Abstrakt:

W artykule „Mała rewolucja”, czyli chłopcy na barykadach w Stanach Zjednoczonych w latach 50. XX wieku zajmuję się przemianą obyczajowości amerykańskiej w latach 50. minionego wieku, analizując jej różnorodne symptomy, a w szczególności uchodzący za jej symbol magazyn „Playboy”, który powstał w 1953 r. Ukazuję charakterystyczne rysy kultury amerykańskiej w latach 40. i 50., koncentrując się na tych elementach, które uderzały w tradycyjny model rodziny i podział ról społecznych oraz naruszały dotychczasowy sposób postrzegania ludzkiej seksualności. Pod hasłem „małej rewolucji” rozumiem bunt amerykańskich mężczyzn przeciwko dominującemu wzorcowi statecznego ojca rodziny, rebelię w imię prawa do rozrywki i braku zobowiązań, która doprowadziła do uformowania się w ramach tradycyjnego paradygmatu męskości nowego modelu mężczyzny – playboya, czyli chłopca lubiącego zabawę. Przyglądam się również obowiązującym wówczas w amerykańskim społeczeństwie wzorcom kobiecości.


Abstract:

This article – „Little revolution”, or, Boys on the Barricades in the United States in the 50s. – traces a significant transformation of  American morals in the fifties (XXth century) by analyzing its various symptoms, in particular the magazine “Playboy” created in 1953,  which is often considered as its main symbol. The paper presents many characteristic traits of American culture in that period, especially those which were undermining the traditional model of family and division of social roles as well as were questioning definition, function and social perception of human sexuality. By “little revolution” I mean a revolt conducted by male Americans against the prevailing role model of a staid father of the family, a revolt in the name of  the right to entertainment  and lack of responsibilities, that lead to an emergence (within the traditional paradigm of masculinity) of a new role model – playboy. The paper includes also an overview of female role models, which were constitutive for American society of that time.


Agata Łuksza

Ur. 1983 r., absolwentka studiów magisterskich w Instytucie Dziennikarstwa oraz w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Doktorantka IKP UW, gdzie w Zakładzie Teatru i Widowisk zajmuje się tematyką ciała, płci i seksualności oraz figurą wampira.

Mgr Agata Łuksza

Instytut Kultury Polskiej, Uniwersytet Warszawski

„Mała rewolucja”, czyli chłopcy na barykadach w Stanach Zjednoczonych

w latach 50. XX wieku.

Niewiele jest tak znaczących dat w historii jak rok 1953. Świat obiegła wówczas wiadomość o śmierci Stalina oznaczającej koniec najbrutalniejszego okresu w dziejach państw socjalistycznych. Jednak data, która dla nas stała się zwiastunem odwilży politycznej, w dalekich Stanach Zjednoczonych Ameryki zapowiadała zmiany o zgoła innym charakterze. Za oceanem w 1953 r. rozpoczęła się rewolucja obyczajowa, o tyle różna od późniejszych wydarzeń z lat 60. i 70., że jej aktywistami i beneficjentami byli  niemal wyłącznie mężczyźni.

W grudniu 1953 r. ukazał się pierwszy numer nowego magazynu dla mężczyzn, który propagował wyklęte kawalerstwo, rozbijał święty ideał rodziny i eksponował zakazaną kobiecą nagość. Hugh Hefner dał Amerykanom „Playboya”, a tym samym rozpoczął swoją krucjatę przeciwko dominującej w amerykańskim społeczeństwie moralności purytańskiej: „Głosząc kazania o przyjemności, poruszył właściwą strunę we właściwym czasie” (Halberstam, 1993, 576).

Dziewczyna rekruta lat 40.

Pierwsze szwy w amerykańskim gorsecie moralnym pękły w latach 40. XX wieku. Druga Wojna Światowa poważnie zakłóciła podstawy organizacji społecznej i utrwalonego wielowiekową tradycją podziału pracy. Po raz pierwszy na tak masową skalę kobiety zajęły miejsce wysłanych na front mężczyzn w biurach i sklepach, urzędach i fabrykach. Wymiana przestrzeni domowej na przestrzeń publiczną przekształciła mentalność znacznej grupy kobiet, które z większą śmiałością zaczęły decydować o swoim życiu osobistym,
w tym o relacjach seksualnych. O tym, jak kolosalna zmiana nastąpiła w zachowaniu i świadomości Amerykanek, które na skutek wojennej zawieruchy przekroczyły granice dotychczas nieprzekraczalne, świadczy kariera femme fatal w amerykańskim czarnym kryminale. Ten kobiecy stereotyp wyrastający z rzekomo wrodzonej skłonności kobiety do czynienia zła jest przecież wyrazem lęku przed wyzwoloną ze społecznych restrykcji, a przez to zagrażającą męskiemu porządkowi, kobiecą siłą (Caputi, 2003, 438-439).

Tymczasem w rozsypanych po całym globie anglosaskich okopach rozprzestrzeniła się praktyka, która do dziś uchodzi za jeden z wyznaczników amerykańskości. Mowa o pin-up girls, bez których być może nigdy nie narodziłaby się słynna rozkładówka „Playboya”. Oczywiście już na początku XX wieku mężczyźni wycinali z gazet zdjęcia lub rysunki dziewczyn ponętnych, a roznegliżowanych, często gwiazd filmowych i teatralnych,
przypinali (ang. pin up) je do ścian. Natomiast dopiero w czasie II wojny światowej zjawisko to zostało oswojone, zyskując niemal powszechną akceptację. Pin-up girls zdobiły nie tylko ściany koszar i żołnierskie szafki, nie mogło ich zabraknąć również w czołgach i bombowcach. W piśmie „Yank”, założonym przez Hartzella Spence’a po ataku na Pearl Harbor specjalnie dla mężczyzn odbywających służbę wojskową, pin-up girl stanowiła główną atrakcję. Bezkonkurencyjnym numerem 1 wśród żołnierzy była aktorka Betty Grable, szybko obdarzona przydomkiem „dziewczyny rekruta”.

Symbolem tej burzliwej epoki pozostają również Varga Girls, rysowane piękności wybitnego peruwiańskiego grafika, Alberto Vargasa, zamieszczane w piśmie „Esquire”. Pierwsza Varga Girl pojawiła się na początku lat 40., gdy wydawca „Esquire” zakończył współpracę z innym wielkim rysownikiem, Georgem Pettym. W ten sposób Petty Girl, firmowy znak „Esquire” z lat 30., ustąpiła miejsca bardziej zmysłowej i pociągającej dziewczynie Vargasa. Czytelnicy zareagowali nad wyraz entuzjastycznie. Przygotowany przez pismo kalendarz z Varga Girls na rok 1944 rozszedł się w nakładzie 2.5 miliona egzemplarzy.

