Agnieszka Caban, Koniec wędrówki – specyfika okresu osiedlania wędrownych Romów w Polsce po 1952 roku.

Cyganie/Romowie są ludem koczowniczym, przybyłym z północno-zachodnich Indii. Przeszłość tego narodu kryje wiele tajemnic. Przez długi czas nic o Cyganach nie wiedziano, o tym skąd pochodzą oraz jaki kraj reprezentują. Obecnie są w prawie każdym zakątku świata. Jednak zasadniczym aktem ich wędrówki było przybycie przez Bliski Wschód do Europy, co jest jednym z najważniejszych i niepodważalnych faktów w ich historii. Od swojego pierwszego pojawienia się w Europie Cyganie wędrują po jej krajach. Dopiero w XX wieku rozpoczęła się akcja mająca na celu przymuszenie ich do zmiany tradycyjnego, wędrownego trybu życia. W większości krajów, gdzie została podjęta, osiągnęła skutek. Nie była to pierwsza próba osiedlania wędrujących Cyganów, jednak dopiero ta, na tak dużą skalę, zakończyła się powodzeniem.

Cyganie w wyobrażeniach większości niecygańskiego społeczeństwa odwiecznie utożsamiani są z wędrówką, nomadycznym trybem życia, egzystowaniem bez stałego miejsca zamieszkania. Odzwierciedlenie tych wyobrażeń bardzo łatwo jest odnaleźć w tekstach piosenek, dziełach literackich, sztukach plastycznych. Popularne, stereotypowe XVIII- i przede wszystkim XIX-wieczne wyobrażenia pokazują Cyganów jako wędrowców – przemieszczanie się, mieszkanie w namiotach, muzyka, taniec i wróżba to elementy, jakie powszechnie z nimi kojarzono, choć wówczas większość żyjących w Europie Cyganów była już ludźmi osiadłymi.[1]

Cygańskie wędrówki, pomimo swojej barwności, dla reszty społeczeństwa stwarzały zawsze pewne zagrożenie. To w nich upatrywano źródła nieprawego postępowania, ucieczkę albo szpiegostwo. Cyganie/Romowie ze swoim nietypowym, wyróżniającym się trybem życia od zawsze nie pasowali do reszty społeczeństwa, kierującego się z góry ustalonymi zasadami. Kolejne próby osiedlania Cyganów-wędrowców przypadły na czasy rządów totalitarnych w Europie Środkowowschodniej. Ta sama okoliczność zadecydowała, iż w XX-wiecznej Europie Cyganów prześladowano również w innych krajach. Dla każdego z totalitaryzmów pozostawienie jakiejś grupy mieszkańców kraju poza kontrolą było rozwiązaniem nie do zaakceptowania, tyle że różnie określano doraźne cele, a inaczej je realizowano. W społeczeństwie zorganizowanym, o uporządkowanych rolach i miejscach poszczególnych grup, Cyganie zakwalifikowani zostali jako element aspołeczny i w zgodzie z obowiązującym prawem poddano ich najrozmaitszym szykanom oraz represjom. Ten niebywale okrutny czas, obejmujący – wraz z podbojem przez Niemcy kolejnych państw – także Cyganów nie niemieckich i nie austriackich, zakończył się wraz z upadkiem faszyzmu i końcem wojny, ale jego skutki odczuwane są do dzisiaj[2] . Nie sposób nie omówić środków, jakie zostały wtedy zastosowane przez władze hitlerowskich Niemiec w celu pozbycia się niechcianego ludu. Sami Romowie nazywają ten okres porraimos, co w języku romani można tłumaczyć jako „wielkie niszczenie”. Ich konie zabijano, a z wozów zdejmowano koła. Cyganom zmieniano nazwiska, sterylizowano ich kobiety, zaś dzieci były przymusowo oddawane do adopcji niecygańskim rodzinom (w Szwajcarii praktyka ta utrzymywała się do 1973 roku)[3] . Jak pokazuje historia, podobne działania, choć pozbawione wynaturzonych, sadystycznych aspektów, powtarzają się kilkadziesiąt lat później za rządów komunistycznych. Cyganie/Romowie siłą zostają pozbawieni tradycyjnego sposobu życia, który pozwalał im żyć swobodnie, choć w ciężkich warunkach. Większość z nich nie wyobrażała sobie innego egzystowania ani zakończenia wędrówek. Dla przykładu przytoczę wypowiedź polskiego Roma, który był świadkiem okresu osiedlania Cyganów w Polsce: „Moja mama, jak dowiedziała się, że jej nie wolno do lasu jechać, to usiadła na podwórzu i ponad dwie godziny płakała. Ona nie zdawała sobie sprawy jak może żyć, jeżeli ciepło, lato jest, a ona musi w domu siedzieć, ona nie wierzyła, że tak ma być, nie wierzyła, że coś takiego nadejdzie. Nikt nie wierzył, że to nadejdzie.”[4]

Choć zewnętrznemu obserwatorowi mogłoby się wydawać, że dla Romów nie ma nic lepszego, jak zmiana stylu życia, przejście w lepsze warunki bytowania, korzystanie z osiągnięć cywilizacji, poddanie się opiece lekarskiej, itp., to, jak się później okazało, akcja osiedlania nie pozostała bez negatywnych skutków dla omawianej grupy. Chociaż wygodne było wyeliminowanie koczowników pozbawionych stałego źródła zarobku, poszukujących środków do życia różnymi sposobami, czasami niezgodnymi z obowiązującymi zasadami, to osiedlanie nie rozwiązało odpowiednio powyższego problemu.

