Kultura i Historia nr 14/2008

J.Bard
Alexander Bard, zdjęcie oryg:leafar, CC BY-SA

Alexander Bard w przeszłości współtworzył legendarny gejowski zespół Army of Lovers, uczynił ze Szwecji potęgę w świecie muzyki popowej, występował jako drag queen i walczył z AIDS. Obecnie pisze książki filozoficzne, propaguje Zoroastrianizm i gra w elektro-popowym trio Bodies Without Organs. Z Aleksandrem rozmawialiśmy we wrocławskim pensjonacie im. Jana Pawła II. Na chwilę przed tym, jak w krótkich spodenkach wygłosił referat w barokowej Auli Leopoldinie.

Mirek Filiciak, Alek Tarkowski: Twoja biografia jest tak urozmaicona, że właściwie nie wiemy, jak Cię traktować. Jesteś obecnie bardziej filozofem, muzykiem, a może konsultantem biznesowym? Pod koniec kwietnia byłeś w Polsce z wykładem jako autor książki o najnowszych przemianach społecznych, ale niedługo przyjedziesz tu koncertować z popowym zespołem Bodies Without Organs. Czy taki styl życia – czyli w zasadzie brak jednego stylu życia – to jakiś nowy wzór funkcjonowania, właściwy naszym czasom?

Alexander Bard: Żyjemy w czasach zmiany, więc również wielkich eksperymentów. Ja sam budzę się rano, piję kawę, a później staram się zrobić coś, żeby dzień był przyjemny. Nigdy nie robię wielkich planów. I myślę, że większość kreatywnych ludzi dzisiaj podobnie jak ja robi równocześnie wiele różnych rzeczy. Przynajmniej jedna z nich pozwala im zarobić na utrzymanie, ale robią wszystko przede wszystkim dla zabawy. Nie twierdzę, że pieniądze w ogóle nie są ważne, ale istnieją stany pośrednie pomiędzy całkowitym brakiem pieniędzy i posiadaniem dużych pieniędzy. Każdy nadal oczekuje jakiegoś standardu życia – mieszkania, komputera, jedzenia i telefonu komórkowego? Ale to już nie kapitalizm, w którym chodziło o bycie jak najbogatszym. Dziś raczej chodzi o to, żeby wymyślić własny sposób na życie i być twórczym. To zapewnia znacznie wyższy status niż bogactwo.

Czyli jesteś – jak nazywasz to w swojej książce Netokracja – netokratą, przedstawicielem elity w nowym świecie, gdzie kreatywność i dostęp do informacji liczy się bardziej, niż kapitał?

Mam dostęp do internetu od 1987. Byłem jednym z pionierów, korzystających z wielkich komputerów uniwersyteckich. Nie było z kim za bardzo rozmawiać, ale i tak to uwielbiałem. Zachwycił mnie pomysł, że każdy mógłby mieć komputer, a wszystkie byłyby połączone. Już w latach 80-tych było całkowicie logiczne, że to się wydarzy. I tak też się stało, wszystkie komputery połączyły się w jeden wielki, czyli internet. A wszystkie fundamentalne zmiany społeczne zachodzą pod wpływem technologii. Przez ostatnie 400 lat żyliśmy w świecie ukształtowanym przez prasę drukarską, jednak od lat 80-tych to się zmienia. Stąd wzięła się teoria netokracji.

Obserwatorzy zmian związanych z popularyzacją internetu z reguły koncentrują się na jego potencjale demokratyzującym, na ułatwieniu dostępu do informacji. Mówi się, że informacja ma być wolna, coraz więcej osób dzieli się wiedzą w Wikipedii. Ty w swojej książce i podczas wykładów podkreślasz, że wiedza jest zbyt cenna, by ją rozdawać, że należy się nią wymieniać raczej w zamkniętych sieciach.

To Rousseau powiedział, że wiedza powinna być darmowa. Nienawidzę Rousseau – był najgorszym z filozofów, romantykiem, który mówił rzeczy, jakie wszyscy mniej uprzywilejowani od niego chcieli usłyszeć. Dlaczego informacja ma być za darmo, kto tak powiedział? Jeśli coś wiem, to prawdopodobnie będę się chciał nią z kimś podzielić. Ale innym mogę chcieć tę samą wiedzę sprzedać. A mogę kontrolować informację tylko tak długo, jak długo jestem jednym, który ją posiada. Oczywiście są przykłady bezpłatnej wymiany wiedzy, jak Wikipedia. Sam jestem Wikipedystą i piszę do niej hasła, ale to wiedza którą możesz znaleźć gdzie indziej, zebranie jej w jednym miejscu jest po prostu wygodne. Wyprodukowanie dobrej treści nie jest tanie. A informacja nie jest wolna i nie widzę powodu, dla którego miałaby być.

