Kultura i Historia nr 1/2001

Andrzej Zybertowicz
Konstruktywizm jako orientacja
metodologiczna w badaniach społecznych
[1]

Konstruktywizm jest zjawiskiem w refleksji nad wiedzą względnie nowym, choć już wielowymiarowym. Ponieważ zrywa on z szeregiem naszych od dawna ugruntowanych intuicji poznawczych, jego systematyczny wykład wymagałby nader rozbudowanego rozumowania. Tutaj stawiając sobie cel skromniejszy – przedstawienia specyfki konstruktywistycznej koncepcji wiedzy w jej wymiarze metodologicznym zainteresowanych odsyłam do pozycji wskazanych w bibliografii. Swoje rozumienie konstruktywizmu szerzej szkicuję w książce Przemoc i poznanie: studium z nie-klasycznej socjologii wiedzy (Zybertowicz 1995; też 1997). Uważam konstruktywizm za koncepcję metodologicznie istotną, ponieważ identyfikuje on empirycznie mechanizmy warunkujące sukcesy poznawcze w nauce. Dokładniej: osiąganie rezultatów uznawanych w danych zbiorowościach badawczych za takie sukcesy.

Cy pomiar zmiennych wystarcza dla weryfikacji konkurencyjnych hipotez?

W wygłoszonym w listopadzie 1998 r. w IFiS-ie na seminarium Elżbiety Kałuszyńskiej, referacie Henryka Domańskiego „Jakie prawidłowości badają socjologowie?[2] przedstawiony jest pogląd, stanowiący dobry punkt wyjścia dla wprowadzenia problematyki konstruktywizmu. Domański wskazuje, że:
Hipotezy badawcze opierają się (…) na określonej wizji rzeczywistości. Chodzi o sprawdzenie, czy moja wizja „pasuje” do danych. Jeśli tak, albo „tak”, w znacznym stopniu (co stwierdzam na podstawie statystycznego testu), to hipoteza uzyskuje potwierdzenie. Jeśli nie, poszukuję alternatywnych wyjaśnień i formułuję inne hipotezy, aby je weryfikować. Na zarzut, że socjologia empiryczna ukazuje rzeczywistość, którą kreuje sam badacz, odpowiadam: zadaniem krytyka jest pokazanie, że „jego wizja” odzwierciedla rzeczywistość bardziej trafnie. Gdyby udało mu się tego dokonać, miałby podstawy do zarzutu o „kreatywności” – nie poruszałbym tego wątku krytyk, gdyby nie to, że można się na nie natknąć w dyskusjach z reprezentantami „nie-empirycznej” wiedzy o społeczeństwie. Pozostając na gruncie stanowiska, które wyłożyłem, trzeba stwierdzić, że problem kreowania prawdy nie istnieje – przedkładanie do weryfikacji „własnej prawdy” jest kanonem procedury badawczej, bez którego poznawanie rzeczywistości nie jest możliwe(Domański 1998).

Pogląd ten przywołuję, bo mamy do czynienia z wybitnym reprezentantem typowego stylu myślenia. Jeśli konstruktywizm ogólnym zarysie poprawnie rekonstruuje (interpretuje!) empiryczne procesy poznania naukowego, to pogląd Domańskiego jest nietrafny. Zaznaczę od razu, że owa rekonstrukcja oparta jest na takich danych empirycznych o praktyce badawczej, które winny być dość łatwo uzgadnialne między stronami sporu (zob. niżej fragment „Jak ‘społeczne’ tworzy ‘poznawcze’“).

Co dzieje się np. w sytuacji, gdy różnica między konkurencyjnymi hipotezami nie sprowadza się do odmiennych oczekiwanych wartości zmiennej (zmiennych), występujących w ramach tej samej wizji teoretycznej? Gdy wchodzą w grę różnice między perspektywami wyznaczającymi zasadniczo inne rodzaje zmiennych istotnych dla danej strefy zjawisk społecznych? Jak wyglądają losy „przedkładanej do weryfikacji ‘własnej prawdy'”, gdy samo zrozumienie konkurencyjnej hipotezy, potraktowanie jej jako poważnej wypowiedzi należącej do dyskursu badawczego, wymaga swoistego Gestalt switch, tj. radykalnej przebudowy zastanego obrazu świata i związanych z nim praktyk społecznych? Czasem praktyk nie tylko metodologicznych, interpretacyjnych, legitymizujących badania, ale nawet ściśle politycznych.

Jak np. wygląda weryfikacja konkurencyjnej hipotezy (czyli, jak chętnie powiedziałbym, a czego Domański może wolałby uniknąć, konkurencyjnej konstrukcji), podważającej podstawowe uprawomocnienia praktyk badawczych, na gruncie których hipoteza wcześniejsza jest potwierdzana? Gdyby ewentualne powodzenie nowej konstrukcji miało znaczyć, że niemałe środki lokowane na badania dobrze „pasujące” do konstrukcji wcześniejszych były złym ulokowaniem zasobów oraz energii badaczy? Jak zachowają się osoby prominentne w instytucjach opiniujących, oceniających, finansujących, promujących, publikujących, nagradzających etc., gdy nowa, alternatywna konstrukcja podważy sensowność ich dotychczasowej aktywności poznawczej oraz organizacyjnej? Czy w przypadku konfrontacji konkurencyjnych wizji badawczych możemy uniknąć interweniowania ludzkiej skłonności do ignorowania (lub zwalczania) definicji sytuacji grożących nam dysonansem poznawczym?

Nic dziwnego, że śledząc meandry rzeczywistych, empirycznie uchwytnych praktyk badawczych, przedstawiciele jednego z nurtów badań konstruktywistycznych, Harry Collins i Trevor Pinch, w wydanej po polsku książce piszą: „obrońcy jakiegoś kontrowersyjnego zjawiska, chcąc nastawić doń przychylnie innych naukowców, minimalizują jego teoretyczne konsekwencje” (1998:123). Innymi słowy, pragnąc zjednać sobie kolegów, badacze sugerują (niekiedy wbrew swoim przekonaniom), że ewentualne uznanie tez o kontrowersyjnym zjawisku będzie wymagało jedynie nieznacznych korekt w zespołach przekonań uznawanych przez kolegów.

Zasygnalizowane w cytowanej wypowiedzi rozumowanie Domańskiego opiera się na założeniu, iż hipotezy badawcze (wizje rzeczywistości, przedkładane do weryfikacji „własne prawdy”) należą do innego porządku (obszaru świata) niż dane, do których hipotezy te mogą pasować lub nie. Porządek pierwszy to porządek naszych działań poznawczych (formułowania hipotez etc.), porządek drugi to świat niezainfekowanych przez nasze myślenie zdarzeń i właściwości. Pozostając w polu wytyczonym przez to założenie, Domański słusznie mówi, że problemu kreowania prawdy tu nie ma – tutaj status prawdy może uzyskać jedynie taka hipoteza, która trafnie odzwierciedla ów drugi porządek, niezależny od poczynań badaczy i ich narzędzi poznawczych.

Jednak takie założenie istnienia dwóch odrębnych od siebie porządków konstruktywizm odrzuca „dane” wyrażone są w języku tak samo jak hipotezy („własne prawdy” etc.). Gdy jakiś badacz sprawdza, czy hipotezy innego badacza pasują do „danych” (do „rzeczywistości”), nie konfrontuje tworów językowych z jakimiś bytami poza-językowymi (ew. nawet poza-kulturowymi); sprawdza, czy jedne grupy wypowiedzi (hipotezy) są zgodne z innymi grupami wypowiedzi (uznanymi za dane lub reprezentującymi dane). Obie grupy wypowiedzi (twierdzeń, wyobrażeń) są wytworami społecznymi, kulturowymi. Tak samo jak wytworami kulturowymi są narzędzia, za pomocą których dane są gromadzone i obrabiane. To hipotezy współ/owocują narzędziami, w które, jak w sieci, pewne rodzaje informacji wpadają, a inne nie; narzędzia przykrawają dane, dane produkowane wedle kulturowo kalibrowanych narzędzi. Do narzędzi takich należy np. statystyka – wytwór jak najbardziej kulturowy (zob. MacKenzie 1981).

Dlatego dla konstruktywistów poznanie (tak humanistyczne jak przyrodoznawcze) jest przedsięwzięciem wewnątrzkulturowym [3]. Dane są wytworem uregulowanych kulturowo działań społecznych tak samo jak hipotezy. Samo rozróżnienie „danych” i „hipotez” jest wytworem społecznym i jest sankcjonowane przez wyobrażenia i działania kulturowo uwarunkowane – w szczególności przez zasady panujące w subkulturach nauki. To owe kulturowe zasady (w nieznacznej tylko części wyartykułowane) decydują o tym, jakiego typu wypowiedziom może być przyznany status „danych”. Status taki ma np. dokument sporządzony w renomowanym (fakt kulturowy) ośrodku badania opinii społecznej podpisany przez osobę legitymującą się określoną pozycją w tym ośrodku (nie może to być np. portier); nie uznamy natomiast za „dane” wypowiedzi z listów cioci znad Bałtyku zawierających jej spostrzeżenia na temat upadku obyczajów młodzieży plażowej.

