Kultura i Historia nr 12/2007

Robert Piłat
Internet i ludzki umysł

Tekst oryginalnie opublikowany w: „Zeszyty szkolne”, 3, 2001.

Publikacja za zgodą autora.

Jakiś czas temu, błądząc wirtualnie po zasobach amerykańskiej księgarni internetowej www.amazon.com natrafiłem na interesująco brzmiący tytuł książki Computation and Philosophy. Ponieważ na co dzień zajmuję się filozoficzną teorią procesów poznawczych, w której niemałą rolę odgrywa pojęcie obliczania (computation), doszedłem do wniosku, że będzie to pozycja dotycząca tej problematyki. Bez głębszego zastanowienia kliknąłem myszką we właściwy przycisk na ekranie komputera, zamawiając w ten sposób wyżej wymieniony tytuł. Po kilku tygodniach książka nadeszła i okazało się, że nie jest ona tym o czym myślałem – miałem w ręku wydawnictwo o wpływie komputerów na nasze życie, w tym o efektach psychologicznych i socjologicznych Internetu. Książka, prawdę mówiąc, niewysokich lotów, była mi zupełnie niepotrzebna (no, może nie całkiem – przydała się wszak do rozpoczęcia tego felietonu). Chciałoby się powiedzieć: “Cóż, pomyłka, skutek pośpiechu”, ale przecież Internet stworzono właśnie dla ludzi żyjących w pośpiechu.

Ten epizod obrazuje jedną z pułapek Internetu. Informacja internetowa jest lapidarna i sugestywna – szczególnie
tam, gdzie w grę wchodzi sprzedaż pewnych dóbr. Zazwyczaj by uzyskać informację poświęcamy na to konkretny czas. Używając Internetu przyzwyczailiśmy się do zdobywania informacji błyskawicznie. Wywołuje to zaskakujący efekt – chociaż na wiadomość musimy czekać na przykład 30 sekund (bo tyle otwiera się jakaś strona) jesteśmy już poirytowani – dostęp do informacji wydaje się zbyt powolny. Dokładne przejrzenie jakiejś książki w czytelni czy księgarni może trwać kwadrans lub pół godziny. Okres ten jest wyznaczony nie przez normę efektywności, lecz wartość książki i posiadany wolny czas.

Tymczasem obejrzenie strony internetowej trwa na ogół minutę lub kilka minut (w podręcznikach do tworzenia takich stron znaleźć można często pouczenie, że strona powinna być tak skonstruowana by dać się ściągnąć w czasie co najwyżej 30 sekund, ponieważ, jak wynika z badań, statystyczny użytkownik nie jest skłonny czekać dłużej). Prawdę powiedziawszy, jest jeszcze gorzej – doświadczony użytkownik Sieci potrafi poznać, czy właśnie otwierana strona będzie się otwierać szybko czy wolno i jeśli przypuszcza, że wolno, rezygnuje już po 5-10 sekundach. Wygląda więc na to, że jeśli Internet równa się błyskawiczna informacja to jego działanie nigdy nie będzie dość szybkie, dość sprawne – zawsze znajdziemy powód, by narzekać na “zacinającą się Sieć”, nawet wówczas gdy za jakiś czas stanie się 100 lub 1000 razy szybsza niż dzisiaj.