Wolność informacji to także czołowy argument coraz lepiej organizujących się piratów, którzy często sięgają po argumenty ideologiczne, odwołując się do walki z bezdusznym biznesem i skostniałym systemem prawa autorskiego. Szwecja stała się w ostatnim czasie pirackim gniazdem – tam powstała pierwsza na świecie partia piracka, stamtąd nadaje piracki serwer Pirate Bay.

Piraci to nieznośni hipokryci. Twórcy Pirate Bay prezentują się jako futurystyczni działacze polityczni, a tymczasem to ludzie, którzy zarabiają pieniądze na wyświetlanych w serwisie reklamach. Jestem pragmatyczny i wiem, że jeśli ludzie chcą wymieniać się muzyką za darmo z przyjaciółmi, lub zyskiwać przyjaciół wymieniając się z innymi, to niech tak robią. Nie mogę ich powstrzymać. Mamy do czynienia z sytuacją, w której nowa technologia wymusza na nas nowy sposób patrzenia na te sprawy. Natomiast nienawidzę złodziei, którzy nielegalnie odsprzedają moją muzykę lub zarabiają przy okazji na reklamach, jak to robi Pirate Bay. Nie zgadzam się też, że dla piractwa nie ma legalnej alternatywy.

Wspomniałeś o swojej muzyce. W latach 90-ych, przed napisaniem Netokracji, założyłeś Army of Lovers. Wcześniej byłeś działaczem gejowskim walczącym z AIDS. Czy jedno z drugim ma związek?

Każdy gej dorastający w latach 90-tych pamięta Army of Lovers jako jedną z rzeczy, które wywarły istotny wpływ na ich życie. Bawiliśmy z użyciem czarnego humoru, który traktowaliśmy jako broń, jako sposób radzenia sobie z problemami – tak jak robią to Żydzi. Walką z AIDS zająłem się w latach 80-ych po tym, jak zmarło na tę chorobę siedmiu moich przyjaciół. Mówiłem publicznie o AIDS, co wówczas było szokujące nawet w kraju tak tolerancyjnym jak Szwecja. Wyzwolenie gejowskie pozornie miało już wtedy miejsce, ale pod powierzchnią kłębiły się uprzedzenia. AIDS pokazało wtedy wszystkim ile jeszcze jest do zrobienia. AIDS był dla gejów Holokaustem i jedyni ludzie, którzy potrafili wówczas zrozumieć, przez co przechodziłem, to starzy Żydzi. A więc ludzie, którzy przeszli przez obozy w Europie Wschodniej, którzy stracili wszystkich znajomych i całe rodziny, którzy nie mogli nawet powrócić do miejsc z dzieciństwa.

AIDS i Holokaust nie do końca pasują do wyuzdanego stylu Army of Lovers.

Pewnego dnia stwierdziłem, że pora zamknąć w szafie garnitury z pogrzebów. To wówczas założyłem Army of Lovers. Naszym największym hitem była piosenka “Crucified”. Była hitem numer jeden w 29 krajach nie dzięki MTV, ale klubom gejowskim. To piosenka, która sięga po figurę Chrystusa oraz całą chrześcijańską mitologię opartą na ofierze, ale ją odwraca i umieszcza na krzyżu geja. “Ukrzyżowany / ukrzyżowany / jak mój zbawca”. To właśnie przyklad czarnego gejowskiego humoru odwołującego się do żydowskich tradycji. To hymn o ukrzyżowanym geju z dziewczynami o dużych biustach w tle, tak dla zabawy. Istnieje wiele gejowskich hymnów, takich jak “It’s a sin” Pet Shop Boys czy “Vogue” Madonny. Ale “Crucified” z nich wszytkich jest najbardziej polityczny. Ta piosenka to gejowskie “Blowing in the Wind” Boba Dylana.

Twój nowy zespół, Bodies Without Organs (BWO) jest popularny zwłaszcza w Europie Wschodniej. Czy nie chciałeś wykorzystać tej popularności, patrząc jak parady gejowskie są zakazywane w Polsce, Rosji czy na Łotwie?