Gdy założenie dwóch odrębnych porządków odrzucimy, wtedy problem kreowania lub – jak wolę mówić – konstruowania prawdy natychmiast staje na porządku dziennym. Dwie konfrontowane ze sobą realności – hipotez i rzeczywistości – są tu bowiem elementami jednej, podlegającej tym samym prawom socjologicznym całości. To, iż elementy te są postrzegane jako odrębne jest rezultatem (mówiąc w wielkim uproszczeniu) historycznego sukcesu ideologii scjentystycznej i związanych z nią przedsięwzięć poznawczo-praktycznych (w tym rewolucji technologicznej). I hipotezy, i dane są naszymi konstruktami, tak samo jak są nimi procedury konfrontowania ich ze sobą. Dla ilustracji porównajmy teraz warunki weryfikacji dwóch hipotez, czyli spróbujmy określić w jakich okolicznościach środowisko badawcze skłonne byłoby uznać, że dana hipoteza została w sposób definitywny przetestowana – pozytywnie lub negatywnie.

Hipoteza A: w regionach Polski, które w latach 90-tych przeżywają rozwój gospodarczy, następuje spadek religijności, w tych zaś, które doświadczają zastoju (ew. regresu), poziom religijności utrzymuje się na tym samym poziomie lub nawet wzrasta.
Hipoteza dotyczy zależności między zmianami poziomu życia a religijnością. Na marginesie zaznaczę, iż wydaje się, że w stosunku do każdego rodzaju uzyskanych danych (potwierdzających lub obalających) hipotezę, dałoby się znaleźć w korpusie zastanej wiedzy socjologicznej teoretyczne (bądź quasi-teoretyczne) uzasadnienia zależności, których występowanie zostałoby stwierdzone. Tę frapującą kwestię możliwej eksplanacji niezgodnych ze sobą twierdzeń o zależnościach tu jednak pomijam.

Hipoteza B: tajne służby państw bloku moskiewskiego odegrały istotną rolę w procesie wychodzenia z komunizmu w Europie Środkowo-Wschodniej i bez analizy ich działań nie sposób zrozumieć pokojowego, szybkiego i epidemicznego charakteru tej transformacji.
Zobaczmy teraz, jakie działania trzeba podjąć dla uzyskania intersubiektywnie rozstrzygającego przetestowania każdej z hipotez.

Wydaje się, że w przypadku hipotezy (A) można sformułować niemal algorytm postępowania badawczego. Na gruncie stosowanych w naszej dyscyplinie procedur badawczych, na gruncie ogólnie dostępnej wiedzy kontekstowej od razu, jakby gołym okiem, widać, jak postępować, by hipotezę tę przetestować; dość dokładnie wiadomo, jak postępować, by uzyskać wyniki, które środowisko badawcze uzna za prawomocne. Jest tak, bowiem hipoteza (A) plasuje się w takim polu badawczym, w którym istnieje zasadniczy consensus co do sposobu poruszania się w nim.

Na przykład bez większych kontrowersji można zoperacjonalizować następujące pojęcia:
– region – może ono oznaczać administracyjnie wyznaczony obszar jednego lub kilku wybranych województw;
– rozwój gospodarczy – jako wskaźniki sytuacji gospodarczej regionów można przyjąć: poziom bezrobocia w ustalonym okresie; średnią płacę w wybranym rodzaju firm; dynamikę liczby nowozakładanych przedsiębiorstw prywatnych etc.;
– poziom religijności – mierzony może być przez np. wskaźniki uczestnictwa w mszach niedzielnych, dynamikę liczby zawieranych małżeństw kościelnych, chrztów, powołań kapłańskich, procent uczniów szkół rezygnujących z nauki religii etc.

Oczywiście wskaźniki można dość dowolnie mnożyć, choć – rzecz jasna – nie wszystkie będą miały taką samą wartość poznawczą. Z punktu widzenia niniejszych rozważań kluczowe jest to, że każdym wypadku pomiaru wartości odpowiednich zmiennych przypadku możemy dokonywać za pomocą wypróbowanych procedur uznanych za prawomocne przez naszych kolegów-badaczy. Choć bowiem, możemy napotkać wiele problemów związanych z gromadzeniem danych, sprawdzaniem uzyskanych informacji, kontrolą pracy ankieterów, wszystko to ma charakter techniczny, a całe przedsięwzięcie jawi się jako zrozumiałe i przejrzyste. Prowadzone w tym zakresie typy działań badawczych będą uznane za prawomocne, gdyż stosowane są już od dawna, zostały na tyle zestandaryzowane, że dają naszym kolegom poczucie intersubiektywnej kontroli nad tym, co czynimy. Badane są typy faktów postrzeganych jako obiektywne, mierzalne i istotne, a przez niektórych badaczy nawet jako niezinterpretowane teoretycznie (by nie rzec: czyste).

Rzecz wygląda tu tak, jak gdyby badacze ustalali obiektywne zależności, istniejące niezależnie od ich poczynań poznawczych, od przyjmowanych ideologii, sympatii politycznych i od stosowanych narzędzi, które przecież się tylko „dopasowuje” do przedmiotu badania.

W tego typu przypadkach, nietrudno rozstrzygnąć, czy dana wizja badawcza „odzwierciedla rzeczywistość” dostatecznie trafnie, czy w danych warunkach prawdziwa jest hipoteza o negatywnej korelacji między rozwojem gospodarczym a religijnością, czy raczej konkurencyjna o korelacji pozytywnej. Wydać się może, iż nic nie jest tu „kreowane” – przecież chrzciny to fakt obiektywny, mający miejsce niezależnie od tego, czy są przez badaczy liczone, czy nie. Naukowcy za pomocą wystandaryzowanych metodologicznie narzędzi mierzą tu częstotliwość zachowań, już wcześniej – przed ukonstytuowaniem się praktyki badawczej – wyraźnie wyodrębnionych, skonwencjonalizowanych w ramach poza-poznawczej praktyki społecznej. To ten właśnie ostatni fakt (społeczno-historyczny) przyczynia się do złudzenia, iż nasza hipoteza zderza się z rzeczywistością przynależną do innego porządku niż naukowa aktywność poznawcza.

Bardzo wiele trzeba natomiast „wykreować”, by wykazać, że hipoteza o roli tajnych służb bardziej trafnie „odzwierciedla” rzeczywistość od hipotezy przeciwnej (wpływ takiego aktora jak tajne służby na dynamikę transformacji jest nieistotny). Co zatem musimy zrobić, gdybyśmy chcieli doprowadzić hipotezę drugą do takiej postaci, aby przedstawiciele środowiska badawczego uznali, że możliwe jest jej intersubiektywne przetestowanie? W tym przypadku trzeba by naszkicować cały nowy, rozbudowany program badawczy; program którego złożoność niepomiernie przekraczałaby zakres przedsięwzięcia zasygnalizowanego powyżej. Należałoby by też w środowisku badawczym uprawomocnić sensowność prowadzenia badań w takim kierunku.

Trzeba dysponować albo odwołać się do jakiejś, choćby szkicowej ogólnego modelu transformacji, który umożliwi zaliczenie do grona ważnych (choć niekoniecznie samodzielnych lub/i kluczowych) aktorów transformacji takich instytucji jak KGB, GRU, Stasi, SB lub ich odgałęzień. Trzeba dysponować jakimś modelem względnie przekonująco (dla kolegów-badaczy) wyznaczającym (bo przecież nie kwantytatywnie przesądzającym) hierarchizację „mocy wpływu” wyodrębnionych w ramach danej koncepcji aktorów transformacji (por. Zybertowicz 1997a).

Od czego zależy sukces takiego modelu? W znacznej – jeśli nie decydującej – mierze od wchodzących w grę (w tym świadomie zastosowanych) środków retorycznych i instytucjonalnych. Od autorytetu, jaki autor modelu posiada w środowisku badawczym, od przejrzystości jego konstrukcji, od charakteru zastosowanych kluczowych pojęć (czy nawiązują one do metafor aktualnie modnych w danej dyscyplinie badawczej), od literatury do jakiej nawiąże autor; od wydawnictwa w jakim opublikuje swoje prace; wreszcie od sojuszników, jakich będzie w stanie zjednać dla swoich koncepcji. Z tych wszystkich składników czynniki ściśle poznawcze (np. takie jak: spójność i prostota założeń) można wypreparować tylko w trybie analitycznym.

Dalej trzeba ukonstytuować pole badawcze wyznaczające specyficzny dlań schemat hierarchizacji czynników istotnych; trzeba doprowadzić do standaryzacji wielu kategorii i sposobów identyfikacji (choć daleko jeszcze do etapu pomiaru) zmiennych.

Przyjmijmy jednak, że naszemu badaczowi się poszczęści i jego ogólna wizja tranformacji zostanie uznana za godną zainteresowania (cóż więcej można bowiem uzyskać? przecież żaden chyba ze znanych ogólnych modeli transformacji nie jest uznawany za prawdziwy na gruncie takiej konfrontacji z danymi empirycznymi, która przypominałaby ujęcie Domańskiego). Na każdym z dalszych etapów pracy nad naszym programem badawczym można popełnić różne błędy: tak „społeczne” – np. w trakcie zjednywania sojuszników dla swego programu badawczego; jak techniczno-empiryczne (przy pomiarze wartości określonych zmiennych – np. przy szacowaniu liczebności personelu instytucji służb specjalnych).