Aby obiektywnie przedstawić wszystkie powody i konsekwencje osiedlania Cyganów, należy wyjaśnić, jakie właściwie znaczenie miała dla tej grupy wędrówka. Czy praktyka ta była jedynie, tak jak sądziło wielu niewtajemniczonych, również przedstawicieli władzy, zwykłym włóczęgostwem i pasożytnictwem, czy wynikała z jakiś głębszych, kulturowo umotywowanych pobudek? Potocznie Romowie tłumaczą swoje dawne wędrowanie w różny sposób, na przykład: „Ciągle szukaliśmy kraju mlekiem i miodem płynącego.”[5] I choć jest to dość poetyckie wyjaśnienie, to zawiera się w nim jakaś cząstka prawdy. Romowie pozbawieni własnej ojczyzny, wędrując z miejsca na miejsce, zamiast podporządkować się systemowi władzy, jaki spotykali w danym państwie, najczęściej uznawali zwierzchność swojego plemiennego przywództwa. Były to dwa nieporównywalne do siebie zwierzchnictwa, przez co trudno im było dostosować się do zastanych systemów. Dochodziła do tego wzajemna, niedostateczna znajomość i niezrozumienie obcych kultur, które powodowało unikanie i pogłębiającą się separację. Wędrówka traktowana była jako rodzaj tradycji, typowa cygańska powinność. Na pytanie, jaki stosunek miała grupa do Romów, którzy sami, z własnej woli się osiedlili, jeszcze zanim władza dołożyła starań, aby Cyganie przestali koczować, świadek takich sytuacji opowiada: „Śmiano się z takich, którzy się osiedlili, mówili, że taki sprzedał cygaństwo, że niepoczytalny jakiś był.”[6] O tym, jak dużą wagę, chociażby w Polsce, Romowie z grup wędrownych (Polska Roma, Kelderasza, Lowari, Chaładytka Roma, Sasytka Roma) przywiązywali do tego rodzaju tradycji, świadczy również ich stosunek do szczepu Romów osiadłych. Romowie karpaccy, w zasadzie nigdy niewędrujący, ale także – zdaniem Polskiej Romy – nieprzestrzegający zasad romanipen, dotąd nie są akceptowani przez wszystkie wcześniej wymienione grupy Romów[7] . Etos Cyganów ukształtowała w dużej mierze wieczna wędrówka. Jej konieczność spowodowana była potrzebą ciągłego przemieszczania się w celu zdobywania środków do życia, a także niechęcią nie-Cyganów do życia w sąsiedztwie z Cyganami. Setki lat prześladowań i wytworzony w ciągu nich etos ucieczkowy sprawiły, że stosunkowo niewielu Cyganów zasymilowało się z resztą społeczeństwa[8] .

Kultura Romów jest silnie hermetyczna, także współcześnie. Spomiędzy biedy, braku perspektyw, czasami nawet nadziei, wyziera jeszcze jeden kłopot cygański. Jest nim konflikt starszej generacji i tradycyjnych przywódców z młodszymi liderami, kreującymi się na polityków i obrońców sprawy cygańskiej[9] . Rolą starszyzny jest ochrona praw i zwyczajów, zaś młodzi Romowie, wykształceni i obyci ze światem nie-Cyganów, próbują polepszyć byt swój i swojego narodu poprzez współpracę z obcymi. Teoretycznie powoduje to duży rozdźwięk wewnątrz referowanej kultury, dlatego zmiany w przystosowaniu pewnych grup Cyganów do reszty społeczeństwa następują powoli. Wydaje się, że tradycyjny, zamknięty i nieufny stosunek do gadziów, czyli nie-Cyganów, dodatkowo utrudniał współpracę przy próbie osiedlenia. Ponadto kilkadziesiąt lat temu, kiedy program ten wdrażano do realizacji, Romowie z powodu warunków życia byli jeszcze bardziej odseparowani od reszty społeczeństwa. Przez większą część okresu ich pobytu w Europie o Cyganach, ich kulturze i przesłankach, jakimi się kierowali wędrując, niewiele wiedziano. Dlatego ówczesnym władzom decyzja o utrudnieniu kontynuowania koczowania grupom cygańskim przyszła łatwo, tym bardziej, że za rozwiązaniem tego problemu zawsze opowiadała się duża część społeczeństwa.

