wielka wojna i narodziny nowego wieku., (tłum.) Krystyna Rabińska, PIW, W – wa 1996, s. 174.

[61] Guy Sajer, op.cit., s. 42.

[62] Pisarz na wojnie. Wasilij Grossman na szlaku bojowym Armii Czerwonej 1941 – 1945. Oprac. Antony Beevor i Luba Winogradowa, (tłum.) Maciej Antosiewicz, Wyd. Magnum, W – wa 2006, s. 86.

[63] Wolfgang Kayser, Próba określenia istoty groteskowości (tłum.)Ryszard Handtke, ( w:) Groteska, (red. )Michał Głowiński, Wyd. Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2003, s.24.

[64] Leon Degrelle, op. cit., s. 37.

[65] Guy Sajer, op. cit., s. 42.

[66] Leon Degrelle, op. cit., s. 22.

[67] Ibidem, s. 75.

[68] Ibidem, s. 245.

[69] Ibidem, s. 201.

[70] Zbigniew Benedyktowicz, Portrety „obcego”. Od stereotypu do symbolu, Wyd. UJ, Kraków 2000, s. 156.

[71] Zbigniew Benedyktowicz, op. cit., s. 161.

[72] Rudolf Otto, Świętość, (tłum.) Bogdan Kupis, Wyd. KR, W –wa 1999, s. 19.

[73] Leon Degrelle, op. cit., s. 18.

[74] Herbert Brunnegger, op. cit., s. 189.

[75] Zob. Zbigniew Benedyktowicz, op. cit., s. 162 – 167.

[76] Herbert Brunnegger, op. cit., s. 153.

[77] Zob.: Zbigniew Benedyktowicz, op. cit.,, s.162.

[78] Zob.: Jan Stanisław Bystroń, Megalomania narodowa, Wyd. Książka i Wiedza, W- wa 1995, s. 50 – 61.

[79] Guy Sajer, op. cit., s. 214.

[80] Ibidem, s. 208.

[81] Piotr Kowalski, op. cit., s. 551.

[82] Gyu Sajer, op. cit., s. 210 – 211.

[83] Herald Welzer, op. cit., s 49.

[84] Ibidem, op. cit., s. 51.

[85] Andrzej Zwoliński, op. cit., str. 282.

[86] Ernst Junger, op. cit., s. 296.

[87] Andrzej Zwoliński, op. cit., s. 302.

[88] Guy Sajer, op. cit., s. 487.

[89] Ibidem, s. 484.

[90] Ibidem, s. 486.

[91] Andrzej Cieński Pamiętniki i autobiografie światowe, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1992, s 100.

[92] Erving Goffman, Piętno. Rozważania o zranionej tożsamości, (tłum.) Aleksandra Dzierżyńska, Joanna Tokarska – Bakir, Gdańskie Wyd. Psych., Gdańsk 2005, s.77.

[93] Andrzej Cieński op. cit., s. 105.

[94] Guy Sajer, op. cit., s. 227.

[95] Ernest Junger przez 84 lata swego 102 – letniego życia zajmował się, mimo bogatego dorobku, głównie swym pisarskim debiutem, „W stalowych burzach”, wciąż go poprawiając i zmieniając. Musiał więc tej jedynej książce, opisującej walki na froncie zachodnim 1914 – 1918 przypisywać szczególne znacznie.

Comments are closed.