Przyjmijmy np. (czyni tak w swych badaniach autor niniejszego tekstu), iż wśród argumentów ogólnych na rzecz hipotezy (B) jest założenie: komunistycznym tajnym służbom odegranie istotnej roli w procesie transformacji umożliwiły budowane od dziesięcioleci ich sieci agenturalne, obejmujące m.in. ważne instytucje gospodarcze (w tym centrale handlu zagranicznego i banki). Stworzyło to warunki dla uzyskania częściowej kontroli na procesami tworzenia prywatnego kapitału i budowy instytucjonalnego oprzyrządowania rynku. Takie założenie rodzi liczne problemy empiryczno-metodologiczne. Na przykład: Jak liczna była agentura tajnych służb w ostatniej dekadzie komunizmu? Jakie rodzaje agentów występowały? Jaka była faktyczna efektywność sieci agenturalnej? Czy niezbędne jest teoretyczne skonceptualizowanie roli tajnych służb w gospodarce? Na przykład, czy gospodarka nakazowo-rozdzielcza byłaby zdolna do reprodukcji i rozwoju przez dziesięciolecia bez takiego zinstytucjonalizowanego elementy jak agenturalne zbieranie informacji uzupełniających brakujące regulatory rynkowo-pieniężne? (zob. Łoś i Zybertowicz 1997:17-18; Zybertowicz 1997:156; Łoś i Zybertowicz w druku). Pytania można mnożyć, ale przed udzieleniem odpowiedzi na nie trzeba dokonać wielu konstrukcji: terminologicznych, technicznych, teoretycznych (np. model procesów informacyjnych sterujących gospodarowaniem w socjalizmie) [4].

Innym z kluczowych problemów są tu dane. Na przykład, czy informacje o operacjach tajnych służb uzyskane od informatorów, którzy nie tylko chcą pozostać anonimowi, ale w niektórych przypadkach nie można nawet ujawnić zajmowanych przez nich pozycji w organizacjach, mogą być uznane za wiarygodne dane, czy też nie? W sytuacji, gdy pole badawcze ma charakter dziewiczy, inni badacze zazwyczaj mają do dyspozycji za mało wiedzy kontekstowej, by ocenić wiarygodność informacji przypisywanych anonimowym źródłom. Tylko częściowym wyjściem z tej sytuacji pozostaje wariant, w którym prowadzący badania ma w środowisku na tyle wysoki autorytet, by zaufano mu, iż (a) anonimowi informatorzy rzeczywiście istnieją; (b) że ich informacje zostały dobrze zrozumiane i zaprezentowane; (c) że zasięgający informacji od fachowców od dezinformacji badacz nie został celowo wprowadzony w błąd; (d) że potrafił przeprowadzić fachową krytykę uzyskanej wiedzy (informatorzy mogli być źle poinformowani) – etc.

Konstruowanie występuje tu na wszystkich poziomach: obmyślaniu programu badawczego, przy zjednywaniu dlań sojuszników, tj. przy tworzeniu środowiska badawczego, przy gromadzeniu danych źródłowych, ich obróbce, interpretacji, wyborze formy narracji prezentacji wyników dociekań, wyborze wydawcy, form promocji książki etc.

Co więcej, gdyby hipoteza (B) została w środowisku badawczym uznana za trafną, może stać się ona czynnikiem konstruowania nie tylko rzeczywistości badawczej, ale też i społecznej w domenie bezpośrednio politycznej. Może zostać wykorzystana np. dla uzasadnienia rozwiązań prawnych efektywnie definiujących pole parlamentarnej gry politycznej – np. poprzez wykluczenie osób w ustalony sposób związanych z tajnymi służbami. Efekty polityczne z kolei mogą zwiększyć lub zmniejszyć autorytet skonstruowanego wcześniej środowiska badawczego penetrującego pole problemowe związane z hipotezą (B) – ułatwiając/utrudniając uzyskiwanie środków na dalsze badania.

Widzimy zatem, iż zupełnie inaczej wygląda testowanie hipotez typu (A), dobrze wpasowanych w wizje badań i rzeczywistości od dawna i szeroko podzielane przez środowisko badawcze, hipotez odwołujących się do dobrze skonwencjonalizowanych kategorii, zmiennych i narzędzi badawczych, niż hipotez typu (B), które do dominującej (obowiązującej?) wizji nie pasują, a nawet same ewentualne nowe wizje mogą zainicjować. Tutaj, zanim w ogóle będzie można sprawdzić, czy „moja wizja ‘pasuje’ do danych” trzeba skonstruować pole badawcze, które wskaże, jakie rodzaje danych są istotne, jakie nie, trzeba zgromadzić środki na kontrowersyjne (przy korzystnym splocie wypadków; przy niekorzystnym: kompletnie nienaukowe) projekty badawcze etc.

Łatwo dostrzec, że w sytuacji gdy inne czynniki (takie jak ranga badacza, jego pomysłowość, wkład pracy włożony w opracowanie projektu badawczego, dojścia etc.) pozostają bez zmian, znacznie większe szanse uzyskania środków na badania ma autor projekt opartego na hipotezach typu (A). Projekt zakorzeniony w dotychczasowych standardach, jest bardziej zrozumiały dla innych badaczy, jest też prostszy i bardziej przejrzysty wewnętrznie, można zastosować przy nim techniki gromadzenia i obróbki danych uznawane za wyrafinowane i – poza wszystkim innym – projekt taki jest znacznie mniej drażliwy politycznie. W sumie zatem jawi się jako znacznie bardziej naukowy.

Przemnóżmy teraz przypadki tego typu i mamy sytuację, w której może następować systematyczne zapoznawanie całej sfery – rzeczywistych zdaniem piszącego te słowa – zjawisk społecznych, drogą uznania ich za ideologiczne artefakty, mity (pochodne np. wobec tzw. spiskowej teorii dziejów), zjawiska drugorzędne (niewywierające wpływu na procesy naprawdę istotne) [5]. Mamy wizję świata (rzecz jasna teoretycznie uprawomocnioną), w której przyjęte modele hierarchizacji tego, co istotne, pominą obszerne grupy zjawisk.

O ile praca nad testowaniem hipotezy (A) może jawić się jako działanie ściśle poznawcze (choć oczywiście mogące owocować pewnymi konsekwencjami społecznymi), to próba doprowadzenia koncepcji leżącej u podłoża drugiej hipotezy do fazy zespołu przekonań intersubiektywnie kontrolowalnych już od samego początku jawi się jako przedsięwzięcie par excellence społeczne (jeśli nie polityczne), w którym kluczową rolę pełnią takie elementy jak: działanie strategiczne, posiadane zasoby, władza (dysponowania nimi), zaufanie (lub jego brak), reputacja badawcza, jego pozycja instytucjonalna. Innymi słowy, w tym drugim przypadku, to co (specyficznie) społeczne interweniuje od razu i bezpośrednio. W pierwszym przypadku natomiast to, co społeczne – w efekcie licznych wcześniejszych konstrukcji (w tym procesów konwencjonalizacji) – zostaje „zapomniane”, a w polu uwagi zostają przede wszystkim aspekty poznawcze, warsztatowe: metodologiczne, techniczne, statystyczne etc (por. Mokrzycki 1990:cz. II). Jest tak, gdyż w przypadku hipotezy (A) mamy do czynienia ze skonstruowanym już wcześniej kontekstem społeczno-badawczym (tj. odpowiednią siecią zinstytucjonalizowanych relacji: wiedza/stosunki społeczne), natomiast w przypadku hipotezy (B) ów kontekst trzeba dopiero tworzyć (tj. m.in. doprowadzić do konwencjonalizacji i instytucjonalizacji wielu nowych elementów).

Praca nad kontrowersyjnym projektem badawczym pod wieloma względami przypomina działalność partyjną mającą na celu uzyskanie poparcia dla czyjejś koncepcji programowej. Chodzi o zjednanie jak największej liczby, jak najbardziej wpływowych sojuszników, zasobów, o „podczepienie” się pod jakiś wpływowy układ, a gdy to okazuje się niemożliwe, stworzenie własnego. Na drodze do tego typu celu argumenty ściśle racjonalne, poznawcze stanowią często drobny element gry, ustępując wobec rozmaitych technik perswadowania, kuszenia bądź nawet zastraszania. Jest zresztą być może tak, iż niektórzy badacze uzyskali już taką pozycję dla swojej „działki” (np. subdyscypliny), że o toczonych przez siebie wcześniej „walkach partyjnych” na drodze do instytucjonalizacji zdołali już zapomnieć.

Inaczej mówiąc, rozumowanie Domańskiego zakłada inną koncepcję dróg do sukcesu poznawczego niż konstruktywizm. Dla polskiego socjologa jest to gra toczona przez badacza z rzeczywistością, dla konstruktywizmu jest to gra przede wszystkim społeczna, toczona z innymi ludźmi.

Wiedza to instytucja społeczna

Konstruktywizm w obszarze badań społecznych bywa pojmowany jako teoria lub koncepcja nauki, poznania i rzeczywistości w ogóle; jako orientacja teoretyczna; metodologia, orientacja metodologiczna lub nurt badań empirycznych – w tym ostatnim przypadku w literaturze anglosaskiej występują określenia: Social Studies of Science, Social Studies of Knowledge, Studies of Scientific Knowledge, Science and Technology Studies (zob. Amsterdamska 1992, Jasanoff 1995; Nowotny 1990; Shapin 1995). Konstruktywizm – w przyjętym przeze mnie rozumieniu – jest zespołem poglądów bliskich lub pokrewnych takim obszarom jak: post-empiryczna lub/i post-pozytywistyczna filozofia nauki, mocny program socjologii wiedzy (Mocny… 1993; Szahaj 1995), nie-klasyczna socjologia wiedzy (Sojak 1996) oraz post-modernistyczne koncepcje wiedzy (zob. Szahaj 1996).