Zanim jednak dokonam dokładnej charakterystyki procesu osiedlania w krajach Europy Środkowowschodniej, w szczególności skupiając się na Polsce, dla kontrastu przytoczę przykład, w jak mało inwazyjny sposób w latach dziewięćdziesiątych XX wieku z koczownikami radziły sobie kraje Europy Zachodniej. W owych kapitalistycznych państwach starano się nakłaniać Romów do porzucenia wędrówki, opierając się na założeniu, że umiejący czytać łatwiej poradzi sobie z urzędami, da się przekonać do życia osiadłego. Dlatego we Francji i innych krajach istnieją szkoły wędrowne, w których nauczyciele przekazują wiedzę w miejscach stałych biwaków bądź jeżdżąc taborami[10] . Podobnym rozwiązaniem są angielskie centra, które koordynują naukę dzieci wędrowców, a te z kolei zobowiązane są do stawiania się na egzaminy, niekoniecznie przy tym muszą systematycznie uczęszczać do szkoły. Szeroki sposób wspomagania wędrowców i organizowania im ekwiwalentów życia społecznego oferuje Irlandia. Podobne systemy są wspierane przez państwa i zyskują popularność w innych krajach europejskich[11] . Jest to model polityki bliski wzorowemu, cechujący się dużym poszanowaniem wolności osobistej każdego wędrowca. Jakże daleki wydaje się on od niektórych przykładów, które przytoczę, opisując akcję osiedlania sprzed ponad czterdziestu lat w Europie Środkowej i Wschodniej.

Po II wojnie światowej życie cygańskie odżyło. Wrócili też nieliczni, którym udało się przeżyć koszmar obozów. Przygarnęli sieroty cygańskie po pomordowanych i próbowali na nowo rozpocząć dawny tryb życia. Jednak zmienione warunki bytowania utrudniały im to w wysokim stopniu. Nie było już wprawdzie w Europie ustaw dyskryminacyjnych, ale wiele dawnych zajęć nie przynosiło zarobku. Miejsce biernej ciekawości przyszłych losów zajęło planowanie, stąd wróżby Cyganek stały się niepopłatne. Sprzedawanie ręcznych wyrobów metalowych nie wytrzymało konkurencji wyrobów fabrycznych, nawet orkiestrę uliczną czy podwórzową Cyganów wyparła płyta adapteru i tranzystor[12] . Żeby zacząć żyć na nowo, należało pracować, również w fabrykach. Większość wędrownych Cyganów nie pracowała jednak, gdyż wiązało się to z koniecznością posiadania stałego miejsca zamieszkania. Jedyną grupą Romów, która podjęła taką pracę, byli Romowie osiadli, przyzwyczajeni do znormalizowanego trybu życia. Liczba możliwości zarobkowania dzięki pracy dorywczej dla Cyganów wędrownych była w tamtym okresie bardzo ograniczona. Dlatego też przywódcy państw socjalistycznych podjęli próby ich zaktywizowania. W Związku Radzieckim powstało po rewolucji 1917 roku niemało filmów propagujących walory życia osiadłego. Bohaterem negatywnym bywał przywódca taboru niedający się za żadną cenę przekonać aktywistom partyjnym do osiedlenia się[13] . W wywiadach dla gazet cygańscy rozmówcy chwalili kołchozowy lub przyfabryczny żywot, odżegnywali się od obyczajów ojców, przekonywali do luksusów mieszkania w murach. W latach pięćdziesiątych z takimi treściami spotkać się można było i w polskich gazetach, a piszący o cygańskiej poetce Papuszy podkreślali fakt jej osiedlenia się wraz z rodziną, porzucenia wędrownego taboru[14] .

