Rafał Stobiecki – Spór o PRL. Metodologiczne oblicze debaty

KiH nr 2/2002

I. Uwagi wstępne.

Kiedy przeszłość powraca w teraźniejszości nabiera wielkiej mocy. Historyczna debata dotycząca najnowszej historii Polski jest dobrym potwierdzeniem powyższej konstatacji. Powiedzmy od razu, że nie jest ona czymś wyjątkowym, zarówno w odniesieniu do historii Polski, jak i dziejów powszechnych. Jak niejednokrotnie zwracano uwagę wielkie przełomy dziejowe zwykle sprzyjały dokonywaniu zasadniczych przewartościowań w spojrzeniu na dotychczasową historię oraz poszukiwaniu nowych, bardziej adekwatnych do tworzącej się rzeczywistości jej interpretacji. W takiej sytuacji pojawiało się zjawisko „wyalienowania z własnej historii” i społeczna potrzeba niejako powtórnego w niej zakorzenienia na zupełnie nowych zasadach. Przy czym ich zasięg był zwykle mniej lub bardziej ograniczony i dotyczył wąsko rozumianych elit politycznych czy intelektualnych. Taki charakter miały też pierwsze dyskusje wokół historii najnowszej zapoczątkowane w latach osiemdziesiątych, kiedy to, jak zauważył A. Paczkowski, rozpoczęła się „wojna domowa o tradycję” [1]. Wówczas to pod wpływem publikacji pojawiających się w tzw. II obiegu wydawniczym doszło do zderzenia dwóch obrazów dziejów najnowszych – „oficjalnego” i wizerunków „kontrhistorii” obecnych w publikacjach wydawanych poza cenzurą [2].

Dalszy przebieg interesującego nas sporu, toczonego po 1989 r. w diametralnie zmienionej rzeczywistości, pokazuje jednak, że zawiera on w sobie obok zasygnalizowanych wyżej cech typowych, elementy nowe, wynikające przede wszystkim z głębokich przeobrażeń jakie u schyłku XX wieku dokonały się w stosunku ludzi do historii, nie tylko w Polsce, ale także w skali globalnej. Francuski badacz Pierre Nora w następujący sposób charakteryzuje tę nową sytuację:
” Cała historia /…/ przekształcona w dyscyplinę o ambicjach naukowych, była do tej pory zbudowana na fundamencie pamięci, ale przeciwko pamięci, uważanej za indywidualną, psychologiczną, zawodną, przydatną tylko w roli świadectwa. Historia była domeną zbiorowości, pamięć – prywatności. Historia była jedna, pamięć ex definitione, wieloraka, bo z istoty swej indywidualna. Idea pamięci zbiorowej, wyzwalającej i uświęconej zakłada całkowite odwrócenie sytuacji. Jednostki miały pamięć, zbiorowości miały historię. Idea, że to zbiorowości mają pamięć, zakłada głębokie przekształcenie miejsca jednostek w społeczeństwie i ich stosunków ze zbiorowością /…/ [3].

Owo utożsamienie historii z pamięcią niesie ze sobą, jak zauważył P. Norra, dwojakie konsekwencje. Po pierwsze, raptowną intensyfikację użytków czynionych z przeszłości, użytków politycznych, turystycznych, handlowych. Po drugie, „wywłaszczenie historyka z jego tradycyjnego monopolu interpretowania przeszłości. Dziś historyk nie jest bynajmniej jedynym producentem przeszłości. Dzieli tę rolę z sędzią, świadkiem, mediami i prawodawcą” [4].

Celem niniejszego szkicu będzie próba odpowiedzi na pytania: Jak w tej jakościowo nowej sytuacji radzą sobie historycy ? Czy zdają sobie sprawę, ze zmiany swojej społecznej roli ? Czy próbują, a jeśli tak to przy pomocy jakich argumentów bronić swojej uprzywilejowanej dotąd funkcji strażników pamięci ?

Odwołując się do kategorii „wiedzy pozaźródłowej” jako synonimu przedbadawczych założeń, intuicji i przeświadczeń sterujących poznaniem historycznym i mającym charakter pierwotny w stosunku do „wiedzy źródłowej”, będę starał się przedstawić, pomijany zwykle metodologiczny czy teoretyczny wymiar toczącego się sporu [5].