Traktując metodologię jako dziedzinę wiedzy informującą, w jaki sposób uzyskać sukces poznawczy, zakładam, że nie sposób mówić o orientacji metodologicznej nie implikując – mniej lub bardziej wyraźnie – orientacji teoretycznej, czyli jakiegoś zestawu substancjalnych przesądzeń na temat materii społecznej (por. Giza-Poleszczuk 1990). Trzeba zaznaczyć, iż pojęcie metodologii ulega tu re-definicji. Z jednej strony, w empirycznych badaniach konstruktywistycznych, np. poświęconych procedurom interpretowania wyników eksperymentów w praktyce laboratoryjnej uczonych, stosuje się standardowe, typowe metody gromadzenia i obróbki informacji przyjęte w socjologii, antropologii kulturowej lub historiografii: wywiady, analizę dokumentów, analizę dyskursu prasowego etc. (np. Collins 1985; Mulkay 1997). Generalnie rzecz biorąc, konstruktywizm nie podważa, ani nie krytykuje ważności ogólnych zasad metodologii prowadzenia badań (takich jak wymóg uzasadniania, zasada spójności, sceptycyzmu, falsyfikacji, dążenia do kwantyfikacji). Tu konstruktywizm w sporej mierze ma charakter opisowy – respektuje zasady przyjęte w praktyce badawczej danej dyscypliny przez uczonych. Właśnie: przez uczonych, a nie pochodzące z samej rzeczywistości (empiryzm) lub form umysłu (transcendentalizm). Z drugiej strony bowiem, dla konstruktywizmu sukces poznawczy ma inny status niż w tradycyjnej, obiektywistycznej metodologii: nie polega na adekwatnym „odzwierciedleniu” obiektywnej rzeczywistości (klasyczna koncepcja prawdy), ale na uzyskaniu ustaleń zgodnych z aktualnie funkcjonującymi zasadami danej dyscypliny (consensualno-koherencyjna koncepcja prawdy). Chodzi właśnie o zasady faktycznie funkcjonujące w praktyce, a nie jedynie deklarowane w ideologicznych autoidentyfikacjach samych uczonych (zob. niżej fragment „Jak ‘społeczne’ tworzy ‘poznawcze’“).

I choć konstruktywizm podkreśla, że sukces poznawczy jest zawsze w istocie sukcesem społecznym, nie jest czystą socjotechniką perswadowania kolegom, iż ma się rację. Proces badawczy polega na tworzeniu nowych konstrukcji społecznych na bazie wcześniejszych konstrukcji społecznych, nie daje się jednak sprowadzić do zabiegów czysto propagandowych [6] – świadczy o tym choćby wymóg respektowania zasady niesprzeczności. Tym niemniej metodologia nauk (jak i poszczególne metodologie dyscyplin szczegółowych) jest przez konstruktywizm traktowana jako swoiste know-how. Stwierdzenie, iż jakaś „koncepcja jest prawdziwa, bo zgodna z rzeczywistością” ma dla konstruktywizmu charakter nieoperacyjny – jest w istocie wypowiedzią metafizyczną. Stwierdzenie to może postać operacyjną uzyskać, gdy przejdziemy na poziom empirycznego języka socjologii i powiemy, że w danej społeczności badawczej za prawdziwe uznawane są wypowiedzi, które spełniają takie to a takie, skądinąd zmienne historycznie, zasady.

Konstruktywizm wyrósł m.in. z kryzysu idei metody klasycznej, która w założeniu miała gwarantować niezawodne sposoby uzyskiwania nowej prawdziwej wiedzy, jak i być dającym pewność sposobem oceniania nowotworzonej wiedzy (zob. Pietruska-Madej 1980). Konstruktywizm jest koncepcją formułowaną w opozycji wobec filozoficznego (lub epistemologicznego) racjonalizmu, fundamentalizmu epistemologicznego, esencjalizmu, realizmu, obiektywizmu i indywidualizmu poznawczego. Aby ograniczyć pole nieporozumień, przyjęte przeze mnie ogólne rozumienie owych poglądów podaję:
Filozoficzny racjonalizm: poglądy naukowe są wystarczająco wyznaczone przez jednoznaczne kryteria metodologiczne.
Fundamentalizm epistemologiczny: „istnieją pewne pierwotne akty poznawcze, będące źródłem wszelkiej wiedzy prawomocnej i absolutnej” (Hempoliński 1995:279).
Esencjalizm: poza obszarem naszych pojęć, uzgodnień, założeń istnieje istota obiektów bądź problemów.
Realizm: niezależnie od naszych form postrzegania świata, istnieją obiekty o specyficznych właściwościach (zob. uwagi na ten temat w: Zybertowicz 1995:88-9; 1997).
Obiektywizm: kształt (prawdziwej) wiedzy przesądzany jest przez przedmiot poznania, którego istnienie i właściwości są niezależne od podmiotu.
Indywidualizm: zasadnicze procesy wiedzotwórcze rozgrywają się na osi: przedmiot poznania – poznający podmiot jednostkowy.

Ten blok poglądów tworzy Obiektywistyczny Model Poznania (bliżej zob. Zybertowicz 1995:rozdz. II-IV). Model ten zakłada, że wiedza determinowana jest przez relacje rozgrywające się w planie wertykalnym: przedmiot-podmiot. Przedmiot jest tu od podmiotu „silniejszy” i wyznacza treści świadomości podmiotu – o ile ten ostatni w drodze do prawdy gotów jest odrzucić interesy, mity, ideologie, złudzenia etc. W odróżnieniu od tego ujęcia, konstruktywizm porzuca plan wertykalny i przyjmuje, że treści poznania wyznaczane są w obszarze relacji międzypodmiotowych, tj. w planie horyzontalnym. Horyzontalność procesów poznania oznacza m.in., że nie polega ono na odwzorowaniu jakiegoś rodzaju rzeczywistości poza-kulturowej, lecz jest (przede wszystkim [7]) grą wewnątrzkulturową – w tym dialogiem wewnątrz- i międzykulturowym (por. Wrzosek 1995). Dlatego też konstruktywizm odrzuca opozycję rzeczywistego, naturalnego wobec konwencjonalnego. Wszystkie dystynkcje, periodyzacje, rozróżnienia, kategoryzacje są elementami gier kulturowych i – jako takie – mają charakter konwencjonalny (co nie znaczy, że mogą być arbitralnie ustalane). A poddające się empirycznemu badaniu przez nauki społeczne, relacje międzyludzkie powodują, że proces dochodzenia do ustalonych poglądów naukowych podlega w istotnym zakresie okolicznościom przypadkowym (kontyngentnym) i uwarunkowaniom lokalnym.

W opozycji do obiektywizmu konstruktywizm twierdzi, że naukę – rozumianą zarówno jako zespół pewnych działań, jak i pojęciowych efektów tych działań – można (i należy) badać według tych samych zasad co pozostałe dziedziny kultury: tj. jako względnie uporządkowaną (zinstytucjonalizowaną) formę ludzkich działań wyznaczanych przez pewne zbiory reguł (zob. Bloor 1997). Podobnie jak w innych dziedzinach kultury, także w nauce te zbiory reguł interpretowane są elastycznie – tj. m.in. podatne są na uwarunkowania lokalne, w tym obyczajowe.

Ten wariant konstruktywizmu, którego gotów jestem bronić (szerzej zob. Zybertowicz 1995), jest socjologiczną koncepcją wiedzy, której teza kluczowa brzmi: wiedza jest instytucją społeczną (por. Bloor 1996; Law i Lodge 1984). Z tego – dość niewinnie brzmiącego spostrzeżenia – płyną dalekosiężne konsekwencje. Tutaj nakreślę jedną tylko ze ścieżek uzasadniania tej tezy oraz wyprowadzania z niej pewnych konsekwencji (jak dotąd tylko niektóre przełomowe konsekwencje tej tezy zostały uchwycone).

Uzasadnienie owej tezy wyprowadzane jest z – raczej prostego i skądinąd dobrze zakorzenionego w tradycji filozoficznej – spostrzeżenia, iż „wszystkie formy myślenia selekcjonują to, co jest obserwowalne i konstruują obserwacje na bazie tej selekcji” (Law i Lodge 1984:5). Jeśli spostrzeżenie to zaakceptujemy, musimy odrzucić tezy racjonalizmu i obiektywizmu gwarantujące możliwość istnienia obserwacji i obserwatora „znikąd”. Choć bowiem niekiedy (nie wypowiadam się tu o zakresie częstotliwości sugerowanej przez słowo „niekiedy”) uwikłania społeczne mogą „deformować” obserwacje, to z drugiej strony, ponieważ w świecie tak wiele może być zaobserwowane, jest absolutnie niezbędne, aby postrzeganie było ograniczone do niektórych tylko powiązań między danymi obserwowalnymi [8]. Potrzebne ograniczenia są automatycznie wytwarzane przez nasz udział w życiu społecznym: „wszelka obserwacja zależy od i byłaby niemożliwa bez społecznych uwikłań” (Law i Lodge 1984:4). David Bloor, jeden z fundatorów mocnego programu socjologii wiedzy, polemizując z racjonalizmem wskazuje, że „społeczeństwo bardziej nam poznawanie umożliwia niż utrudnia; rzeczywistość poznajemy poprzez społeczeństwo, nie wbrew niemu“. Jest tak, ponieważ jednym ze „wstępnych warunków poznawania i odnoszenia się do rzeczywistości poza-społecznej jest jakaś forma poznawania się i odnoszenia się ludzi do siebie wzajem” (Bloor 1996:853).

Nasza teza kluczowa oznacza m.in., iż „wszelka wiedza, włączając wiedzę naukową, jest konstytutywnie konwencjonalna. Innymi słowy jest konstruktem kulturowym” (Law i Lodge 1984:52; italiki oryginału). Co więcej, wiedza empiryczna nie może nie mieć konwencjonalnego charakteru.