Po II wojnie światowej, po latach hitlerowskiej eksterminacji, pozostało w Polsce zaledwie 14-15 tysięcy Cyganów. Powrócili oni do dawnego sposobu życia. Odżyły i rozwinęły się cygańskie wróżby, na leśnych szlakach pojawiły się tabory. Historia nie była dla nich łaskawa także po ustaniu działań wojennych. Władze Polski Ludowej uznały wszystkich Cyganów za element kryminogenny i zaplanowały w stosunku do nich szereg radykalnych posunięć[15] . Działania wstępne, zmierzające do osiedlenia i „produktywizacji” Cyganów, rozpoczęły się przeprowadzeniem w grudniu 1949 roku spisu ludności cygańskiej. Już w owym okresie około 25 procent Cyganów prowadziło osiadły tryb życia. Ogromną ich większość stanowili mieszkańcy Podkarpacia, przedstawiciele grup z dawna już niewędrujących[16] . W Polsce pierwszą akcję osiedleńczą zorganizowano w 1952 roku na mocy uchwały Prezydium Rządu (nr 452/52) W sprawie pomocy ludności cygańskiej przy przechodzeniu na osiadły tryb życia.[17] Był to radykalny program zobowiązujący resorty i administrację państwową do zajęcia się losem Romów. Poparto go szeroką kampanią propagandową. Ten ostatni zabieg okazał się wyjątkowo mało skutecznym pociągnięciem wobec powszechnego wśród omawianej grupy analfabetyzmu lub wręcz lęku przed słowem pisanym na ich temat. Zaplanowana na dłuższy czas akcja – zwana też produktywizacyjną – przyniosła skromne efekty, skorzystali z niej głównie Romowie osiadli, którzy, przenosząc się ze wsi do miast, uzyskali możliwość zdobycia pracy, mieszkania i wykształcenia[18] . Należy zaznaczyć, iż władze Polski Ludowej opierały swoją propagandę na ukazywaniu pozytywów życia osiadłego, wskazując jako wzór Cyganów karpackich (osiadłych), wzgardzonych przez resztę Cyganów (wędrownych). Było to posunięcie niefortunne, dlatego też nieumiejętnie przeprowadzana propaganda nie odniosła zamierzonego skutku. Niewiedza aparatu władzy obróciła się przeciwko niemu. Często występującym zjawiskiem wprowadzającym w błąd bywało okresowe zgłaszanie się dość licznych grup Cyganów deklarujących chęć osiedlenia się na stałe. Zdarzało się to na ogół jesienią. Po kilku miesiącach, na wiosnę, okazywało się, że chodziło tylko o spokojne przezimowanie pod dachem z zamiarem wyruszenia na wędrówkę. Rozpoczynała się ona, gdy tylko się ociepliło, wiązała się z nagłym opuszczeniem miejsca zamieszkania i podjętej pracy, nierzadko nocą[19] . Aby przewidzieć takie sytuacje, należało znać dokładnie tryb cygańskich wędrówek oraz wiedzieć, że większość Romów miała zwyczaj późną jesienią wynajmować siedziby, gdzie zatrzymywali się na całą zimę, by na wiosnę znów wyruszyć z taborem w drogę. Rzadko kiedy zdarzało się, by Romowie zimowali w lesie. Znanych jest wiele innych przypadków unikania przez nich trwałego zamieszkania w jednym miejscu, w okresie, kiedy władze czyhały na koczowników. Najczęściej są to opowieści o niepostrzeżenie znikających taborach. Propozycja, jaką miała im do zaoferowania ówczesna władza, nie została przez nich doceniona.

Realnym efektem pierwszego etapu akcji osiedleńczej było zatrudnienie pewnej liczby Cyganów osiadłych oraz zameldowanie w stałych siedzibach części Cyganów wędrownych – głównie w miastach i miasteczkach na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Zameldowanie takie nie zawsze było równoznaczne z osiedleniem się. Częściej przydział dachu nad głową dawał cygańskim rodzinom trwałe miejsce, z którego mogły wyruszać na sezonowe wędrówki i dokąd powracały przed nadejściem zimy[20] . Dodać należy, że warunkiem uzyskania pożądanego mieszkania było podjęcie jakiejkolwiek pracy. Zdarzało się jednak, już po pewnym czasie, że Romowie ją porzucali, aby powrócić do dawnego trybu życia.

Tak wyglądała pierwsza zorganizowana akcja, która praktycznie nie osiągnęła założonego celu. Co więcej, według Jerzego Ficowskiego, przyczyniła się do wzrostu bardzo niekorzystnych tendencji. Sprzeciw wobec wędrówek cygańskich rzemieślników, docierających ze swymi usługami – kotlarskimi lub kowalskimi – nawet do zapadłych zakątków kraju, zaczął się stopniowo przyczyniać do ostatecznego zaniku tradycyjnych cygańskich profesji[21] . W tych okolicznościach otwierała się prosta droga do pasożytnictwa, związana z kontaktami ze światem przestępczym, co dodatkowo wyniszczało omawianą grupę. Akcja przeprowadzona została nieumiejętnie, bez jakiejkolwiek podstawowej wiedzy o kulturze i tradycjach cygańskich. Krytycznej oceny rezultatów uchwały 452/52 dokonało m.in. Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej we Wrocławiu już w lutym 1953 roku. W piśmie skierowanym do prezydiów rad narodowych stwierdzono: „Faktyczna realizacja tych wytycznych sprowadza się niejednokrotnie do żywiołowej i krótkofalowej akcji przez aparat prezydiów rad narodowych w wypadku przybycia na ich teren wędrującej czy też wpół osiadłej grupy cygańskiej, polegającej na skierowaniu Cyganów do pracy i przydziale pomieszczeń mieszkalnych”[22] . Dalej stwierdzono, że „brak długofalowej i na odpowiednim poziomie stojącej pracy społeczno-wychowawczej nad osiedlonymi Cyganami powoduje liczne wypadki, że takie pozornie osiedlone grupy Cyganów ruszają po pewnym czasie w dalszą wędrówkę, dewastując nierzadko urządzenia mieszkalne i zniechęcając do dalszej pracy aparat prezydiów rad narodowych”[23] .