Nie spodziewałem się nigdy, że będę musiał nagrać kolejne “Crucified”. Myślałem, że problemy gejów zostały rozwiązane. Ale wydarzenia w Polsce i w innych krajach regionu pokazują, że niektórzy mają strasznie twarde głowy. Mamy rok 2007, a wewnątrz Unii Europejskiej zakazuje się parad gejowskich. Uważam, że wolno nienawidzić kogo się chce, ale tworzenie praw otwarcie dyskryminujących ludzi jest niedopuszczalne. Naszą reakcją jest piosenka “Save My Pride”. Śpiewamy, że miłość do ukochanej osoby jest najważniejszą rzeczą, o którą można walczyć.

I znów walczycie o prawa gejów prostą piosenką popową?

Dotykamy spraw osobistych, a jednocześnie bardzo politycznych. W BWO chcemy śpiewać o związkach międzyludzkich nie dotykając kwestii płci czy preferencji seksualnych. Nasze teksty są neutralne płciowo, nie ma w nich “niej”, nie ma też “jego”. Piosenki mężczyzn śpiewających dla kobiet brzmią dla mnie strasznie przestarzale. To jedno z wielu tabu, które przełamujemy. Zresztą zawsze uwielbiałem łamać tabu. Army of Lovers oznajmiło swego czasu, że nie śpiewamy na własnych nagraniach. Tak naprawdę śpiewaliśmy, ale chcieliśmy zmienić skostniałe reguły przemysłu rozrywkowego. Dziś wciąż uważa się, że 40-latkowie nagrywają tylko dla 40-latków, nawiązując ciągle do Dylana. I że 18-latki śpiewają głupawe piosenki popowe z naiwnymi tekstami, które trafią do gustu 12-latkom. Na przekór temu my nagrywamy inteligentny pop. W BWO 40-latek nagrywa razem z 20-latkami, Abba spotyka się z Kraftwerkiem, a kolejne tabu zostaje przełamane.

Niedługo polska publiczność będzie mogła się o tym przekonać podczas koncertów BWO. Ale do naszej części Europy przyjeżdżasz też czasem w zupełnie innymi charakterze?

Tak, ostatnio pomagałem tworzyć nowy wizerunek Tallina. Zaproponowałem, by było to miasto hanzeatyckie. Co zabawne, w Hanzie było wiele miast, ale jak dotąd żadne z nich nie wykorzystało tego na użytek swojego wizerunku. Tymczasem w internecie wiele osób gra na przykład w gry historyczne z tej epoki. Tallin może stać się dla tych graczy stolicą świata i turystyczną Mekką. Można wykreować punkty na mapie, do których pewni ludzie po prostu będą musieli pojechać.

Czyli na przemianach związanych z globalizacją i rozwojem technologii może skorzystać także Polska? Wydaje się, że raczej tracimy – coraz więcej spośród najlepiej wykształconych młodych ludzi na miejsce swojej przyszłej kariery wybiera metropolie Europy Zachodniej.

Macie problem z homogenicznością. Brak zróżnicowania nie sprzyja innowacyjności. Polacy mają też problem ze swoją tożsamością i nie chodzi tylko o spuściznę po komunizmie. Szwecja i inne kraje skandynawskie zawsze miały tylko jednego wroga, od którego starały się odróżnić: Rosję. Więc stworzyliśmy prozachodnią kulturę, która mówi o nas: “Nie jesteśmy Rosjanami!”. Wy nie chcecie być Rosjanami, ale nie chcecie też być Niemcami. Więc kim? Niemcy nie są katolikami, Rosjanie też nie – zostańmy katolikami! Religia jest dla Was podstawowym źródłem tożsamości. Ale Jan Paweł II już nie żyje! Powinniście iść w innym kierunku, rozwijajcie miasta na bazie modelu “wielki uniwersytet i dużo łatwo dostępnej technologii”. To wystarczy – zarówno ekonomicznie, jak i kulturowo. Wielkie zachodnie miasta wcale nie muszą być najlepszym miejscem do życia. Przecież w Londynie 3 godziny dziennie marnuje się na przejazdy. A Polska wciąż ma na świecie doskonałą markę jeśli chodzi o film czy literaturę. Nie jesteście więc skazani na porażkę. Musicie tylko wykorzystać swoje atuty!

Wywiad pierwotnie ukazał się na łamach blogu Kultura 2.0

——————————————————————————————–
Materiał udostępniany na zasadach licencji

Creative Commons 2.5
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne
-Na tych samych warunkach 2.5 Polska

——————————————————————————————–

Comments are closed.