Skoro konwencje są bytami sui generis społecznymi, wynika z tego, że dla dociekań nad poznaniem socjologia jest nauką niezbędną, jeśli nie najważniejszą [9]; penetracja planu horyzontalnego to przecież jej domena. Stąd m.in. wziął się zamysł mej książki Przemoc i poznanie: jeśli bowiem wiedzę wyznaczają stosunki międzyludzkie, a przemoc jest jedną z ważniejszych form regulacji tych stosunków, to winna odgrywać ona też istotną rolę w określaniu naszych działań poznawczych.

Zostawiając przemoc na boku i uogólniając, powiemy, że skoro w procesach poznawczych czynniki społeczne odgrywają rolę nie drugorzędną, ale niezbędnie konstytutywną, to i każda metodologia, która traktuje siebie jako zbiór zasad mających zwiększyć szanse sukcesu poznawczego, winna te czynniki wprowadzić do centrum swoich zainteresowań. I tak właśnie postąpił ten nurt szeroko rozumianego konstruktywizmu, który prowadzi empiryczne: etnograficzne, antropologiczne, mikrosocjologiczne i strukturalno-funkcjonalne badania procesów wytwarzania i dystrybucji wiedzy naukowej. Ten potężny już, przynajmniej ilościowo [10], kierunek badań zajmuje się rolą w procesach tworzenia wiedzy takich zjawisk społecznych jak: tradycja, autorytet, władza, zasoby, zaufanie, decydowanie, negocjacje, dyskryminacja, style myślowe, paradygmaty, perswazja, dominacja, interesy/cele badaczy (zob. np. Shapin 1995).

Skoro wiedza jest instytucją społeczną, to należy badać ją w ramach tego samego zasadniczego podejścia badawczego co wszelkie instytucje społeczne. Na przykład w koncepcji Luhmanna „Prawda to (…) ani nie problem korespondencji z rzeczywistością, ani kwestia racjonalnego porozumienia, lecz (…) zagadnienie redukcji złożoności. Interesuje go jedynie pytanie, jaką rolę pełni ‘prawda’ w rozwiązywaniu problemów zwiazanych z utrzymaniem stanu systemu i jakie są jej funkcjonalne ekwiwalenty? W luhmannowskiej teorii strukturalno-funkcjonalnej posiada ona taki sam status, jak władza, pieniądz, miłość, oddziaływanie, zaufanie” (Kaniowski 1981:98).

Zatem praktyki wiedzotwórcze należy traktować jako dziedzinę działań kulturowo zdeterminowanych, czyli wyznaczanych w swoim przebiegu przez poddające się standardowej, socjologicznej rekonstrukcji empirycznej zespoły reguł. Jeśli np. teorie naukowe są obiektami kulturowymi, pod istotnymi względami podobnymi np. do dzieł sztuki to, ze względu na to podobieństwo, mogą być badane w ramach takich samych wyjściowych założeń badawczych [11]. Jak często podkreślają przedstawiciele konstruktywizmu, badania empiryczne ukazują powszedni, ziemski (mundane), by nie rzec przyziemny, charakter nauki i aktywności badawczej: ujawniają to, że w nauce nie ma nic nadzwyczajnego, co czyniłoby poznanie naukowe przedsięwzięciem bardziej szlachetnym od budowy autostrad, zarządzania gminą lub produkcji konkursów telewizyjnych. We wszelkich sytuacjach, gdy wydaje nam się, że o sukcesie działań wiedzotwórczych rozstrzyga stosunek naszych hipotez do rzeczywistości, mamy do czynienia ze społecznie, kulturowo uregulowanymi (np. w sensie Kmity – zob. Banaszak i Kmita 1994) działaniami lub efektami wcześniejszych działań, które cechują się tym, że zostały skonwencjonalizowane i wdrukowane w nasze umysły jako reguły postrzegania (interpretowania) świata na tyle głęboko, by tworzyć wrażenie rzeczywistości przemawiającej własnym głosem.

Gdyby pozostać przy tradycyjnych sformułowaniach, konstruktywizm twierdzi, że w procesie rozwoju wiedzy naukowej to, co społeczne, jest nie mniej ważne od tego, co poznawcze (ew. ściśle poznawcze). W sformułowaniu bardziej radykalnym (i konsekwentnym – vide Luhmann) konstruktywizm twierdzi, że samo rozróżnienie w procesie tworzenia wiedzy naukowej na te dwa rodzaje czynników jest oparte na błędnej charakterystyce tego, co poznawcze (a także i tego, co społeczne – zob. Latour 1999). Poznanie pojęciowe bowiem – a tylko ono stanowi przedmiot naszej uwagi – nie może odbywać się poza warunkami społecznymi poznanie to strukturującymi (by użyć nieładnie brzmiącego po polsku terminu Anthony’ego Giddensa). Jest tak wbrew indywidualistycznym założeniom rzeczników powyższego rozróżnienia i zarazem obrońców zacności tego, co poznawcze (pojmowane jako racjonalne – w domyśle: sakralne) przed wpływem tego, co społeczne (tj. zanieczyszczające – w domyśle: pochodzące ze sfery profanum).

Desakralizacja wiedzy

Konstruktywizm bywa zawzięcie zwalczany, w tym poprzez konsekwentne ignorowanie jego ustaleń, stygmatyzację jako zarazy postmodernistycznej, bądź – w wersji nieco łagodniejszej, ale owocującej podobnym skutkami – określeniem jako nowinki [12]. W moim odczuciu, konstruktywizm budzi gniewne reakcje, gdyż kwestionuje on w działalności, ku której kieruje swoją uwagę, to czego ludzie zazwyczaj nie lubią, gdy jest czynione: podważania podstawowych uprawomocnień prowadzonej przez nich działalności (w tym wypadku określanej jako nauka).

Na gruncie obiektywizmu aktywność wiedzotwórcza jest traktowana jako z natury dobra, przydająca światu wartości społecznie pożądane. Choć nie wszyscy badacze dokonują ważnych odkryć, lecz pocieszają się, iż każdy, kto rzetelnie wiedzę gromadzi, może ufać, iż czyni coś społecznie pożytecznego – mówi bowiem JAK JEST. Nawet drobny przyczynek wzbogacający naszą wiedzę (konstruktywista uzupełni: wyobrażenia) o świecie (np. społecznym) jest traktowany jako działalność sensowna i dobra. Słowem: przedsięwzięcia wiedzotwórcze są zarazem dobrotwórcze – odsłaniają przed nami bowiem to, co zakryte.

Ku takiej sytuacji konstruktywista przychodzi i argumentuje, że działania wiedzotwórcze nie są same z siebie w żaden automatyczny, niezawodny sposób dobre. Dobre bywają tylko niekiedy, gdy spełnione są specjalne warunki, które nie tak łatwo rozeznać; w dodatku, jeśli w ogóle za dobre mogą być na gruncie jakiejś intersubiektywnej analizy uznane, to jedynie ze względu na pewne określone, zatem zazwyczaj właściwe tylko niektórym grupom społecznym, wartości. Słowem: konstruktywizm de-sakralizuje aktywność poznawczą. Z perspektywy konstruktywizmu uczony bowiem nie ujawnia faktycznej, obiektywnej natury rzeczywistości, ale ją współ-przyczynia, współ-konstruuje; nierzadko w sposób społecznie kontrowersyjny, owocujący rezultatami opłakanymi.

Wynika z tego potrzeba dodatakowego namysłu i troski, na co spora część badaczy nie ma najmniejszej ochoty. Chodzi o wysiłek uprawomocnienia wielu przedsięwzięć badawczych na gruncie obiektywizmu postrzeganych jako naturalne, samotłumaczące się. Wymaga to (jeśli przyjmiemy zasadność racjonalnej interpretacji tej sytuacji), posiadania jakiegoś przynajmniej szkicu teorii społecznej ukazującej uwikłanie danego procesu badawczego i jego rezultatów w życie społeczne.

To z kolei stawia, oczywiście, na porządku dziennym problem autonomii nauki. Wtedy podlega ona bowiem takiej samej ocenie społecznej (przeto i politycznej), jak reformowanie administracji, tworzenie prawa lub programów nauczania szkolnego. Konstruktywizm odbiera badaniom naukowym immunitet, który ofiarowuje im obiektywizm i związana z nim ideologia prawdy, neutralności, wolności od wartości etc. Konstruktywizm komfort moralny naukowców zamienia w sytuację wieloznaczną. Zatem jest i będzie zwalczany. Nieduże są szanse, by w najbliższym czasie stał się dominującym nurtem (tj. ideologią) w metodologii badań naukowych, w tym społecznych.

Biorąc rzecz abstrakcyjnie – tj. bez przyjęcia pewnych wcześniejszych ważnych ustaleń, w tym aksjologicznych – to, co o społeczeństwie mówi uczony (np. socjolog), nie jest bardziej prawomocne od tego, co mówią: polityk, gwiazda filmowa, biskup-intelektualista, fanatyk religijny lub obywatel wypowiadający się w sondzie ulicznej. Samo to, iż czyjeś wypowiedzi mają na swe wsparcie (tj. są uzasadniane przez) ciąg przeprowadzanych wcześniej, mniej lub bardziej wyrafinowanych metodologicznie badań, nie daje wypowiedziom tym automatycznie żadnej specjalnej wiarygodności. Taką wiarygodność możemy ewentualnie badaczowi przypisać, jeśli uzyskamy consensus wokół pewnych dodatkowych założeń – w tym aksjologicznych. Kłopot w tym, że przyjęcie owych założeń jest już posunięciem w grze w społeczeństwo, jest opowiedzeniem się za pewną formą ładu życia zbiorowego.