Wobec całkowitego niepowodzenia pierwszej powojennej akcji osiedleńczej rząd zadecydował podjąć nowe kroki w celu wyeliminowania koczownictwa Cyganów. Ten szeroko zakrojony projekt, zmierzający do ostatecznego osiedlenia koczujących Cyganów, poprzedziła analiza efektów uchwały z 24 maja 1952 roku. Na posiedzeniu Kolegium Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, zwołanym na 5 lutego 1964 roku, stwierdzono mizerne efekty uchwały, a właściwie zaniechano jej realizacji. Zdecydowano, iż w tej sytuacji należy podjąć bardziej rygorystyczne kroki, z wykorzystaniem ogólnie obowiązujących przepisów administracyjnych. Postanowiono przede wszystkim dokonać próby ewidencji koczowników, ustalenia ich liczebności, miejsc zimowego postoju, wydać im odpowiednie dokumenty tożsamości, poddać wszystkim badaniom lekarskim, zobowiązać do podjęcia stałej pracy, a ich dzieci posłać do szkół[24] . 23 marca grupy urzędników Departamentu Społeczno-Administracyjnego MSW, Komendy Głównej MO i przedstawicieli lokalnych władz terenowych przeprowadziły lustrację zimowisk. Ostrzeżono Cyganów o konsekwencjach wyruszenia na wiosenną wędrówkę. Dokonano kontroli dokumentów, w wyniku której ustalono, iż 1529 osób nie ma żadnych dokumentów lub ma nieważne dowody osobiste, zaś 234 osoby były notowane pod różnymi nazwiskami. Wydano wówczas 1406 nowych dokumentów tożsamości. Stwierdzono, iż 1300 mężczyzn podlega obowiązkowi służby wojskowej. Ogólnie naliczono około 10 tys. osób (1146 rodzin), które stacjonowały czasowo na zimowiskach i gotowały się do wiosennej drogi[25] . Sejmowa Komisja Spraw Wewnętrznych zaakceptowała postanowienia Departamentu na posiedzeniu 12 maja. Aby szybciej przyczynić się do osiedlenia Cyganów, uruchomiono machinę karno-administracyjną, a dodatkowo rozpoczęto na nowo akcję propagandową w mediach. Wędrówka i koczownictwo od tej pory wiązały się z szeregiem utrudnień, których omijanie groziło natychmiastowym egzekwowaniem prawa. Już jesienią tamtego roku władze mogły pochwalić się dużą liczbą osiedlonych rodzin. Według danych wędrowały tylko 162 rodziny. Tak oto tamten okres przedstawia świadek wydarzeń: „To było na wiosnę. Już mieliśmy wyjechać, niektórzy Cyganie już powyjeżdżali. Gdyśmy już wyjechali to nas milicja zaczęła prowadzić, nie pozwalali prosić, ani wróżyć, nie pozwalali palić ognisk, nie było, na czym ugotować. Jak zapaliliśmy ognisko, dostawaliśmy kolegium.[26] ” Właśnie takimi sankcjami grożono Cyganom, próbując obezwładnić ich psychicznie, grożąc aresztem i mandatami. „Brakowało nam tej przestrzeni, była rzeczka, to przy rzeczkach byliśmy, nawet wyjeżdżaliśmy gdzieś niedaleko, do Wieliczki, miejscowości Winnica, tam rozbijaliśmy namioty, paliliśmy ogniska. Cały czas milicja nam kolegium dawała, no i my musieliśmy sobie jakoś przepowiedzieć do rozumu, że już koniec, bo płacić i płacić, to nie było sensu, a jeszcze płacić za to.”[27] Wielu koczowników nie posiadało w tamtym czasie dowodów osobistych, co również wiązało się z poważnymi sankcjami: „Romowie, niektórzy bardzo młodzi nie mieli dokumentów, dowodu, nie raz zatrzymywani przez policję za coś, szli do kryminału, nie potrafili się wytłumaczyć, nikt ich nie bronił. Ja musiałem wyrobić sobie dowód, jak już miałem 18 lat, bo nie można było chodzić bez dowodu.” [28]

O wiele groźniej rozprawiano się z koczownikami w Czechosłowacji, gdzie dochodziło do tego, że niszczono, palono wozy lub zabijano konie. W państwach o najwyższym odsetku ludności cygańskiej próby podniesienia jej statusu cywilizacyjnego można porównać do walki z wiatrakami. W czasach komunizmu robiono to często pod przymusem, np. w Czechosłowacji „uchylających się od pracy” Cyganów zsyłano do kopalń. Poufne raporty ostrzegały przed wysoką rozrodczością Romów, więc dokonywano bezprawnej sterylizacji kobiet[29] .

Nielegalne koczownictwo należało odpracować, np. sprzątając ulice. „W naszej kulturze jest zakaz wykonywania takich rzeczy, dlatego wielu Romów jak nie chciało zamiatać ulic, to szli do więzienia.”[30] Asortyment środków, jakich używała władza w owym czasie, był więc pułapką – zamiast pomóc ludności cygańskiej, stwarzał jeszcze większe problemy.