Lata 40. w Stanach Zjednoczonych to niespokojny czas duumwiratu śmierci i miłości. Z jednej strony wojna, rozłąka, strata bliskich, z drugiej carpe diem, przelotne znajomości, pin-up girls. Coraz więcej seksu i o seksie w prasie, i na ulicy. Wystarczy spojrzeć, jaka część kobiecej garderoby stała się dobrem najbardziej pożądanym – cud techniki, objawione światu we wczesnych latach 40. nylonowe pończochy z charakterystycznym szwem rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Ponieważ nylon okazał się świetnym materiałem nie tylko na pończochy, ale także na spadochrony, czego nie omieszkało wykorzystać wojsko, rekwirując w całości to tworzywo podczas apogeum wojny, kobiety uciekały się do fortelu i kredkami do oczu malowały na nogach linię imitującą upragniony szew. Gdy w 1948 r. Alfred Kinsey opublikował swój pierwszy raport o życiu seksualnym amerykańskich mężczyzn, wyszło na jaw, że purytańskie zasady obowiązują jedynie na papierze,
a państwo pozostaje absurdalnie daleko w tyle za społeczeństwem. Według Kinseya 85% białych mężczyzn utrzymywało stosunki przedmałżeńskie, prawie 70% miało kontakty z prostytutkami, i co najciekawsze, choć w 44 stanach za cudzołóstwo groziły sankcje prawne, 50% badanych przyznało się do małżeńskiej zdrady (Petersen, 2002, 205). I o ile raport Kinseya do dziś spotyka się z różnorodnymi zarzutami natury metodologicznej lub ideologicznej – np. Bataille w swoim słynnym eseju o erotyzmie zarzucał autorom badań „naiwność” w dążeniu do reifikacji ludzkiej seksualności (Bataille, 2007, 145-160) – o tyle jego przełomowa i demaskująca rola w debacie publicznej na temat zachowań seksualnych wydaje się bezsporna.

Pozory raju w latach 50.

Lata 50. XX wieku w Stanach Zjednoczonych upływały pod znakiem widocznej poprawy materialnych warunków życia, lecz poprawie tej towarzyszyły narastające ukryte napięcia kulturowe i społeczne. Wydawałoby się, że kolejna dekada będzie konsekwentnie rozwijać trendy zapoczątkowane w latach 40. Stało się jednak wprost przeciwnie.

Po trudach walki amerykańscy mężczyźni zapragnęli spokojnego gniazda, w którym co dzień czekałaby na nich z obiadem zadbana i potulna żona otoczona gromadką rozkosznych dzieciaków. Kobiety powróciły zatem w domowe zacisze, gdzie całkowicie poświęciły się dążeniu do osiągnięcia prezentowanego w reklamach ideału gospodyni. Oczywistym i niekwestionowanym przeznaczeniem kobiety było zostać żoną, podobnie jak na miano prawdziwego mężczyzny zasługiwał wyłącznie mężczyzna z obrączką i intratną posadą. Rozpoczął się złoty okres rodziny, i to rodziny, w której obie płcie były zobowiązane do odgrywania wyznaczonych im sztywnych ról. Nigdy wcześniej i nigdy potem w amerykańskich statystykach nie odnotowano tak wysokich wskaźników liczby zawieranych małżeństw. Nowożeńcy przenosili się zwykle do domku na przedmieściach, gdzie wspólnie usiłowali realizować jedyny akceptowany wówczas model życia, tzw. togetherness, czyli „bycie razem”. To rzekomo bajeczne życie na amerykańskich przedmieściach w latach 50. przedstawił Gary Ross w filmie fabularnym Pleasantville, a jego tragiczny wymiar znakomicie sportretował bezlitosny komentator amerykańskiej mentalności Sam Mendes w obrazie Droga do szczęścia.

Amerykanie z rozmachem korzystali z powojennego boomu gospodarczego, stopniowo przekształcając się we wzorcowe społeczeństwo konsumpcyjne, w którym coraz częściej o człowieku świadczyły przede wszystkim posiadane dobra materialne (Boyer, 1993, 205). Trzeba było wiedzieć, co i gdzie kupić, jak się pokazać, jak się zachowywać, a czego pod żadnym pozorem robić nie wolno, by zyskać podziw i aprobatę sąsiadów. A bez podziwu i aprobaty sąsiadów żyć się nie dało. Normy czerpano głównie z telewizji, która w latach 50. stała się niezbędnym elementem wyposażenia każdego porządnego domu. O ile w 1951 r. telewizyjna widownia w USA liczyła 10 mln odbiorców, o tyle do 1959 r. liczba ta wzrosła pięciokrotnie (Gregg, McDonogh, Wong, 2001, 715). Nowe medium natychmiast znalazło się pod czułą opieką obrońców wartości, którzy dokładali wszelkich starań, aby nie przedostały się do niego żadne niepokojące treści.

Nie trzeba było długo czekać, aby idylliczne amerykańskie marzenie przerodziło się w codzienny koszmar. Ciągłe życie na pokaz, w świetle spojrzeń sąsiadów, drastycznie przykrojone do rygorystycznych norm nadmiernie krępujących potrzeby i rozwój jednostki przypominało życie więziennych skazańców. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni wplątani w nieustającą grę pozorów musieli kierować całą życiową energię na utrzymanie misternie wzniesionej fasady, która mogła runąć z hukiem przy najdrobniejszym potknięciu. Polityczne zawirowania i rozgrywki dodatkowo zaostrzały kryteria „porządnego” Amerykanina.  W 1950 r. na scenę wkroczył przecież senator Joseph Raymond „Joe” McCarthy.

Mccarthyzm pogrążył amerykańskie społeczeństwo w oparach absurdalnej paranoi. Panowała atmosfera wzajemnej podejrzliwości, fałszywych oskarżeń i oszczerczych donosów. Czerwonym wrogiem, elementem wywrotowym zagrażającym bezpieczeństwu kraju mógł wskutek najlżejszej insynuacji zostać dosłownie każdy. Jakiekolwiek zachowanie odbiegające od normy wskazywało na związki z radzieckim wywiadem. Wraz z kampanią antykomunistyczną ruszyła ponadto nagonka szefa FBI, J. Edgara Hoovera na homoseksualistów, „zboczeńców seksualnych” szerzących zepsucie moralne wśród niewinnych amerykańskich obywateli.
W świecie, w którym z dnia na dzień ludziom rujnowano karierę i życie osobiste, nikt nie mógł być pewny niczego.

Cenzura obyczajowa tropiła obscena z godną podziwu wytrwałością. Na czarną listę wpisane zostały nie tylko niezliczone paperbooks, ale także komiksy dla młodzieży, w których upatrywano źródła demoralizacji. Argumenty? Komiksy podkreślały w stopniu przesadnym męskie i kobiece cechy płciowe, rozwijając w nastolatkach niezdrowe zainteresowanie seksem. Co gorsza, eksponowanie pośladków miało sprowadzać chłopców na grzeszną drogę homoseksualizmu. W efekcie wydawcy komiksów stworzyli, wzorowany na hollywoodzkim kodeksie Haysa, własny, równie restrykcyjny zbiór wytycznych, których zaczęli skrupulatnie przestrzegać. Jednak bez względu na wysiłki stróżów moralności, utopijny plan wprowadzenia absolutnej kontroli nad życiem osobistym Amerykanów nigdy nie został w pełni zrealizowany.