I tu filozoficzna uwaga. Efekt ten występuje we wszystkich postawach i działaniach opartych na idei postępu. Na przełomie XVI i XVII wieku dostrzeżono, głównie dzięki Baconowi, fakt przyrostu ludzkiej wiedzy. Ze spostrzeżenia tego zrodziła się stopniowo normatywna idea postępu. Słowo “postęp” zaczęło oznaczać nie tylko nie tylko dostrzegalne na przestrzeni czasu polepszenie, lecz ideę przyświecającą już z góry wszelkiemu działaniu. Idea ta w swej czystej, nieopatrzonej żadnymi zastrzeżeniami formie jest wewnętrznie sprzeczna. Jeśli bowiem naczelną wartością jest zmiana na lepsze, to każde polepszenie jest jednocześnie z definicji czymś gorszym w stosunku do fazy następnej. Wszystko jest w porządku, kiedy tylko opisujemy postęp. Kiedy jednak zaczynamy postępu żądać (zamiast tylko mu sprzyjać) wówczas nic nie będzie dość postępowe, każda prędkość będzie zbyt wolna, każde ułatwienie nie dość ułatwiające, każda obfitość dóbr będzie niedostatkiem. Właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku Internetu. Sieć jest dobra i działa, wielu z nas od lat czerpie z tego pożytek i satysfakcję. Lecz wciąż nie jest wystarczająco dobra i szybka. Denerwujemy się, kiedy się zacina, żądamy sprawniejszej informacji. Technologia zaczyna dominować nad treścią. Autorzy materiałów zamieszczanych w Internecie walczą o nasze zmysły: “Zostań z nami” – mówią przyciski, obrazki, przesuwające się napisy, ruchome figurki, fragmenty filmów i muzyka. Dostęp do wyszukiwanej treści jest do tego stopnia utrudniony, że strategie jej poszukiwania stają się sztuką samą w sobie.

Byłoby ciekawe porozmawiać z uczniami o czynnościach wolnych i szybkich. Co należy czynić szybko i sprawnie, a co powoli, celebrując, “ze smakiem”. Jakie byłyby uzasadnienia takich wyborów? Można przy okazji przypomnieć, że według Arystotelesa i innych starożytnych myślenie i dociekanie prawdy wymagają powściągnięcia aktywności oraz wolnego czasu. Poddanie całego życia zasadzie efektywności oznaczałoby dla Arystotelesa, że traktujemy je jak pracę, co jest – jak mówił – charakterystyczne dla niewolników. Człowiek wolny ma zawsze wolny czas i nie spieszy się. Żyje w sposób bardziej ludzki, ponieważ w czasie wolnym oswabadza się od tyranii konieczności życiowych upodobniających go zwierzęcia.

Innym, wartym omówienia tematem, byłaby idea postępu. Do jakich sfer ludzkiego życia należy, a do jakich nie należy stosować kryterium postępu? Czym różni się postęp od zjawisk pokrewnych, takich jak rozwój czy ewolucja? Co to jest regres? Czy jakieś zjawisko może być jednocześnie postępem i regresem?

Jak nie zginąć w sieci

Jest jeden sposób na nadobfitość i szum informacyjny Internetu: rekomendacja. Poruszając się w Internecie udajemy się tylko tam, gdzie odsyłają nas osoby i instytucje o ustalonym autorytecie. Kierujemy się zaufaniem do nich, czytamy recenzje różnych internetowych produktów i rewanżujemy się innym, polecając sprawdzone przez siebie strony. Praktyka ta powinna należeć do etyki użytkownika Internetu. Trzeba być oczywiście świadomym, że spełnienie nakazów tej etyki wymaga pewnej pracy. Internet jest w ciągłym ruchu, miejsca, które polecaliśmy komuś pół roku temu, być może już nie istnieją lub istnieją gdzie indziej, są takie, które wyglądając niegdyś obiecująco, nie rozwijają się itd. Zmusza to nas do nieustannego sprawdzania własnych rekomendacji i uaktualniania ich. W ten sposób wracamy do bardzo tradycyjnych więzi międzyludzkich, charakterystycznych dla życia poza Internetem. Łączymy się ze stronami polecanymi przez przyjaciół, redakcje czasopism, które czytamy, szacowne uniwersytety.

Uczymy w szkole pisania recenzji książkowych, filmowych, teatralnych. Dołączmy do nich recenzje internetowe. Poddajmy analizie język takich recenzji drukowanych w pismach (i piśmidłach) o tematyce komputerowej. Zestawmy język takiej recenzji z recenzją teatralną z dodatku kulturalnego jakiejś gazety. Określmy wszystkie różnice. Zapewne uda się nam znaleźć coś ciekawego, a może nawet wypracować język mówienia o Internecie wolny od barbaryzmów i elementów subkulturowych.