Jak pokazała rzeczywistość, Romowie otrzymywali bardzo złej jakości mieszkania, o niskim standardzie. Najczęściej były to prymitywne baraki, niektóre rodziny zamieszkiwały w unieruchomionych wozach. „Osiedlali nas z największą hołotą, w barakach, w bardzo złych warunkach. Milicja nas bardzo źle traktowała, ciągle nas sprawdzali, czy mamy dokumenty; bywało, że nas bili.”[31] „Ja, jak się osiedliłam to miałam jakieś dwadzieścia lat, w barakach mieszkaliśmy, na ulicy Kozienickiej (Radom). Nasza rodzina tam mieszkała, a dużo mieszkało gdzie indziej, a zanim tam się sprowadziliśmy to mieszkali tam Romowie austriaccy, którzy się sami osiedlili, a potem pojechali na Śląsk. Myśmy tam zamieszkaliśmy w 1967 albo 68. roku. Jak nawet tam zamieszkaliśmy, to przyjeżdżali do nas i się zatrzymywali Romowie.”[32] Jak można wywnioskować z powyższej relacji, osiedlanie wędrownych Romów przeciągało się w czasie, osiedleni Romowie kontaktowali się z koczownikami, a nawet przyjmowali ich u siebie. Zacytowana wypowiedz informuje również o tym, że niektórzy wędrowni Romowie osiedlali się wcześniej, z własnej woli[33] , jak się jednak okazuje, były to znikome ilości rodzin cygańskich. „Stwarzano wtedy Romom wiele możliwości, z takich możliwości skorzystała Papusza, osiedliła się, skorzystała z tego, że mogła osiąść.”[34]

Pozostawione wozy cygańskie typu wagonowego, arcydzieła sztuki snycerskiej, z czasem niszczały. Do dzisiaj zachowało się jedynie kilka za sprawą wielokrotnie cytowanego w mojej pracy etnografa, cyganologa, dyrektora Muzeum Okręgowego w Tarnowie, Adama Bartosza. Wspomina on: „Wraz z etnografem Pawłem Lechowskim wędrowaliśmy po kraju w poszukiwaniu, głównie, wozów cygańskich. Zgromadziliśmy sporą dokumentację fotograficzną tych wozów, które nieużywane, dożywały swych dni, niszczejąc w różnych miejscach Polski, tam, gdzie osiedli ich właściciele. Wozy w miarę sprawnie udało nam się kupić.”[35] Tak oto ten popularny środek lokomocji[36] opisuje były koczownik: „Robiono wozy do cyrku i dla Cyganów. Okienka miały często witraże, najdroższe były na dachu, oberlufty miały szkła kolorowe. Dla koniucha był duży, piękny, wybijany fotel z ozdobami, tzw. „fotel królewski”. Spało się w środku na tapczanie albo sofie pod pierzyną puchową. Dzieci po jednej albo drugiej stronie wozu, rodzice na podłodze. Był piecyk, żelaźniak – na jedną fajerkę, rura wychodziła przez dach wozu. Okna były rozsuwane, wóz zrobiony był z klepek sandałowych, które nie przepuszczały wilgoci, a były lekkie i piękne. Zwierzęta na wozie były wyrzeźbione z drewna – lwy albo koniki morskie z tyłu wozu, to taki zwyczaj już był z dziada, pradziada. Dach drewniany był, pokryty ocynkowaną blachą w kolorze miedzianym. Za taki wóz można było kamienicę kupić.”[37] Jak można się domyślać z powyższego opisu, posiadanie takiego wozu wiązało się z poniesieniem ogromnych kosztów jego zakupu. Nie każda rodzina mogła sobie na podobny wydatek pozwolić. „Biedny Cygan to miał żelaźniak, słomę na spanie, pałąk mocował, płachtę zarzucał i pod tym spali z rodziną.”[38] „Nie raz to jak Cygan biedny był, to i na piechotę musiał chodzić, albo wozem bez budy jeździł, a spał pod namiotem.”[39] Tuż po osiedleniu wozy nie spełniały już ważniejszej funkcji w życiu Romów: „My nasz ostatni wagon sprzedaliśmy do muzeum w Tarnowie, inni je palili, z czasem niektóre pozostawione wozy niszczały.”[40] „Sprzedawali wozy, często do cyrku, ludzie kupowali. W każdym dużym mieście to było, że ludzie wykorzystywali na taksówki te wozy, jak kiedyś samochodów nie było. Porobili w środku siedzenia, jak w bryczkach i dowozili ludzi ze stacji do domów. Nie było problemów ze sprzedażą takich wozów. Nieraz Romowie i mieszkali zaraz po osiedlaniu w takich domach, albo rąbali na palenie.”[41]