Druga strona medalu

Bunt lat 50. nie był buntem kobiet, które przez kolejną dekadę w milczeniu próbowały radzić sobie z narzuconymi normami i restrykcjami, często uciekając się do środków uspokajających. Filmy, które portretują kobiety z lat 50. nieakceptujące obowiązującego modelu „podmiejskiej żony” kultywującej mit „pięknego domu” (Chałasiński, 1973, 322-324, 345-351), takie jak Droga do szczęścia lub Godziny Davida Hare’a, wyraźnie ukazują, że kobiety te nie zamierzały wpływać na porządek społeczny. Działały one wyłącznie w wymiarze intymnym, jednostkowym. Powietrza brakowało również mężczyznom, przykutym do roli żywiciela rodziny. Ponieważ seks i pożądanie były tematami tabu, męskie fantazje zaczęły w ukryciu przybierać dość radykalne formy.  Zgodnie z duchem epoki powszechnym kultem otaczano cukierkowe blond gwiazdki komedii romantycznych, „lalki” jak mówił Marcello ze Słodkiego życia, amerykańskie glamourous girls, m.in. Debbie Reynolds i Doris Day. Tytuł, ulubienicy fotografów i królowej męskich magazynów należał jednak do kruczowłosej Bettie Page, nie bez powodu nazywanej Czarnym Aniołem, której image bezpardonowo odbiegał od oficjalnie lansowanych wzorców. Z jednej strony, dzięki swojej dziewczęcej urodzie odpowiadała na męską potrzebę kobiety niewinnej, a z drugiej – stała się obiektem znacznie mniej grzecznych pragnień, pozując w czarnym gorsecie i z biczem w dłoni do zdjęć fetyszystycznych i sadomasochistycznych. Bettie Page była bowiem żywym fantazmatem swoich czasów.

Czy nie jest to znamienne, że właśnie w tej nieskalanej i pruderyjnej dekadzie rozkwitało zapoczątkowane w latach 40. imperium rozbieranych pism, tzw. cheescake, Roberta Harrisona? „Beauty Parade”, „Eyeful” czy „Titter” bynajmniej nie zniknęły z rynku wraz z nastaniem złotej ery rodziny, a wprost przeciwnie – w okresie tym sięgały po nie setki tysięcy Amerykanów. Co więcej, co raz częściej do cheescake przenikały treści fetyszystyczne i sadomasochistyczne, kwalifikowane jako materiały graniczne, transgresyjne (ang. borderline) i dotychczas znajdujące się poza głównym obiegiem. Okazało się bowiem, że nadzwyczaj pozytywnie wpływają one na wysokość sprzedanego nakładu. Harrison przyjmował do druku rysunki najbardziej znanych działaczy sceny sadomasochistycznej, m.in. Johna Couttsa, który pod dwuznacznym pseudonimem „John Willie” od 1946 r. wydawał rozprowadzany niemal wyłącznie w prenumeracie magazyn „Bizarre”, gdzie główną atrakcję stanowiły kobiety z kneblami w ustach i kajdankami na rękach poddawane mniej lub bardziej wymyślnym torturom. Początki erotyki fetyszystycznej i sadomasochistycznej w USA sięgają lat 30. XX w. i wiążą się z działalnością Charlesa Guyette’a. Jednak to właśnie w latach 50. szczególnie wzrosło zainteresowanie tą estetyką, a samo środowisko znacząco urosło w siłę pomimo wzmożonej czujności i licznych kontr-działań podejmowanych przez stróżów moralności (Bienvenue II, www.americanfetish.net/sexresearch.us/
Dissertation.html).

Pozorny monolit amerykańskiej kultury lat 50. rozbijają zjawiska także mniej skrajne niż działalność Johna Couttsa czy jego kolegi po fachu – Irvinga Klawa. Swoistym fenomenem tamtych czasów była rozbudowana sieć podziemnych kin studyjnych, w których można było obejrzeć nieocenzurowane filmy europejskie. Stary Kontynent, w przeciwieństwie do Hollywood, nie stronił od erotyki w kinie, dlatego często powstawały dwie wersje filmu: jedna przeznaczona do rozpowszechniania w Europie, druga – na amerykańskiej ziemi. Różnice w podejściu do seksualności w Nowym i Starym Świecie łatwo dostrzec na podstawie losów bikini. Ten kusy kostium kąpielowy narodził się w Paryżu w 1946 r. i w latach 50. cieszył się już dużą popularnością wśród Europejek. Film Vadima I Bóg stworzył kobietę (1957), w którym Brigitte Bardot śmiało prezentuje się w bikini, uczynił z niej symbol seksu nie tylko we Francji. Tymczasem na amerykańskich plażach ten model kostiumu pojawił się dopiero w latach 60., a amerykańska bogini, Marilyn Monroe nigdy nie wystąpiła przed kamerą w tak odważnym stroju. I nie chodzi o to, czy chciała, czy nie. Po prostu nie mogła.

Niebagatelną rolę w przełamywaniu tabu seksualnego odegrał również rock’n’roll. Za jego ojca uznaje się Alana Freeda, który w 1952 r. zaczął puszczać „czarne rytmy” w swoim programie radiowym pod kryptonimem „rock’n’roll”. Trudno przecenić wpływ tej muzyki na przenikanie seksu do oficjalnej kultury – przecież seksualność była wpisana w jej rytm. Erotyzmem emanował odważny i nieposkromiony taniec,
w którego wir rzuciły się niezliczone rzesze nastolatków. Przy czym należy pamiętać, że pomimo komponentów rewolucyjnych, pod wieloma względami rock’n’roll odzwierciedlał i podtrzymywał dominujące wartości.
Jak pisze Richard Aquilla: „Wczesny rock’n’roll wyrażał niektóre poglądy i stereotypy klasy średniej. Muzyka ta, podobnie jak amerykańskie społeczeństwo, traktowała kobiety jak obywateli drugiej klasy. W licznych przebojach były one przedstawiane jako bierne obiekty seksualne” (Acquilla, 1993, 1798). Rebelia lat 50.,
do której przyłączył się Hefner, była bowiem rebelią męską, walką o kawalerskie prawo do zabawy i przyjemności.

Męska rzecz

Pierwsze magazyny skierowane do męskiego czytelnika pojawiły się w Stanach Zjednoczonych już w latach 20. XIX wieku. W niewielkim stopniu przypominały jednak współczesną prasę męską reprezentowaną przez pisma takie jak „GQ” czy cały zastęp lad mags z tytułami „FHM” i „Maxim” na czele. Do wiodących tematów dawnych magazynów należały: zbrodnie i zbrodniarze, wydarzenia sportowe oraz przygoda i rozrywka poza domem (outdoor recreation), np. myślistwo i wędkarstwo. Ponadto na przełomie wieków XIX i XX zaczęły się ukazywać magazyny techniczne, m.in. „Popular Science” (1872) i „Popular Mechanics” (1902),
a także pisma zajmujące się wyłącznie tematyką sportową, pośród których czołowe miejsce bezspornie należało do „Sporting News” (1886). Rekordy popularności do lat 30. XX wieku biła założona w 1845 r. „The National Police Gazette”, pozornie porządne pismo poświęcone zagadnieniom związanym z policją, a w rzeczywistości tabloid dostarczający solidnej dawki adrenaliny poprzez ociekające krwią artykuły i skąpo odziane dziewczyny (Blanchard, 1998, 332).