Liczni badacze, w tym ci koncentrujący się na sprawach metodologicznych, bardziej zafascynowani są próbami sprostania (okoliczność dość łatwa do socjologicznego wytłumaczenia) temu, co oni sami postrzegają jako metody „porządnych” nauk, aniżeli otwartym podjęciem gry w społeczeństwo. Nieświadomość bywa w życiu, także teoretyków socjologii, bardzo pomocna (por. Sojak 1996, 1998). Widać zatem, iż bardziej niż ewentualny cynizm badaczy interesuje mnie ich zagubienie – choć nie bawi mnie obserwacja ich popłochu, gdy stają w obliczu zagrożenia tego, co postrzegają jako sakralne (chętni bowiem traktują produkowaną przez siebie wiedzę jako owoc zaglądania w oczy BYTOWI samemu!).

Konstruktywizm o faktach naukowych (i o innych)

Konstruktywizm postrzega idee ateoretyczności, aideologiczności, neutralności lub czystej faktyczności jako wyraz jednej z ideologicznych perspektyw postrzegania nauki. Neutralność może być pożądana i jest możliwa, ale tylko w ramach dyskursu właściwego dla jakiejś wspólnoty komunikacyjnej i różnych (licznych!) przyjętych w ramach tego dyskursu założeń. W momencie wykroczenia poza te ramy, obiektywność i neutralność natychmiast rozwiewają się. Konstruktywizm nie wierzy w możliwość uzyskania uprzywilejowanego meta/języka, gwarantującego dostęp do rzeczywistości jeszcze na ludzki sposób nie pre-definiowanej. Maksimum tego, co na gruncie konstruktywizmu można osiągnąć, to „obiektywność” lokalna, zrelatywizowana do stosowanego schematu pojęciowego, przyjętych nie/świadomie zasad gromadzenia i interpretacji danych właściwych aktualnemu typowi dyskursu [13].

Konstruktywizm akceptuje koncepcję Kazimierza Ajdukiewicza z jego tekstu z r. 1934, który rzecznicy obiektywizmu najchętniej by zapomnieli. Ajdukiewicz uzasadnia tu twierdzenie, że: nie tylko niektóre, ale wszystkie sądy, które przyjmujemy i które tworzą nasz obraz świata, nie są jeszcze jednoznacznie wyznaczone przez dane doświadczenia, lecz zależą od wyboru aparatury pojęciowej, przy pomocy której odwzorujemy dane doświadczenia. Możemy jednak wybrać taką lub inną aparaturę pojęciową, przez co zmieni się cały nasz obraz świata. To znaczy: póki ktoś posługuje się pewną określoną aparaturą pojęciową, póty dane doświadczenia zmuszają go uznania pewnych sądów (Ajdukiewicz 1985:175, por. 180-1).

Odpowiedź na pytanie, od czego zależy NASZ „wybór” takiej lub innej aparatury pojęciowej może być udzielona przez socjologię, np. przez odwołanie się do tego, co wiemy o socjalizacji wtórnej – do grupy zawodowej. Póki uczestniczymy w pewnych praktykach społecznych, tak długo musimy posługiwać się aparaturami pojęciowymi „przymuszającymi” nas do takiego a nie innego sposobu doświadczania świata.

Ajdukiewicz rozważa argument przeciw jego koncepcji, wedle którego należy odróżniać zdania zdające sprawę z faktów od takich, które są tylko ich interpretacjami. Argument ten stwierdza, że gdy dana hipoteza popadnie w sprzeczność z jakąś interpretacją, można – przy nie zmienionych danych doświadczenia – hipotezę ową utrzymać. Gdy jednak zjawi się sprzeczność pomiędzy jakąś hipotezą, a pewnym zdaniem sprawozdawczym, to już nie można hipotezy ratować kosztem takiego zdania (tamże 1985:184). Ajdukiewicz na to odpowiada, że pewne zdanie jest zdaniem sprawozdawczym, jeśli empiryczne dyrektywy znaczeniowe jednego ze zwykłych języków potocznych przy pewnych danych doświadczenia wystarczają dla rozstrzygnięcia tego zdania. Natomiast pewne zdanie jest zdaniem interpretacyjnym, jeśli przy żadnych danych doświadczenia wszystkie dyrektywy znaczeniowe jednego ze zwykłych języków potocznych nie wystarczają do rozstrzygnięcia tego zdania, jednakże dzięki dołączeniu pewnych nowych dyrektyw znaczeniowych do dyrektyw znaczeniowych jednego z języków potocznych znajdą się dane doświadczenia, na podstawie których wzbogacone w ten sposób dyrektywy znaczeniowe „(…) prowadzą do rozstrzygnięcia tego zdania. Te dyrektywy znaczeniowe, które trzeba dołączyć, nazywa się wtedy konwencjami (…) Jeśli przyznaje się, że mimo nie zmienionych danych doświadczenia można się uwolnić od pewnych interpretacji zastępując pewną konwencję inną, trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że równie dobrze można uwolnić się od zdań sprawozdawczych przez zmianę dyrektyw znaczeniowych języka potocznego. Jedyna różnica pomiędzy zdaniami sprawozdawczymi a interpretacyjnymi polega więc na tym, że pierwsze są rozstrzygane w językach, w których wyrośliśmy, stworzonych bez naszego świadomego udziału, gdy drugie mogą być rozstrzygnięte dopiero w takich językach, przy których budowie braliśmy świadomy udział. Z tego to powodu dyrektywy znaczeniowe, pozwalające rozstrzygać zdania sprawozdawcze, na pierwszy rzut oka wydają się nietyklane, podczas gdy konwencje potrzebne do rozstrzygnięcia interpretacji, jako wprowadzone aktem naszej woli, zdają się podlegać odwołaniu na mocy naszej decyzji. (…) Nie widzimy żadnej istotnej różnicy między zdaniami sprawozdawczymi a interpretacjami. Sądzimy, że dane doświadczenia nie zmuszają nas do uznania ani jednych, ani drugich” (Ajdukiewicz 1985:1985-6).

Trzeba było około 40 lat i siły przebicia twórców mocnego programu socjologii wiedzy, by naszkicowane przez polskiego filozofa (empiryczne i w istocie socjologiczne! – jakże różne od metafizycznego) rozumienie faktyczności stało się efektywnym narzędziem badań z zakresu socjologii wiedzy penetrujących mechanizmy ustalania, uzgadniania i odwoływania faktów naukowych (zob. Fuchs 1992:45-53).

Ajdukiewicz wskazał na pochodność tzw. obiektywnych faktów względem „reguł interpretacji kulturowej” (termin Jerzego Kmity): bądź uformowanych spontanicznie (języki naturalne) bądź w znacznej mierze celowo (języki dyscyplin naukowych). Reguły te, to nic innego jak elementy konstytutywne rozmaitych społecznych instytucji.
Sfery świata społecznego, które względnie łatwo poddają się przeprowadzaniu przez nas wystandaryzowanych ścisłych testów (wg. aktualnie stosowanych i dostępnych metod) uznawane są:
a) za bardziej rzeczywiste – bo przecież tu mamy do czynienia z „twardymi” faktami;
b) za ważniejsze dla przebiegu wydarzeń w innych sferach tego świata – bo przecież zjawiska, które są rzeczywiste, na pewno silniej oddziaływają na inne zjawiska niż te, których faktyczny charakter może poddawany być w wątpliwość.

Definicja tego, czym są „twarde” fakty lub dane, współtworzy to, co jest uznawane za rzeczywiste lub nie, za ważne bądź nie. Pewne typy zjawisk badaniu ankietowemu lub/i laboratoryjnemu poddają się z trudem (np. korupcja) bądź wcale (np. zorganizowana przestępczość i działalność tajnych służb) [14]. Skoro zaś na ich temat nie ma twardych danych – uważają niektórzy – to zjawiska te są albo nierzeczywiste, albo drugorzędne. Tymczasem, dla konstruktywizmu „twardość” faktów czy danych pochodna jest według kulturowo uformowanych i sankcjonowanych reguł, w tym dyrektyw znaczeniowych, o których pisał Ajdukiewicz. Faktów „twardych” nie ma, są tylko społecznie „utwardzone”, tj. zinstytucjonalizowane. A instytucje – jak wiadomo – mogą ulec dekompozycji.