Pozbawieni tradycyjnych środków lokomocji, uparci koczownicy po raz kolejny wyruszali na wędrówki, tylko już coraz rzadziej taborami, a częściej tramwajami, pociągami, samochodami, za pomocą których docierali do miejsc koczowisk. I chociaż nie były to nagminne podróże, zwykle w obrębie jednego województwa, to i tak władze nie rezygnowały z tropienia wędrowców. Podobna sytuacja trwała do lat osiemdziesiątych, kiedy to nastąpił renesans koczowania. Każdemu, kto rozpalił ognisko blisko lasu, czy też okazało się przy sprawdzaniu dokumentów, że nie był zameldowany, groziły sankcje. Ponieważ po 1989 roku zlikwidowano wydziały spraw wewnętrznych, których zadaniem była m.in. kontrola ruchu ludności i rejestracja zachowań Cyganów, prawdopodobnie nie ma już statystyk o migracjach, czyli formalnie koczownictwo ustało[42] . „To był początek lat 70. jak nam kazali się osiedlać, 73., 74. rok, to były już ostatnie tabory, a już później to był zanik. Później wyjeżdżaliśmy, ale z namiotami tylko, nie z taborami, takie koczownicze życie mieliśmy, gdzie las był, to żeśmy jeździli. Jak przychodziło lato i już w barakach mieszkaliśmy, niektórzy w mieszkaniach, to my i tak z powrotem, to nasze życie chcieliśmy odzyskać. Ale nam nie dawali, nie dozwalali nam, a w Rumunii do tego czasu jest tabory jeżdżą. Myśmy się nie godzili, to dalej jeździliśmy, to kolegium nam dawali, nie pozwalali ogniska rozpalić w lesie, czy przy lasku. Jak w namiotach mieszkaliśmy, to najczęściej rozbijaliśmy je przy rzekach, pięć, sześć namiotów.[43] Była taka sytuacja, jak ich już osiedlili, to nawet w Krakowie jak oni byli w barakach, to pod szpitalem w Prokocimiu sobie namioty rozbili.”[44]

Prócz zakazu wędrowania, którego formalnie nigdy nie było[45] , istniał cały szereg utrudnień uniemożliwiających wędrówkę. Władza postanowiła „wychować” Cyganów na praworządnych obywateli, dostosować ich do pewnych norm społecznych. „Natomiast akcja z 1964 roku miała już inny charakter, była to akcja represyjna, która miała na Cyganach wymóc, żeby się osiedlili, nie był to jednak żaden zakaz.”[46] Pieczę nad realizowaniem akcji osiedleńczej sprawował szereg komisji, które m.in. były odpowiedzialne za nadzorowanie życia byłych koczowników. Sporządzano w tym celu specjalne raporty, odsyłane do Prezydiów Wojewódzkich bądź Miejskich Rad Narodowych. Wywiad środowiskowy pilnował, czy dzieci uczęszczają do szkoły, a ich rodzice chodzą do pracy. Obowiązkiem szkolnym byli objęci w tamtym okresie wszyscy, również osoby w podeszłym wieku, analfabeci. W niektórych miastach zorganizowano spółdzielnie kotlarskie i umożliwiano Romom członkostwo w różnych organizacjach społecznych. Zakładano zespoły cygańskie, które cieszyły się w tamtym czasie dużą popularnością. „Stowarzyszenia romskie powstawały z inicjatywy urzędników, a nie samych Cyganów, po pierwsze była to lepsza forma kontroli, a z drugiej strony lepsza forma organizacyjna, która zmierzała do kultywowania kultury romskiej. Organizowano specjalne kursy dla Romów, wysiłkiem władz lokalnych. Wtedy ta kultura rozkwitała, szczególnie folklor.”[47] Sławę w tamtym czasie, również międzynarodową, zdobyli wokaliści i zespoły cygańskie, m.in. „Roma”[48] , „Terno”, „Czarne Perły”. Swoją karierę rozpoczęli legendarni już artyści: Michaj Burano[49] , Randja, Masio Kwiek. Edward Dębicki od młodych lat chciał popularyzować kulturę, tradycję i zwyczaje cygańskie. W 1955 roku utworzył zespół o nazwie „Kham” (Słońce), następnie zmienił jego nazwę na „Terno” (Młody). Kiedy w 1964 roku wokalistka zespołu, Randja, zdobyła wyróżnienie, „Terno” stało się dzięki radiu i telewizji znane w całym kraju. W 1965 roku członkowie zespołu przystąpili do egzaminu przed Komisją Weryfikacyjną Ministerstwa Kultury i Sztuki i uzyskali uprawnienia zawodowych artystów estradowych. Zespół koncertował w niemal wszystkich krajach Europy, a także w USA i Kanadzie. Brał udział w festiwalach muzyki, pieśni i tańca, ogólnopolskich konkursach zespołów i solistów estradowych oraz festiwalach muzyki cygańskiej za granicą: w 1965 w Sofii, w 1970 w Moskwie, w 1972 w Bratysławie, w 1974 w Budapeszcie, w 1988 w Strasburgu, w 1994 w Monachium, w 1999 w Oslo, Kopenhadze i Berlinie, w 2000 w Kopenhadze i Oslo[50] .

Mimo wielu tych społecznych udogodnień, Romowie nadal mieli problemy przystosowawcze. Duża część społeczeństwa polskiego nie była przygotowana do przyjęcia koczowników, bywało, że cygańskie dzieci były zniechęcone pobytem w szkole. Ich nienawykli do unormowanej pracy rodzice często rezygnowali szybko z pracy, powracając do niektórych tradycyjnych zajęć, tj. wróżby, handlu, i in. „Bardzo lubiłam szkołę, ale czułam się w niej odseparowana od reszty dzieci. Przez pięć lat chodziłam do szkoły, zrobiłam dwie klasy w jeden rok, ale miałam problemy z językiem. Odrabiałam lekcję razem z polskimi dziećmi, dużo się musiałam uczyć. Brakowało nam przyborów do szkoły, u nas w rodzinie było ośmioro dzieci.”[51] Cyganie w zasadzie niechętnie podejmowali się stałej pracy. Przeszkodą była tradycja, analfabetyzm i niskie zarobki robotnika niewykwalifikowanego[52] . Ponadto niechęć do stałej posady w zakładach uspołecznionych wynikała przede wszystkim z możliwości innego zarobkowania. Cyganie zawsze cenili sobie niezależność. Interesowała ich praca, którą mogli wykonywać w miejscu i czasie dla siebie dogodnym. Mężczyźni tradycyjnie zajmowali się handlem, muzykowaniem, występami estradowymi i kotlarstwem, kobiety – żebraniem i wróżeniem[53] .