Przez wiele lat znakomita część Amerykanów rozczytywała się w zamieszczających pełne potu i krwi opowiadania pulp magazines[1], zwanych także pulp fiction, których rozkwit przypada na lata 20. i 30. XX wieku. Gdy narodził się „Playboy”, magazyny te stopniowo znikały z rynku, ustępując pola telewizji, komiksom i tanim powieściom. Na krótko zatriumfowały jeszcze wpisujące się w nurt pulp fiction magazyny przygodowe – potocznie nazywane the sweats (ang. sweat oznacza „pot”), co pozwala domniemywać, że były to magazyny dla naprawdę męskich mężczyzn – np. „Argosy”, „True”, „Saga”. Był to jednak ich łabędzi śpiew. Bohaterowie ratujący porwane przez nazistów piękności, walczący z siłami natury i dzikimi bestiami, odbywający egzotyczne podróże do najdalszych zakątków świata porzucali magazyny na rzecz innych mediów.

Czytelnicy o bardziej wymagających gustach mogli ewentualnie zagłębić się w lekturę pism ekonomicznych, takich jak „Forbes” (1917) lub sięgnąć po ambitnego „New Yorkera” (1925), trudno jednak skategoryzować te magazyny jako stricte prasę dla mężczyzn. W 1933 r. wyszedł natomiast pierwszy numer pisma otwarcie skierowanego wyłącznie do panów, i to panów z wyższych klas (upper-middle class),
ale drastycznie zrywający z dotychczasową tradycją. Pisma, nad którym warto się chwilę zastanowić,
bo przygotowało ono grunt pod „Playboya”[2], co więcej, skonstruowało nowego odbiorcę, zapoczątkowując radykalną przemianę męskiej prasy. Mowa o dziecku Arnolda Gingricha, do dziś jednym z wiodących magazynów w swojej kategorii, „Esquire: The Magazine for Men”.

W historii „Esquire” interesująca jest przede wszystkim pierwsza dekada istnienia magazynu,
gdy kierował nim Gingrich, czyli lata 1933-46. Rewolucyjność „Esquire” polegała na wprowadzeniu mężczyzny do „wewnątrz”, na oswojeniu przestrzeni domowej dotychczas postrzeganej jako przestrzeń wyłącznie kobieca, a przez to degradująca „prawdziwego” mężczyznę, któremu przypisywano aktywność w sferze publicznej i w leśnej głuszy. Wreszcie mężczyzna mógł, bez uszczerbku na swoim drogocennym męskim honorze, ugotować kolację, wybrać meble do salonu, podyskutować o najnowszych trendach odzieżowych lub wybrać się na zakupy! Lepiej. Nie dość, że mógł, a wręcz powinien, to w każdej z tych dziedzin przewyższał kobietę pod względem umiejętności i dobrego smaku. Pomysł Gingricha był więc genialnie prosty. Przejąć formułę wypracowaną przez luksusowe magazyny kobiece, np. „Vogue” czy „Harper’s Bazaar”, a jednocześnie poprzez mizoginiczne artykuły udowodnić niższość kobiet po to, aby świeżo zaanektowana sfera stała się dla heteroseksualnych mężczyzn bezpieczna. Tylko czy deprecjacja zahukanej gospodyni domowej była zabiegiem w pełni wystarczającym?

Kenon Breazeale wskazał kolejny strategiczny element „Esquire”: „Od samego początku twórcy Esquire obawiali się, że propagowane przez ich magazyn zainteresowanie wyglądem, jedzeniem czy wystrojem wnętrz może sprawić, że będzie on postrzegany jako pismo skierowane do homoseksualistów. Musieli absolutnie jednoznacznie pokazać, że kobiety są naturalnym obiektem pożądania ich czytelników” (Breazeale, 2003, 235). Zdjęcia i rysunki dziewczyn z jednej strony były bardzo skutecznym wabikiem na czytelników, a z drugiej, podkreślały „męski” charakter pisma i chroniły zarówno jego twórców, jak i odbiorców przed zarzutem homoseksualizmu lub zniewieściałości.

Gingrich rozumiał jednak, że każdy kij ma dwa końce. Erotyka w „Esquire” była niezbędna, lecz jednocześnie mogła pogrążyć magazyn, spychając go w stos nieobyczajnych pisemek, czytanych, co prawda,
a może raczej oglądanych, ale wstydliwie i w ukryciu. Należało więc wprowadzić jakiś element nobilitujący, który wytworzyłby wokół magazynu intelektualną otoczkę. Do tej roli znakomicie nadawały się fragmenty ambitnej prozy, a więc na dobry początek w pierwszym numerze „Esquire” ukazały się m.in. opowiadania Hemingwaya i Dos Passosa. Priorytetowym zadaniem Gingricha stało się „utrzymywanie stanu równowagi,
a właściwie napięcia, pomiędzy dyskretnym zapewnieniem o rozkosznie lubieżnym charakterze Esquire,
a znacznie jawniej artykułowanym twierdzeniem, że mamy do czynienia z magazynem szacownym i poważnym, którego miejscem jest stolik w salonie, a nie szuflada ze skarpetkami w sypialni na piętrze” (Breazale, 2003, 235).

Wyraźnie wyłaniają się trzy kluczowe komponenty określające tożsamość „Esquire”: lifestylowy, erotyczny i intelektualny. Brzmi znajomo? Nic dziwnego. Autorską formułę Gingricha, podchwycił Hefner,
a z kolei jego „Playboy” stał się wzorem dla dziesiątków magazynów dla mężczyzn, które zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu w drugiej połowie XX wieku. Dziś nie dostrzegamy w niej nic oryginalnego, jednak w 1933 r. była niczym powiew świeżego powietrza. „Esquire” niejako wychował swojego czytelnika, stwarzając równocześnie podstawy pod nowy model męskości, nazywany później Mężczyzną „Playboya” (McNair, 2004, 314): oto mężczyzna szykowny i wyrafinowany, inteligentny i wrażliwy na sztukę, a zarazem agresywnie i jednoznacznie heteroseksualny. Mężczyzna-konsument otaczający się pięknymi przedmiotami i pięknymi kobietami. Mężczyzna, który postrzega płeć przeciwną niemal wyłącznie przez pryzmat jej wyglądu, o czym świadczy choćby seria artykułów publikowanych w „Esquire” w 1940 r. p.t. Typy amerykańskiej urody.
U samych podstaw ideologicznych tego utrzymanego w duchu klasycznej fizjonomiki projektu leżało  przekonanie, że charakter i osobowość, a także koleje losu każdej przedstawicielki płci pięknej można wyczytać z jej cech zewnętrznych. Gdy Hefner składał pierwszy numer „Playboya”, ten mężczyzna już chodził po amerykańskiej ziemi, choć może wciąż jeszcze nie w pełni ukształtowany, cierpliwie czekający na ostatnie pociągnięcia dłuta. Na początku lat 50. zmęczony walką z prześladującym go Urzędem Poczty „Esquire” nie mógł jednak zwieńczyć swojego dzieła, potrzebny był bowiem ruch śmiały i zdecydowany. Zamiast wycofywać się na pozycje obronne, należało zaatakować odważniejszą formą. Ruch ten wykonał Hefner.