Pozorna łatwość nowoczesnych mediów

W założeniu Sieć ma być medium nieskomplikowanym i powszechnym. Lecz im bardziej takim się staje, tym większego wymaga wysiłku, by ustrzec się przed zalewem “informacyjnych śmieci”, albo wręcz treści wulgarnych i niemoralnych. Tymczasem użytkownicy poszukują właśnie ułatwienia, a nie utrudnienia. Poczują się oszukani, kiedy usłyszą, że Internet im jest łatwiejszy, tym jest trudniejszy. Z tego samego powodu wiele osób reaguje sceptycznie na ideę interaktywnej telewizji. Prawdopodobnie telewizja, która nie będzie miała ustalonej ramówki (użytkownicy sami ją będą ją sobie tworzyć z dostarczonego im katalogu) będzie dla wielu niepokojąca, męcząca. Duża liczba telewidzów będzie wolała by raczej wybrano za nich. Będą twierdzić, że telewizja powinna mieć swój program, swoją propozycję, nie zaś “zawracać ludziom głowę” koniecznością dokonywania wyboru. Istotę tego paradoksu można zrozumieć porównując najpopularniejsze media z książką. W przypadku książki wstępny próg trudności, czyli sama zdolność do lektury, jest dość wysoki (przypominam alarmujące dane o funkcjonalnym analfabetyzmie w Polsce), dlatego dalsze obcowanie z książką nie nastręcza już specjalnych trudności. Tymczasem próg dostępności, czyli zdolności do obcowania z przekazem internetowym, telewizyjnym, czy obrazkowym w komiksach lub czasopismach jest bardzo niski. Trudności zaczynają się później – zagubienie, nuda i przesycenie, a także zanik kryteriów oceny, są klątwą wszystkich nowoczesnych mediów.

Komunikacja za wszelką cenę

Kolejnym fenomenem internetowym jest rozpowszechnienie się nowego typu komunikacji, mieszczącego się gdzieś pomiędzy listem a mową. Z jednej strony listy elektroniczne, są wciąż listami i wiele osób czyni wysiłki, by nie ulec “spieszności” nowego medium i pisać emaile w takiej formie, w jakiej wyrażano się w tradycyjnej korespondencji. Ich listy zaczynają się typowymi nagłówkami, zbudowane są z pełnych zdań zgodnych z zasadami interpunkcji. Często listy te nie są pisane w okienku pocztowego programu, lecz w edytorze tekstu lub w HTML z potrzebnymi wyróżnieniami, kolorami, obrazkami itd. Ale jest też inny, dominujący typ korespondencji: skrótowy, chaotyczny, pełen literówek, pozbawiony interpunkcji, a czasem i wielkich liter. Formy grzecznościowe znikają. Jeszcze silniej
efekt ten występuje w “pogawędkach na żywo” (IRC), gdzie dla oszczędności czasu stosuje się szereg symbolicznych skrótów, zaś gramatyka ulega, delikatnie mówiąc, uproszczeniu. Wszystko to stanowi niewątpliwie nowe zjawisko. Z jednej strony obserwujemy towarzyszące Internetowi zepsucie języka, z drugiej strony widzimy powstawanie dzięki internetowej komunikacji nowych form więzi międzyludzkich – osobliwych przyjaźni na odległość, wirtualnych klubów, kół dyskusyjnych, itd.