Natychmiastowe osiedlanie i zmiana warunków życia odbiły się niekorzystnie na zdrowiu wielu osób. Znane są tragiczne konsekwencje okresu osiedlania: „Strasznie dużo Romów po osiedlaniu umierało, strasznie dużo – brak było tej wolności – ze smutku i z tęsknoty. Oni byli przyzwyczajeni od kilkunastu lat, że jak przyjdzie wiosna to sobie wyjadą, nie będą związani z niczym. Ta akcja sprawiła, że tak dużo ludzi umierało.”[54] Gwałtowne zmiany w sposobie życia, takie o charakterze rewolucyjnym – a odejście od wędrownego życia i osiedlenie było właśnie rewolucyjną zmianą – prowadzą często do zjawisk anomii społecznej. Wynika to z załamania dotychczasowych norm i autorytetów, z dezintegracji grupy, ze zmian ekonomicznych, dewaluacji dotychczasowych zasad oraz wartości[55] . Osiedlanie rzeczywiście przyczyniło się do dezintegracji grupy, gdyż, jak wspominają Romowie, władza osiedlała ich w różnych miejscach, niekoniecznie licząc się z powiązaniami rodzinnymi, które stanowią podstawę egzystencji społeczności cygańskiej: „Władza nie umiała pomóc, Polacy nie rozumieli Cyganów, kazali nam się osiedlać, ale nie dawali odpowiednich warunków, każdy chciał jakoś zamieszkać według swoich potrzeb, koło rodziny, a oni tego nie rozumieli.”[56] Osiedlanie według Romów miało niebagatelny wpływ na pewne wewnętrzne obyczaje i stosunki pomiędzy przedstawicielami grupy: „Dawniej zasady były zaostrzone, bo Cyganka nie mogła iść za Polaka, ożenić się z Polakiem, a teraz to jest, dawniej to całkiem inaczej to było, niedozwolone to było, dawniej była tradycja, dawniej się nie puszczało młodych na jakieś zabawy, dyskoteki do miasta, a teraz to jest. Takich znajomości nie było z gadziami, a teraz w miastach mieszkamy, między gadziami.”[57] „Gdyby Romowie nadal podróżowali, to może byłaby jedność tych ludzi, inaczej by się szanowali, np. ten bogatszy, a ten biedniejszy, teraz podziały się narodziły. Dawniej też się zdarzały biedniejsze i bogatsze tabory, ale nie było tak, że jak był bidny, to go odrzucił.”[58]

Minęło wiele lat od akcji osiedleńczej i zazwyczaj ocenia się ją źle, tzn. krytykuje się ją za nieprzemyślane decyzje, nie do końca humanitarne traktowanie koczowników oraz przede wszystkim za to, że aparat władzy, podejmując pewne kroki, nie wziął pod uwagę wszystkich aspektów cygańskich tradycji oraz zasad organizacji wewnętrznej tej grupy. Mimo wszystko Romowie mają udogodniony dostęp do nauki, opieki zdrowotnej, zasiłków, itp. „Można w tym wszystkim dopatrzyć się jakiś pozytywów, które sami Cyganie podkreślają, a mianowicie na pewno poprawił się stan zdrowotny Cyganów, bo zostali objęci opieką lekarską, w tamtych czasach była powszechna opieka lekarska. Dzieci zaczęły chodzić do szkoły, na pewno polepszyło się wyżywienie, które w wędrownym życiu nie zawsze było na odpowiednim poziomie. Zdrowotność wśród koczowników zawsze stało na kiepskim poziomie, mimo tego jest taka legenda wśród starszych Romów, że – „myśmy wszyscy byli kiedyś zdrowi”. Oczywiście to nieprawda, że byli zdrowi, jest to nieprawdą ewidentną, oczywiście nie ma na to jakichś dowodów, ale z całą pewnością tak nie było, myślę, że z perspektywy historycznej można te pozytywy dostrzec, ci ludzie awansowali społecznie i to bardzo wysoko awansowali, pojawiła się możliwość wykształcenia.”[59]

Bywa jednak, że Romowie są nadal izolowani od reszty społeczeństwa. Z kolei zdarzające się, haniebne i rasistowskie, akty przemocy przeciw nim skierowane świadczą o tym, że w pewnym momencie, przy wdrażaniu Romów do życia społecznego, władza nie zadbała odpowiednio o edukację polskiego społeczeństwa.