Wejście królika

W połowie lat 70. minionego wieku Toeplitz napisał: „Playboy jest pismem zwróconym do chłopców, którym dano do ręki wszystkie najwspanialsze zabawki świata” (Toeplitz, 1975, 99), formułując niebywale trafną charakterystykę pisma, którego powstanie było namacalnym znakiem przewrotu w mentalności amerykańskich mężczyzn.

Na słynnym logu „Playboya” widnieje królik – zwierzę, które z racji tempa i częstotliwości rozmnażania, od wieków symbolizowało płodność, chociażby jako atrybut Afrodyty i Erosa. W sztuce chrześcijańskiej wyrażał natomiast jeden z siedmiu grzechów głównych, grzech nieczystości seksualnej lub zwycięstwo nad nim, jeśli znajdował się pod stopą Marii Dziewicy. Królik (zając) występował ponadto w wielu pogańskich rytuałach urodzaju, czego pozostałością jest jego dzisiejsza obecność na wielkanocnym stole (Hall, 1997; Kopaliński, 1997). Hefner sam przyznaje, że wybrał królika ze względu na towarzyszące mu silne konotacje seksualne oraz aurę swawoli i figlarności. „Playboy” nie miał być jednak zwykłym magazynem z podtekstem erotycznym, lecz wyrafinowanym magazynem z podtekstem erotycznym.
A to znacząca różnica. Królik musiał nabrać nieco ogłady, więc został przyodziany w elegancką muszkę. Logo „Playboya” mówi o nim niemal wszystko.

Królik zgodnie ze swoją naturą okazał się imponująco płodny. Nie chodzi wyłącznie o setki najróżniejszych akcesoriów, od kieliszków po skarpetki, przyozdobionych słynnym znakiem, ale także o całą klasę wywodzących się od niego kobiet, tzw. króliczków (ang. bunnies). Seksowne króliczki dziś uświetniają organizowane przez „Playboya” imprezy, a dawniej umilały czas bywalcom nieistniejących już luksusowych Klubów Playboya (Playboy Clubs), które kwitły w latach 60. i 70. XX wieku. Członkostwo w Klubie kosztowało, bagatela, 25.000 dolarów i przez jakiś czas uchodziło za bardzo prestiżowe. Kim jest jednak króliczek? Oddaję głos Toeplitzowi: „Jest to oczywiście piękność ubrana w kusy kostiumik, eksponujący biust i pośladki, a surowy regulamin króliczków przewiduje, że jeśli któraś z tych części ciała zaczyna ujawniać braki, króliczek rozstać się musi ze swoją posadą. Równocześnie jednak dziewczyna ta, będąca ucieleśnieniem zabawki erotycznej, przybrana jest w infantylne rekwizyty – królicze uszy na głowie i króliczy ogonek na siedzeniu” (Toeplitz, 1975, 113). Króliczki pracowały w Klubach Playboya jako ekskluzywne kelnerki na które zgodnie z polityką Hefnera można było patrzeć, lecz których nie wolno było dotknąć („look, but don’t touch” policy) – do 1975 r. klientów Klubów obowiązywał absolutny zakaz umawiania się z króliczkami.

Kostium króliczka automatycznie przeistacza kobietę w seksualny obiekt przeznaczony do oglądania przez męskie oko. W ten sposób następuje wyznaczenie statusów obojga płci oraz jasny podział na kobietę-przedmiot i mężczyznę-podmiot. Co ważne, króliczek to obraz kobiecej seksualności ujarzmionej, która nie stwarza już żadnego zagrożenia dla mężczyzny, wręcz przeciwnie, jej raison d’être sprowadza się do usługiwania mu, zapewniania rozrywki i dobrego samopoczucia. Z kobiecej perspektywy już sam gorset symbolicznie odsyła do swoistego zniewolenia, ciało zostaje bowiem nienaturalnie uciśnione, i uformowane tak, aby stało się bardziej atrakcyjne. Z drugiej strony, kobieta w gorsecie, zwłaszcza czarnym, jak dowodzą rysunki publikowane w „Bizarre” czy kontrowersyjne zdjęcia Bettie Page, reprezentuje dla męskiego obserwatora seksualność dominującą i agresywną. W przypadku bunnies zostaje ona jednak poskromiona i zneutralizowana przez dołączenie do kostiumu króliczych atrybutów: ogonka i uszu. Króliczki nie wyrażają więc samoświadomego kobiecego erotyzmu, który wymykałby się męskiej kontroli i zrozumieniu. Ich seksualność to seksualność uległa, zamknięta w bezpiecznych ramach, okrojona i przystosowana do męskich potrzeb oraz wyobrażeń. Króliczek prowokuje, ale nie niepokoi. Niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, raczej wywodzi się z barwnego, lecz niegroźnego świata dziecięcych bajek. To dlatego Toeplitz dostrzegał wyraźną analogię między parkami rozrywki dla dzieci a stworzonymi przez Hefnera lokalami dla mężczyzn, wskazując na łączącą Kluby Playboya i Disneylandy symbolikę animalistyczną. W gruncie rzeczy niewiele dzieli hefnerowską bunny od Myszki Mickey.

Chłopiec lubi zabawę

Zostawmy jednak króliczki i przyjrzyjmy się czytelnikom „Playboya”, a właściwie wyobrażeniu czytelnika, „mitycznemu” playboyowi. Play to „zabawa”, boy – „chłopiec”, a więc w wolnym tłumaczeniu playboy oznacza „bawiącego się chłopca” lub też „chłopca lubiącego zabawę”. Chłopiec, a więc jeszcze nie-mężczyzna. Podczas gdy męskość wiąże się z brzemieniem odpowiedzialności, szczęśliwy chłopiec jest go wciąż pozbawiony, co pozwala mu utrzymywać łobuzerski dystans wobec rządzącego się surowymi regułami świata dorosłych. Jednak niewątpliwie chłopiec nie jest też równoznaczny z dzieckiem. Dziecko jest przecież nijakie, a chłopiec ma płeć. I to męską płeć. Dawniej nikt nie chciał być chłopcem, ponieważ chłopiec nie cieszył się pełną niezależnością, nie miał swobody działania i decydowania. W języku polskim długo funkcjonowały łagodniejsze określenia, dziś uchodzące już za staroświeckie, takie, jak „kawaler” czy „młody człowiek”. Tymczasem w latach 50. amerykańscy mężczyźni na własne życzenie zamienili się w chłopców, a w każdym razie marzyli o tym, by chłopcami się stać, ponieważ podstawową konotacją „chłopca” przestał być niewygodny brak samodzielności. Chłopiec zaczął kojarzyć się z kuszącym brakiem więzów i obowiązków. Chłopiec to tylko chłopiec, któremu wciąż wolno popełniać głupstwa. Nie musi myśleć o innych i za nikogo nie odpowiada. Przede wszystkim jest stanu wolnego: nie ma żony i dzieci. Taki niefrasobliwy wzorzec był odtrutką na forsowany po wojnie wzór mężczyzny jako pracującego ojca rodziny i trafiał do skrytych pragnień pokaźnej części Amerykanów.