Jak „społeczne” tworzy „poznawcze”

Czołowi przedstawiciele empirycznych badań konstruktywistycznych, Harry Collins i Trevor Pinch (1998), rozważają dylemat: „skoro, w pewnych okolicznościach, naukowcy mogą myśleć rzeczy nie do pomyślenia, co powstrzymuje ich od takiego myślenia przez większość czasu? Jeżeli odpowiedzi nie udziela niezłomna Natura – a w całej książce sugerujemy, że Natura nakłada znacznie mniej ograniczeń, niż nam się na ogół wydaje – to trzeba jej szukać w kulturze naukowej” (s. 206).
Bazując na analizie sporej liczby przypadków tworzenia wiedzy naukowej o zjawiskach istotnie nowych, tj. takich dla opisu i wyjaśnienia których nie posiadamy jeszcze zestandaryzowanych narzędzi technicznych i pojęciowych, formułują takie m.in. zasady produkcji wiedzy naukowej:
– „Znaczenie wyników doświadczenia nie zależy (…) jedynie od staranności, z jaką je zaplanowano i wykonano; zależy od tego, w co ludzie gotowi są uwierzyć” (s. 74).
– „Wybór odpowiedniego opisu doświadczenia w celu przekonania innych osób wymaga (…) zarówno umiejętności retorycznych, jak i naukowych” (s. 149).
– Prawdy naukowe nie są przyjmowane „pod naciskiem niezaprzeczalnej logiki jakichkolwiek kluczowych eksperymentów“, lecz ustanawiane na mocy decyzji pouczających nas, „jak powinniśmy wieść nasze naukowe życie i jak uprawomocniać nasze naukowe obserwacje“, ustanawiane „na mocy zgody, poprzez akceptację rzeczy nowych” (s. 91).
– Ważnym elementem strategii dążącej do uznania pewnych wyników badań jest przekonanie kolegów z branży, by traktowali danego badacza poważnie i choćby zadali sobie trud sprawdzenia wyników jego badań (s. 146-7).
– „Sprawozdanie z wyników doświadczenia samo w sobie nie wystarczy, by uwiarygodnić jakieś niezwykłe twierdzenie. Jeśli inni uczeni mają się odnieść doń dostatecznie poważnie, by choćby próbować je obalić, musi ono zostać zaprezentowane bardzo jasno i pomysłowo” (s. 162).
– „żaden eksperyment sam w sobie nie jest rozstrzygający, a zdeterminowany krytyk zawsze znajdzie dziurę w całym” (s. 201). Na szczęście (dla pomyślności takiej instytucji jak nauka) wielu badaczy ma tak silną pozycję, że nawet jeśli znajdują się tacy poszukiwacze dziur w „porządnie” przeprowadzonych eksperymentach, to ich głos jest przemilczany.
– Choć ściśle poza-poznawczych technik rozwiązywania lub zamykania sporów naukowych (np. nieprzedłużenie kontraktu jakiegoś badacza jako nierokującego perspektyw rozwoju) nie uznaje się zazwyczaj za działalność naukową, to bez nich nie sposób uprawiać badań w obszarze nauki kontrowersyjnej (m.in. uchylać groźbę eksprymentalnego regressus ad infinitum) (s. 163).
– „Kontrowersje naukowe mają to do siebie, że skupiają uwagę uczestników i obserwatorów na kompetencjach protagonistów. (…) w miarę zaogniania się sporu kwestionowane są umiejętności i kompetencje niezbędne do przeprowadzenia tego [danego] rodzaju obserwacji” Powoduje to, że „nauka zaczyna bardziej przypominać inne, zależne od poziomu kwalifikacji, dziedziny życia w powszednim świecie biur i urzędów” (s. 171-3).
– „Nie sposób oddzielić materii faktów od umiejętności naukowca, który je współtworzy” (s. 174).
– „ocena testu, który ma weryfikować teorię, nie zawsze jest sprawą prostą. To nie tylko kwestia (…) badań i porównania teoretycznych przewidywań z wynikami doświadczeń. Zawsze w grę wchodzi interpretacja” (s. 198-9).

Wspomiane przez Collinsa i Pincha poważne traktowanie badacza przez kolegów, zależy m.in. od tego, czy jest się uznawanym za swojego. Autentyczny cytat z recenzji wniosku o grant złożony do KBN: „autor projektu jest bardzo aktywny, ale mało znany w środowisku”. Jest na to rada. Dla przykładu, jedna z gwiazd polskiej socjologii od samego początku swej kariery publikowała jedynie recenzje książek osób mających od niej aktualnie silniejszą pozycję instytucjonalną; zresztą zazwyczaj w okresie gdy osoby te opiniowały kolejne wnioski o stopnie i tytuły akademickie obecnej gwiazdy.

Czym ktoś ma silniejszą pozycję instytucjonalną (wpływ na wydawnictwa, awanse, nagrody, rozdział środków), czym ważniejszą jest osobistością, tym trudniej ignorować jego koncepcje (por. s. 168). Ale osoby, które uzyskały już kluczowe pozycje instytucjonalne, rzadko znajdują czas na pracę twórczą i jeśli w ogóle publikują, to zazwyczaj w ramach tzw. nauki normalnej. Innymi słowy: ktoś, kto w razie wypowiadania odkrywczych, przeto zazwyczaj kontrowersyjnych, myśli mógłby liczyć na uwagę środowiska badawczego, rzadko ma czas i siły niezbędne dla poczynania odkryć. Stosowanym w nauce instytucjonalnym wyjściem z tego paradoksu jest patronat (por. Turner 1990).

Jedną z konsekwencji konstruktywizmu jest redefinicja tradycyjnych konturów wyznaczających granice dyscyplin i subdyscyplin badawczych (vide np. studia nad procesami medykalizacji bazujące zarówno na wiedzy biologicznej, socjologicznej i prawnej – zob. Zybertowicz 1995:333-42). Rodzi to znane kłopoty z instynktem terytorializmu. Przyjęte przez nas (zazwyczaj nieświadomie) reguły wyznaczające pewne sposoby obróbki informacji za bardziej wartościowe (wiarygodne, wystandaryzowane, precyzyjniejsze, głębsze etc.) (współ)wyznaczają nasze ogólne, zazwyczaj quasi-teoretyczne wizje świata, (współ)wyznaczają nasze hierarchie wartości – nie tylko poznawczych.

Podsumujmy: konstruowanie przebiega na wszystkich poziomach: tworzenia podstawowych kategorii i rozróżnień, uznawania danych informacji (bądź informatorów) za nie/wiarygodnych, uznawania danych procedur weryfikacji za nie/prawidłowe, uznawania danych stanów rzeczy za faktyczne/fikcyjne. Przebiega na poziomie „organizowania” uprawomacniających strategii badawczych (np. przez wyżej cenione publikacje zagraniczne), tworzenia wspólnot badawczych (sojuszników i nie-groźnych, pozwalających uzyskać rozgłos, przeciwników), na konstruowaniu audytoriów, tworzeniu aury naukowości i fachowości wokół wybranych projektów badawczych. Etc.

Jako badacze, chcąc lub nie, przyznając się do tego lub nie, bierzemy udział w społecznej grze. Jeśli się do tego przyznamy, może bardziej będziemy skłonni do ujawniania sposobów naszej produkcji wiedzy (co postulują niektórzy postmodernistycznie zorientowani myśliciele). W tym celu potrzebne są empiryczne, socjologiczne studia konstruktywistyczne nad przedsięwzięciami badawczymi samych socjologów. Nie wydaje się to być zadaniem szczególnie trudnym poznawczo, ale może być dość niebezpieczne zawodowo.

Przypisy

[1]
Jest to poprawiona wersja referatu wygłoszonego w na zorganizowanej w 1998 r. przez Zakład Metodologii Badań Socjologicznych Instytutu Socjologii UW konferencji “Nowe idee w metodologii”. Uczestnikom dyskusji oraz Radkowi Sojakowi dziękuję za uwagi.

[2]
Relacjonuję za streszczeniem rozesłanym przed wystąpieniem.

[3]
Myśliciele nastawieni pokojowo powiedzą, że poznanie jest wewnątrzkulturowym dialogiem, ci mniej romantycznie, że jest rozgrywką lub walką.

[4]
Mógłby on blisko nawiązywać do koncepcji przedstawionej w Ontologii socjalizmu Jadwigi Staniszkis (1989).

[5]
Argumenty na rzecz tej tezy przedstawiają prace Zybertowicza (1993, 1997, 1998) oraz Łoś i Zybertowicza (1997, 1999, w druku). O przyjmowanym tu pojmowaniu tego, co rzeczywiste zob. niżej – p. 4 oraz Zybertowicz 1995:zwł. rozdz. V.

[6]
Tak zdają się uważać niektórzy krytycy konstruktywizmu eksperci-ze-słyszenia

[7]
A w radykalnej wersji konstruktywizmu Niklasa Luhmanna – wyłącznie – zob. Luhamnn 1990; por. Taschwer 1996 – ten ostatni tekst pochodzi z tomu czasopisma, w którym zamieszczono duży blok opracowań poświęcony stosunkowi Science and Technology Studies do koncepcji Luhmanna – które to dwa nurty, rozwijając się niezależnie od siebie, doszły do wielu podobnych ustaleń.

[8]
Ogólną teorię społeczeństwa (i wiedzy), której jednym z podstawowych założeń jest formuła o konieczności redukcji (poznawczej i praktycznej) złożoności otoczenia, w jakim operuje dany system, budował przez wiele lat Luhmann (np. 1995; wczesne polskie omówienie tej koncepcji – Kaniowski 1981).

[9]
Myśl taką, choć do dziś w istocie niewyeksplorowaną, znajdujemy u Richarda Rorty’ego (1994:202).

[10]
Zob. bibliografie zamieszczone w: Mocny program… 1993:441-56; Mulkey 1980; Ward 1996; Jasanoff et al. 1995 – w tej ostatniej pozycji bibliografia liczy kilkaset stron.

[11]
Na naszym gruncie – jeśli pominiemy Ajdukiewicza i Ludwika Flecka – badaczem, który jako jeden z pierwszych konsekwentnie rozwijał taki sposób podejścia do poznania naukowego, jest Jerzy Kmita – np. Kmita 1976, 1978, 1982, 1985, 1985a; Banaszak i Kmita 1994; por. Mokrzycki 1980, 1990.

[12]
Pomijam żenujące przykłady niewiedzy o badaniach konstruktywistycznych idące w parze z silną asercją negatywnych poglądów na ich temat – zob. dyskusję o mocnym progamie socjologii wiedzy zamieszczoną w Brulionach Filozoficznych, t. 1, z. 2, 1995, 113-50, zwł. 138-9.