Przychodzi mi do głowy proste ćwiczenie uzmysławiające uczniom własności nowych typów komunikacji. Wymyślmy dowolny dyskusyjny temat i podzielmy klasę na dwie grupy. W każdej z nich wydzielmy pary, które będą miały za zadanie wymienić argumenty dotyczące dyskutowanej kwestii przy pomocy korespondencji. W pierwszej grupie pary mają zrobić to przy pomocy zwykłych listów wysyłanych za pośrednictwem poczty (listy powinny zostać włożone do kopert, zaniesione na pocztę i wysłane do koleżanki czy kolegi). W drugiej grupie stanie się to przy pomocy poczty elektronicznej. Po dwóch tygodniach zbadajmy rezultaty streszczając przebieg obu dyskusji w klasie i odczytując jej fragmenty. Czym się różnią? Czy któraś jest lepsza? Przy rozważaniu tych pytań sformułujmy kryteria oceny: ilość i jakość argumentów, precyzja wysłowienia, stopień porozumienia pomiędzy dyskutantami itd.

Pokazać samego siebie

I wreszcie, na koniec parę słów na temat autoprezentacji w Internecie.

Możemy prezentować swoje projekty i teksty, pomysły, instytucje, w których pracujemy, szkoły, w których się uczymy, a wreszcie sami siebie. W jaki sposób to robimy? W jakim zakresie? Gdzie leżą granice samej potrzeby autoprezentacji i dobrego smaku przy jej dokonywaniu? Na te pytania musi sobie odpowiedzieć każdy autor stron WWW, lub innych internetowych serwisów. Autoprezentacja jest szczególnie delikatną kwestią. Człowiek poniekąd uobecnia się w każdym ze swych tekstów, jednak opublikowany w Internecie tekst o sobie, tekst pod tytułem “Ja”, jest bardzo osobliwym tworem. Nigdy wcześniej jednostki nie miały tak taniego i społecznie akceptowanego środka autoekspresji. Wszystkie tradycyjne media opierały się bowiem na zasadzie legitymizacji. Po to, by opublikować artykuł w prasie trzeba przekonać redakcję, że ma się coś do powiedzenia, po to, by zabrać głos w Parlamencie trzeba przejść specjalną procedurę. Innymi słowy sfera publiczna ma swoje prawa. Tymczasem, aby zaistnieć w Internecie, “wystarczy być”. Jest to nowe zjawisko współczesnego świata, które zmusza do postawienia ważnych, filozoficznych pytań: jaka część mnie należy do sfery publicznej?, co jest komunikowalne a co niekomunikowalne?, jakie są granice intymności?, co jest moją istotą?, co stanowi o moim “Ja”?, jakie jest znaczenie formantu “auto” w słowie “autoprezentacja”?

Pewne ćwiczenie mogłoby unaocznić wymienione wyżej problemy. Być może da się je zorganizować w szkole. Niech każdy w grupie – z nauczycielem włącznie – urządzi na kawałku ściany, pulpicie czy podłodze wystawkę pod tytułem “JA”. Co znajdzie się na takich wystawkach? Pole dla oryginalnej twórczości jest tu wielkie, jednak rzecz nie tylko w kreatywności. Po zorganizowaniu wystaw porównajmy swoje artystyczne autoprezentacje z dowolnie wybranymi prywatnymi stronami obecnymi w Internecie (jest ich niezliczone mnóstwo). Poddajmy te strony krytycznej analizie, zastanawiając się jak powinna wyglądać strona osobista. Zastanówmy się jak nasze własne idee autoprezentacji, wyrażone w wystawkach można by przenieść do Sieci.

Internet prowokuje do interesujących pytań. Tych najbardziej interesujących jeszcze nie znamy. Powyżej starałem się wymienić kilka zagadek, jakie stawia naszym umysłom to nowe medium. Mam świadomość, że użyte sformułowania wkrótce mogą okazać się “zwietrzałe” lub nieadekwatne, tak jak zestarzały się książki i artykuły pisane na ten temat kilka lat temu. Oto przy pomocy myślenia i języka ścigamy się niejako z wytworem naszej własnej kultury. Ponieważ nie uda nam się uniknąć tego wyścigu, ćwiczmy lepiej szybki bieg.

——————————————————————————————–
Materiał udostępniany na zasadach licencji
Creative Commons 2.5 Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne

——————————————————————————————–

Comments are closed.