Playboy nie jest oczywiście zwykłym chłopcem. Jak sama nazwa wskazuje, cały czas i wszystkie swoje siły poświęca na zabawę. Playboy nie wie, co to praca, nie rozmawia na ten temat i nie wykazuje żadnego zainteresowania tą sferą. Playboy jest z urzędu hedonistą i to przez wielkie H, zajmuje się wyłącznie rozrywką i ciągłym doświadczaniem przyjemności, robiąc sobie przerwy tylko na sen, który zresztą też jest przyjemny. Hefner od początku określał swoje pismo jako entertainement for men („rozrywka dla mężczyzn”), umieszczając to hasło na okładce każdego amerykańskiego numeru z pierwszym włącznie, a na tabliczce znajdującej się przed wejściem do chicagowskiej rezydencji założyciela „Playboya” widniała wiele mówiąca łacińska inskrypcja Si non oscillas noli tintinnare („Jeśli nie balujesz, nie dzwoń”). W języku polskim playboy przyjął się jako synonim rozrywkowego podrywacza, o czym świadczą słownikowe definicje tego zapożyczenia. Według Andrzeja Markowskiego playboy to: „młody mężczyzna, który uwodzi kobiety, spędza czas na zabawach i oddaje się innym uciechom życia” (Markowski, 1996, 124). Znaczenie zaproponowane w Wielkim Słowniku Wyrazów Obcych PWN brzmi niemal identycznie: „mężczyzna uwodzący kobiety, oddający się z upodobaniem zabawie i drogim rozrywkom” (Bańko, 2003, 984).

Życie playboya nie ma ciemnych stron i kropka, za to pełno w nim najróżniejszych zabawek,
bo przecież chłopcy zabawki bardzo lubią. „Hefner pomógł światu odkryć zabawki. Powiedział: Bawmy się, zabawa jest w porządku” (Halberstam, 1993, 576) – to słowa Artura Kretchmera, wieloletniego pracownika magazynu. Playboy potrafi więc przemienić w zabawkę niemal każdy przedmiot, dość przypomnieć legendarne okrągłe łóżko Hefnera obracające się o 360 stopni. Status kobiety w tej układance niewiele się różni od statusu każdej innej zabawki, choć właściwie można zaryzykować stwierdzenie, że ze względów praktycznych i emocjonalnych samochody playboy zmienia rzadziej niż kobiety.

Kopaliński uwypukla w swojej definicji playboya jeszcze jeden istotny komponent, pisząc: „bogaty młodzieniec unikający pracy, oddający się głównie zabawom i uciechom życia” (Kopaliński, 2000, 316). Bogaty. Playboy nie musi martwić się o pieniądze. Wprost przeciwnie. Może mieć wszystko, czego zapragnie. Nie ma nic dziwnego w tym, że w „Playboyu” wielokrotnie przedrukowywano twórczość Iana Fleminga. Jego bohater, agent James Bond, to czysta esencja playboya. Przystojny, błyskotliwy, zadbany dżentelmen z klasą zachowujący ironiczny dystans do rzeczywistości, dysponujący fantastycznymi gadżetami oraz nieograniczonymi zasobami finansowymi, prowadzący życie przypominające nieustającą grę i zabawę, do tego kawaler, romansujący z boskimi dziewczynami, które nic więcej oprócz upojnej nocy od niego nie oczekują.
Jak można przeczytać w artykule Ilustrowana historia „Playboya”, zamieszczonym w pierwszym numerze polskiej edycji magazynu: „James Bond i Playboy od początku byli dla siebie stworzeni” („Playboy”, 1/1992, 93). Nic tak nie łączy jak umiłowanie gadżetów i dziewczyn. Agent 007 odtwarzany przez Seana Connery’ego objawił się zresztą na ekranie jako członek londyńskiego Klubu Playboya – w filmie Diamenty są wieczne Guya Hamiltona.

„Playboy to mężczyzna narcystyczny, który ma bardzo niewiele lub w ogóle nie ma głębokich związków z kobietami. (…). Wzór playboya, stojąc w sprzeczności z tradycyjnym wyobrażeniem mężczyzny ciężko pracującego na utrzymanie rodziny, nie zmienia jednak w żaden sposób charakteru stosunków między płciami i dominującej pozycji mężczyzn” (Arcimowicz, 2003, 210) – pisze Krzysztof Arcimowicz, uważając model playboya za przejaw tradycyjnego paradygmatu męskości, którego podstawowym wyznacznikiem jest imperatyw podporządkowywania sobie innych mężczyzn, kobiet i dzieci. Tradycyjny paradygmat,
który podkreśla asymetrię i specjalizację ról płciowych, a wyższość mężczyzn w kulturze, polityce, życiu społecznym czy rodzinnym uzasadniania naturą bądź bożym zamysłem, był właściwie jedynym paradygmatem aż do lat 60. i 70. XX wieku, gdy został zakwestionowany przez ruchy feministyczne i gejowskie. Playboy dzielnie broni konserwatywnego typu relacji między płciami. Jego wywrotowość w latach 50. polegała na odrzuceniu obrączki i pieluch, na przyznaniu mężczyźnie prawa do wolnych związków i niezobowiązującego seksu, na zdjęciu piętna odszczepieńca z kawalera.

O hefneryzmie

Czas najwyższy oddać głos sprawcy całego zamieszania, Hugh Hefnerowi. We wstępniaku do pierwszego numeru napisał: „Jeśli jesteś mężczyzną pomiędzy 18. a 80. rokiem życia, Playboy jest dla ciebie. Jeśli lubisz rozrywkę serwowaną z humorem, wyrafinowaną i pikantną, Playboy stanie się twoim ulubionym pismem. Chcemy, żeby to było jasne od samego początku, nie jesteśmy «magazynem rodzinnym». Jeśli jesteś czyjąś siostrą, żoną albo teściową i wzięłaś nas przez pomyłkę do ręki, proszę przekaż nas mężczyźnie w twoim życiu i wracaj do lektury swojego Ladies Home Companion” (www.playboy.com/worldofplayboy/faq). Trudno o bardziej radykalne rozdzielenie płci, w dodatku ufundowane na wykluczeniu kobiet i pozbawieniu ich prawa do samostanowienia. W tym fragmencie Hefner definiuje przecież kobietę poprzez jej relację z mężczyzną,
przy czym nie sposób oprzeć się wrażeniu, że czyni to z paternalistycznym pobłażaniem. Rodzinny aspekt kobiety całkowicie ją dyskwalifikuje. Playboy zwraca uwagę wyłącznie na te reprezentantki płci pięknej, które są wyrwane z domowego kontekstu, a zatem usytuowane poza kategorią „cnotliwych” kobiet. Tym samym rewolucjonista Hefner potwierdza trwałość bardzo silnie zakorzenionego w amerykańskim społeczeństwie modelu lady, strażniczki domu, wysublimowanej i uduchowionej, a jednocześnie zdeseksualizowanej pani-matki (Chałasiński, 1973, 352-356). Playboya interesuje bezproblemowa, lekko nierealna kobieta-gość, kobieta, która na jego życzenie przychodzi „z wizytą”, aby mogli razem miło spędzić wieczór lub dwa: „Lubimy nasze mieszkanie. Sprawia nam przyjemność przygotowanie drinków i przystawek, włączenie nastrojowej muzyki i zaproszenie znajomej [ang. a female acquaintance] na cichą rozmowę o Picassie, Nietzschem, jazzie, seksie” – pisał w dalszej części wstępniaka. Obok sióstr, żon i matek funkcjonuje druga grupa kobiet – „znajomych” uprawnionych do dyskutowania na intelektualne (i nie tylko) tematy frapujące playboya. Nie oznacza to jednak, że Hefner postuluje partnerski układ między płciami. Kobieta zjawia się w apartamencie mężczyzny, gdy on poczuje taką potrzebę, na warunkach i w okolicznościach przez niego ustalonych.