[13]
Nawiązuję w tym miejscu do koncepcji realizmu wewnętrznego Hilarego Putnama (1998).

[14]
Zob. pionierskie studium Gary T.Marxa (1984), amerykańskiego socjologa od lat penetetrującego zakulisowe wymiary życia społecznego.

Literatura

Ajdukiewicz, Kazimierz. 1985/1934. „Obraz świata i apartura pojęciowa“, w: tenże, Język i poznanie, Warszawa: PWN, 175-95.

Amsterdamska, Olga. 1992. „Odmiany konstruktywizmu w socjologii nauki“, w: Józef Niżnik (red.), Pogranicza epistemologii, Warszawa: PAN IFiS, 136-54.

Banaszak, Grzegorz i Jerzy Kmita. 1994. Społeczno-regulacyjna teoria kultury, Warszawa: Instytut Kultury.

Bloor, David. 1996. „Idealism and the Sociology of Knowledge“, Social Studies of Science, Vol. 26, 839-56.

Bloor, David. 1997. Wittgenstein, Rules and Institutions, London: Routledge.

Collins, Harry. 1983. „The Sociology of Scientific Knowledge: Studies of Contemporary Science“, Annual Review of Sociology, vol. 9, 265-85.

Collins, Harry. 1985. Changing Order. Replication and Induction in Scientific Practice, London: Sage.

Collins, Harry i Trevor Pinch. 1998. Golem, czyli co trzeba wiedzieć o nauce, Warszawa: Wydawnictwo CiS.

Domański, Henryk. 1998. Nieopublikowany mps referatu.

Fuchs, Stephan. 1992. The Professional Quest for Truth: A Social Theory of Science and Knowledge, Albany: SUNY Press.

Giza-Poleszczuk, Anna. 1990. „Teoria a badanie empiryczne. Parę uwag o ich związku w orientacjach współczesnej socjologii“, w: A.Giza-Poleszczuk,
Edmund Mokrzycki (red.), Teoria i praktyka socjologii empirycznej, Warszawa: PAN IFiS, 33-55.

Hempoliński, Michał. 1995. „Czy możliwa jest epistemologia niefundamentalistyczna?“, w: Andrzej Szahaj (red.), Między pragmatyzmem a postmodernizmem, Toruń: UMK, 277-90.

Jasanoff, Sheila, Gerald E.Markle, James C.Peterson, Trevor Pinch (red.), Handbook of Science and Technology Studies, Thousand Oaks: SAGE Publications.

Kaniowski, Andrzej M. 1981. „Sprzeczności metodologiczne i implikacje polityczne teorii systemowej N.Luhmanna“, Studia Nauk Politycznych, nr 5, 87-107.

Kmita, Jerzy. 1976. Szkice z teorii poznania naukowego, Warszawa: PWN.

Kmita, Jerzy. 1978. „Prawda zwycięża nie bez oręża“, Nurt, nr 2, 14-5.

Kmita, Jerzy. 1982. O kulturze symbolicznej, Warszawa: Centralny Ośrodek Metodyki Upowszechniana Kultury.

Kmita, Jerzy. 1985. „Epistemologia w oczach kulturoznawcy“, Studia Filozoficzne, nr 4, 17-36.

Kmita, Jerzy. 1985a. Kultura i poznanie, Warszawa: PWN.

Latour, Bruno. 1999. Pandora’s Hope: Essays on the Reality of Science Studies, Cambridge, MA: Harvard University Press.

Law, John i Peter Lodge. 1984. Science for Social Scientists, London: Macmillan.

Luhmann, Niklas. 1990. „The Cognitive Program of Constructivism and a Reality that Remains Unknown“, w: Wolfgang Krohn, Günter Küppers i Helga Nowotny (red.), Selforganization: Portrait of a Scientific Revolution, Dordrech: Kluwer.

Luhamnn, Niklas. 1995. Social Systems, Standford: Stanford Universisty Press (wyd. org. 1984).

Łoś, Maria i Andrzej Zybertowicz. 1997. „Covert Action: The Missing Link in Explanations of the Rise and Demise of the Soviet Bloc“, Periphery: Journal of Polish Affairs, vol. 3, No. 1-2, 16-20.

Łoś, Maria i Andrzej Zybertowicz. W druku. Privatizing the Police-State: The Case of Poland, Macmillan.

MacKenzie, Donald A. 1981. Statistics in Britain 1865 – 1930: The Social Construction of Scientific Knowledge, Edinburgh: Edinburgh University Press.

Marx, Gary T. 1984. „Notes on the Discovery, Collection, and Assessment of Hidden and Dirty Data“, w: J.Schneider i J.Kitsuse (red.) Studies in the Sociology of Social Problems, Ablex Publishing Company.

Mocny program socjologii wiedzy. 1993. Wybór Barry Barnes i David Bloor, wstęp do wyd. polskiego Edmund Mokrzycki, Warszawa IFiS PAN.

Mokrzycki, Edmund. 1980. Filozofia nauki a socjologia, Warszawa: PWN.

Mokrzycki, Edmund. 1990. Socjologia w filozoficznym kontekście, Warszawa: IFiS PAN.

Mulkay, Michael. 1990. „Sociology of Science in the West“, Current Sociology, vol. 28, nr 3, Winter, 1-184.

Mulkay, Michael. 1997. The embryo resarch debate: Science and the politics of reproduction, Cambridge: Cambridge University Press.

Nowotny, Helga. 1990. „Actor-Networks versus Science as Self-Organizing System: a Comparative View of Two Constructive Approaches“, w: Wolfgang

Krohn, Günter Küppers i H.Nowotny (red.), Selforganization: Portrait of a Scientific Revolution, Dordrecht: Kluwer, 223-39.

Pietruska-Madej, Elżbieta. 1980. Klasyczny ideał naukowej metody a metodologia dziś, Człowiek i Światopogląd, nr 9, 67-84.

Putnam, Hilary. 1998. „W obronie realizmu wewnętrznego“, w: tenże, Wiele twarzy realizmu i inne eseje, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, 431-50.

Rorty, Richard. 1994. Filozofia a zwierciadło natury, Warszawa: Wydawnictwo SPACJA – Fundacja Aletheia.

Shapin, Steven. 1995. „HERE AND EVERYWHERE: Sociology of Scientific Knowledge“, Annual Review of Sociology, Vol. 21, 289-321.

Sojak, Radosław. 1996. „Socjologia wiedzy chce pozostać nieświadoma“, Studia Socjologiczne, nr 4, 25-50.

Sojak, Radosław. 1998. „Wyważanie drzwi uchylonych” (rec.: S.Kapralski, „Wartości a poznanie socjologiczne”, Kraków 1995; R.M.Machnikowski, „Koncepcja socjologii wiedzy Karla Mannheima we współczesnej socjologii anglo-amerykańskiej“, Łódź 1996; A.Manterys, „Wielość rzeczywistości w teoriach socjologicznych“, Warszawa 1997), Studia Socjologiczne, nr 1, 137-53.

Staniszkis, Jadwiga. 1989. Ontologia socjalizmu, Warszawa: Wydawnictwo In Plus.

Szahaj, Andrzej. 1995. „O tzw. mocnym programie socjologii wiedzy szkoły edynburskiejKultura Współczesna, nr 1-2, 53-67.

Szahaj, Andrzej. 1996. Ironia i miłość. Neopragmatyzm Richarda Rorty’ego w kontekście sporu o postmodernizm, Wrocław: Fundacja na Rzecz Nauki Polskiej.

Taschwer, Klaus. 1996. „Science as System vs. Science as Practive: Luhmann’s Sociology of Science and Recent Approaches in Science and Technology Studies – a Fragmentary Confrontation“, Social Science Information, vol. 35, nr 2, 215-32.

Turner, Stephen P. 1990. „Forms of Patronage“, w: Susan E.Cozzens i Thomas F.Gieryn (red.), Theories of Science in Society, Bloomington: Indiana University Press, 185-211.

Ward, Steven C. 1996. Reconfiguring Truth: Postmodernism, Science Studies, and the Search for a New Model of Knowledge, Lanham: Rowman & Littlefield Publishers.

Wrzosek, Wojciech. 1995. Historia – kultura – metafora, Wrocław: Fundacja na Rzecz Nauki Polskiej.

Zybertowicz, Andrzej. 1995. Przemoc i poznanie: studium z nie-klasycznej socjologii wiedzy, Toruń: UMK.

Zybertowicz, Andrzej. 1997. „Badacz w labiryncie: uwagi o koncepcji Franklina R.Ankersmita“, w: Ewa Domańska (red.), Historia: o jeden świat za daleko?, Poznań: Instytut Historii UAM, 37-55.

Zybertowicz, Andrzej. 1997a. Wypowiedź w dyskusji “Czy policja tworzy historę?”, Res Publica Nowa, nr 1-2, 47-8.

Zybertowicz, Andrzej. 1997b. „Niewidoczna władza: komunistyczne państwo policyjne w Polsce lat osiemdziesiątych“, w: Roman Backer i Piotr Hübner (red.), Skryte oblicze systemu komunistycznego, Warszawa: Wydawnictwo DiG, 153-92, 244-47.

Zybertowicz, Andrzej. 1998. „Sztuka zapominania: państwo policyjne jako nierzeczywistość“, w: Wojciech Wrzosek (red.), Świat historii, Poznań: Instytut Historii UAM, 429-39.

——————————————————————————————–
Materiał udostępniany na zasadach licencji
Creative Commons 2.5 Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne

——————————————————————————————–

Comments are closed.