Hefner bardzo aktywnie uczestniczył w rewolucji seksualnej. W 1962 r. rozpoczął w „Playboyu” cykl artykułów, które po kilku latach złożyły się na tzw. Filozofię „Playboya”. Całkiem słusznie zarzucał amerykańskiemu społeczeństwu hipokryzję i obłudę, oskarżał je o ograniczanie praw jednostki, o bezustanne potępianie natury ludzkiej i rozbudzanie niezdrowego poczucia wstydu oraz grzechu. „Jeśli człowiek ma prawo iść własną drogą do Boga, ma również prawo iść własną drogą do Diabła” (Hefner, 4/1993, 26) – pisał, a także: „Biblia specjalnym błogosławieństwem wyróżnia cichych i ubogich duchem. Chcielibyśmy dodać nasze własne: błogosławiony niech będzie buntownik – bez niego nie byłoby postępu” (Hefner, 4/1993, 27). Hefner apelował przede wszystkim o jedno: o swobodę seksualną, co wiązało się z redefinicją samego pojęcia seksu.
Seks, wg. Hefnera, został w toku historii sprowadzony do grzesznego przejawu ludzkiej słabości, a jego jedynym uzasadnieniem pozostawała prokreacja. Dla twórcy „Playboya” seks staje się natomiast wartością autoteliczną, nie tylko wyrastającą ponad kwestię pomnażania gatunku, ale także ponad miłość między dwojgiem ludzi. Seks może być celem samym w sobie, a przez to awansuje na jeden z ważniejszych środków służących szczęściu i samorealizacji jednostki.

Filozofia Hefnera („hefneryzm”) jest  przepełniona optymizmem, hedonizmem, entuzjastyczną aprobatą, wręcz apologią człowieka, a w szczególności jego ciała oraz liberalizmem przedkładającym jednostkę nad społeczeństwo i państwo. Playboy traktuje życie jak piękną przygodę i czerpie z niego pełnymi garściami. Poza tym ceni sobie wolność myśli, ma szerokie horyzonty i otwarty umysł. Gdy na początku lat 60. ruch Afroamerykanów o równouprawnienie ledwie co nabierał rozpędu, poważne Wywiady Playboya przeprowadzał czarnoskóry pisarz Alex Haley. Zresztą jego pierwszym rozmówcą był również czarnoskóry jazzman Miles Davis. Krótko mówiąc, Hefner był zawsze krok do przodu.

Towarzyszka zabawy

Pierwszy numer, niemal w całości przygotowany przez Hefnera, liczył sobie 44 strony, kosztował 50 centów i wyszedł w nakładzie 70 tys. kopii, z czego, ku zdumieniu samego założyciela, sprzedało się prawie 55 tys. Dziś amerykańska edycja o grubości ok. 200 stron, wciąż redagowana pod okiem Hefnera, rozchodzi się w 3 mln egzemplarzy w USA i w 4.5 mln w skali światowej. Jest częścią Playboy Enterprises Inc., prawdziwego imperium, którym kieruje obecnie córka Hefa, Christie Hefner.

Legendarny numer z grudnia 1953 r. zawiera m.in. opowiadanie Arthura Conana Doyle’a z serii o Sherlocku Holmsie, fragmenty Dekameronu Boccaccia, stronę z dowcipami, erotyczny komiks VIP on Sex, projekty nowoczesnych biurek. I oczywiście zdjęcie nagiej Marilyn Monroe leżącej na czerwonym atłasie. Do tego aktu Monroe pozowała jeszcze zanim zyskała sławę, w 1949 r. zaprzyjaźnionemu fotografowi Tomowi Kelleyowi za 50 dolarów. Prawa własności do zdjęcia posiadała niewielka chicagowska firma produkująca kalendarze. Hefner odkupił od niej akt Monroe za niewygórowaną sumę 500 dolarów. Pod koniec 1953 r. młoda aktorka była już na językach wszystkich, a kina wzdłuż i wszerz Ameryki grały jej najnowsze kasowe filmy Mężczyźni wolą blondynki i Jak poślubić milionera. Hefner, publikując zdjęcie boskiej Marilyn w stroju Ewy, wywołał skandal i przyciągnął uwagę całego kraju.

MM całkiem nieświadomie znalazła się na pierwszej rozkładówce „Playboya”. Rozkładówka usytuowana w samym centrum magazynu błyskawicznie stała się jego znakiem rozpoznawczym, a z czasem obrosła własną legendą. Począwszy od drugiego numeru dziewczyny z rozkładówki otrzymywały i to dożywotnio tytuł Playmate of the Month (PMOM). Samo określenie playmate, zachowane we wszystkich krajowych edycjach, wiele mówi o kobiecej roli i statusie kobiety w Playboyu. Rzeczownik mate funkcjonuje w języku amerykańskim w najróżniejszych kontekstach, od „kumpla” po „współmałżonka”. Playmate oznacza dosłownie „towarzysza / towarzyszkę zabawy”, przy czym dopiero w roku 1954, gdy zostało wykorzystane przez Hefnera, nabrało konotacji seksualnych. Ciekawe, że starożytni Grecy niemal tak samo określali kobiety wyjęte poza system domowo-rodzinny i zawodowo trudniące się umilaniem czasu mężczyznom – hetera oznacza przecież „towarzyszkę”. Playmate jest realizacją pewnej męskiej fantazji, marzenia o kobiecie atrakcyjnej i bezpruderyjnej, która z własnej woli i dla obustronnej przyjemności dotrzyma mężczyźnie towarzystwa, przede wszystkim w łóżku, nie żądając niczego w zamian. Kryterium wyboru PMOM jest właściwie tylko jedno: piękne ciało, które zostaje następnie wyidealizowane i wystawione na pokaz, stając się po prostu wyrobem rynkowym, produktem konsumpcyjnym.

Formuła Playmate wyklarowała się w ciągu pierwszych lat istnienia pisma. Początkowo Hefner kupował zdjęcia na rozkładówki, jednak w lipcu 1955 r. na jego prośbę PMOM została kierowniczka działu prenumeraty „Playboya”, Janet Pilgrim, która nigdy wcześniej nie miała do czynienia z zawodowym pozowaniem, a tym bardziej w skąpym negliżu. „W tym czasie pomysł, aby przyzwoita dziewczyna pokazała się w piśmie nago, był szokujący. Oburzający i … bardzo podnoszący na duchu tych mężczyzn, którzy mieli nadzieję, że seks nie musi być tak plugawy ani tak pełen poczucia winy, jak im mówiono” („Playboy”, 1/1992, 90). Jak dużą rolę w decyzji Hefnera odegrało poczucie misji społecznej, wie pewnie tylko on sam. Fakt faktem, od tamtej pory, przynajmniej teoretycznie i oficjalnie, na rozkładówce oglądamy tzw. „dziewczyny z sąsiedztwa” (ang. girl next-door), które mają być zaprzeczeniem odległych i nieosiągalnych kobiet ze świata show-biznesu. „Dziewczyna z sąsiedztwa” to jeden z najsilniejszych i najbardziej żywych amerykańskich stereotypów kobiecości, przy czym uosabia ona właśnie „dziewczęcość”, czyli kobiecość niewinną. Skromna, delikatna i naiwna, mieszkająca tuż za rogiem dziewczyna, a nie kobieta, stoi w opozycji nie tylko do znajdujących się poza zasięgiem bogiń kina i estrady, ale także do wszelkich wariacji zepsutej, prowokującej i nieprzeniknionej femme fatal. Nic dziwnego, że średnia wieku amerykańskich Playmates wynosi 22 lata.

Amerykańskie społeczeństwo rozpoczęło dekadę lat 50. XX wieku w stanie swoistej schizofrenii, rozdarte pomiędzy rygorystyczną oficjalną normą, a nieprzystającymi do niej rzeczywistymi potrzebami i pragnieniami. Pęczniejące konflikty natury moralnej, etycznej, obyczajowej były już zbyt dotkliwe, by po cichu rozpłynąć się w nurcie historii. Rok 1953 jawi się jako początek „małej rewolucji”, która poprzedziła  wstrząsy epoki hippisowskiej i dokonała wyrazistego przewartościowania modeli społecznych. „Playboy” Hefnera to jeden z najbardziej znamiennych symboli tego okresu, zarazem efekt już niemożliwych do powstrzymania przemian amerykańskiej obyczajowości, jak i ich skuteczny akcelerator.  Ta „mała rewolucja” rozegrała się przede wszystkim w świecie mężczyzn zmęczonych wymagającym wzorcem statecznego ojca rodziny, przygniecionych obowiązkiem odpowiedzialności i powagi. Wzorzec ten został więc zakwestionowany przy równoczesnej aprobacie tradycyjnego paradygmatu męskości, który zaczął budzić kontrowersje dopiero w kolejnych dekadach XX wieku. Sześćdziesiąt lat temu z tęsknoty za życiem niefrasobliwym narodził się playboy, rozrywkowy chłopiec otoczony pięknymi dziewczętami i drogimi zabawkami, któremu do dziś nie urosły wąsy.


BIBLIOGRAFIA:

Aquilla, Richard; 1993; Rock Music, w: Encyclopedia of American Social History, vol. III, Mary Kupiec Cayton, Elliott J. Gorn, Peter W. Williams (red.), New York: Charles Scribner’s Sons.

Arcimowicz, Krzysztof; 2003, Obraz mężczyzny w polskich mediach. Prawda – fałsz – stereotyp, Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Pedagogiczne.

Bańko, Mirosław (red.); 2003, Wielki Słownik Wyrazów Obcych PWN,Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN.

Bataille, George; 2007, Erotyzm, przeł.: Maryna Ochab, Gdańsk: wydawnictwo słowo/ obraz terytoria.

Bienvenue II, Robert V.; American Fetish www.americanfetish.net/sexsearch.us/Dissertation.html, 18.01.2011.

Blanchard, Margaret A.; 1998, History of the Mass Media in the United States. Chicago, London: Fitzroy Dearborn Publishers.

Boyer, Paul; 1993, The Postwar Period through the 1950s, w: Encyclopedia of American Social History, vol. I, Mary Kupiec Cayton, Elliott J. Gorn, Peter W. Williams (red.), New York: Charles Scribner’s Sons.

Breazeale, Kenon; 2003, In spite of Women: “Esquire” Magazine and the Construction of the Male Consumer, w: Gender, Race and Class in Media, Gail Dines, Jean M. Hume (red.), Thousand Oaks: Sage Publications.

Caputi, Jane; 2003, Everyday Pornography, w: Gender, Race and Class in Media, Gail Dines, Jean M. Hume (red.), Thousand Oaks: Sage Publications.

Chałasiński, Józef; 1973, Kultura amerykańska. Formowanie się kultury narodowej w Stanach Zjednoczonych Ameryki, Warszawa: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza.

Gregg, Robert; McDonogh, Gary W.; Wong, Cindy H. (red.); 2001, Encyclopedia of Contemporary American Culture, London, New York: Routledge.

Halberstam, David; 1993, The Fifties, New York, London: Villard Book.

Hall, James; 1997, hasła królik, siedem grzechów głównych, zając, w: Leksykon symboli sztuki Wschodu i Zachodu, przeł. Jan Zaus i Bogdan Baran, Kraków: Wydawnictwo Baran i Suszczyński.

Hefner, Hugh; 1993, Filozofia „Playboya”, w: „Playboy” nr 4 (5).

Ilustrowana historia „Playboya”, w: „Playboy” nr 1, grudzień 1992.

Kopaliński, Władysław; 1997, hasło zając(szarak, królik), w: Słownik symboli, Warszawa: Wydawnictwo „Wiedza Powszechna”.

Kopaliński, Władysław; 2000, hasło playboy, w: Słownik wydarzeń, pojęć i legend XX wieku, Warszawa: Wydawnictwa Naukowe PWN.

Markowski, Andrzej; 1996, Leksykon najnowszych wyrazów obcych, Warszawa: 1996.

McNair, Brian; 2004, Seks, demokratyzacja pożądania i media, czyli kultura obnażania, przeł. Ewa Klekot, Warszawa: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A.

Petersen, James R.; 2002, Stulecie seksu. Historia rewolucji seksualnej 1900-1999 według “Playboya”, przeł. Andrzej Jankowski, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis.

Toeplitz, Krzysztof Teodor; 1975, Filozofia play-boya, w: tegoż, Kultura w stylu blue jeans, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy.

www.playboy.com/worldofplayboy/faq, 18.01.2011.

www.philsp.com, 18.01.2011.



[1] Nazwa pulp pochodzi od taniego papieru nienajlepszej jakości, na którym drukowane były te pisma. Bogatym źródłem na temat magazynów, w których przeważają gatunki beletrystyczne (ang. fiction magazines) jest strona internetowa: www.philsp.com

[2] Pewną rolę odgrywa także wątek biograficzny. Hefner, zanim założył „Playboya”, pracował w dziale kolportażu „Esquire”. Miał więc okazję, by zobaczyć, jak powstaje magazyn dla mężczyzn od kuchni.

Comments are closed.