W polu moich rozważań pozostaną w związku z tym dwie kwestie. Po pierwsze, próba rekonstrukcji intencjonalnych deklaracji historyków ujawnianych w toku dyskusji, a więc odpowiedź na pytania w jaki sposób traktują oni debatę o PRL, dlaczego biorą w niej udział i jak widzą w niej swoją rolę ? Po drugie, przedstawienie w jaki sposób owe przedbadawcze założenia, ich prywatne historiozofie wpływają na kreowane przez nich obrazy dziejów PRL.

II. Historycy sami o sobie.

W środowisku historyków polskich zajmujących się dziejami najnowszymi dają się zaobserwować dwa typy motywacji, postaw przyjmowanych wobec przeszłości. Pierwszą z nich, w pewnym przybliżeniu określić można mianem „scjentystycznej”. Jeden z historyków odpowiadając na pytanie redakcji „Arcanów” – jak pisać o PRL ? stwierdził:
„Za jedno z najważniejszych zadań stojących przed autorami prac naukowych z historii PRL-u uważam walkę z mitami zarówno tymi rodem z komunistycznej propagandy jak i antykomunistycznymi, wyrosłymi z myślenia różnych nurtów opozycji antykomunistycznej. Nie sądzę aby historycy PRL-u musieli się zachowywać tak jak politycy, którzy pamiętając o przeszłości /zawsze jakieś wybory/ na wszelki wypadek unikają mówienia <> /elektorat/ rzeczy może trudnych, czasami przykrych, ale prawdziwych” [6].Powyższa wypowiedź jest, jak sądzę, dobrą egzemplifikacją szerszego problemu mianowicie – stosunku większości środowiska historyków polskich do kategorii mitu. Wyrasta on z takiej tradycji rozumienia relacji między światem minionym a światem doświadczanym, zgodnie z którą uważa się, że w akcie poznania historycznego możliwe jest, przy zastosowaniu określonych procedur badawczych, precyzyjne odwzorowanie minionej rzeczywistości, jako takiej, dotarcie do „prawdziwego” obrazu przeszłości. W literaturze określa się ją zwykle mianem pozytywistycznej lub obiektywistycznej. Znosi ona czy unieważnia, ewentualne pole konfliktu między podmiotem poznającym /historykiem/ a przedmiotem poznania /przeszłością/. Jej zwolennicy wychodzą zatem z założenia, że cała lub prawie cała wiedza o świecie jest nam dostępna i możliwa do osiągnięcia. Odnosząc powyższe uwagi do sposobu postrzegania przez historyków mitu, można powiedzieć, że zwolennicy wspomnianej orientacji, traktują go jako „opowieść” nie znajdującą pokrycia w „faktach” a tym samym gotowi są przeciwstawiać mit naukowemu dyskursowi . W takiej optyce aktualna pozostaje opozycja: mit – nauka, a zadaniem historyka staje się „śledzenie” mitu w narracji historycznej i walka z nim. Punkt ciężkości położony jest zatem na analizę funkcji pełnionych przez mit, próbuje się odpowiedzieć na pytanie w jaki sposób deformuje on „prawdziwą” wiedzę o przeszłości ?

Drugim typ motywacji obecny w postawach historyków wobec historii najnowszej określić można mianem „aksjologicznego”. Dobrze ilustruje go następująca wypowiedź jednego z uczestników interesującego nas sporu:

„Ja, na przykład, zajmuję się historią PRL nie tylko dlatego, że mnie to interesuje, ale czuję nakaz o charakterze moralnym: czytam o setkach krzywd, jakie to państwo wyrządziło tysiącom ludzi i uważam, że nie można o tym zapomnieć, nawet jeśli większość społeczeństwa o tym zapomniała. Wiedzę o tym trzeba przenieść do następnych pokoleń” [8].

Ten sam badacz w innym miejscu, tłumacząc dlaczego zdecydował się na pracę w IPN wyznał:

„Otóż pięć może sześć lat temu/…/ opublikowałem tekst o kształceniu historycznym, o świadomości historycznej Polaków. Napisałem w nim, że walka o dekomunizację w Polsce została przegrana na wszystkich polach poza świadomością historyczną. To znaczy: pewne układy nomenklaturowe w gospodarce, w mediach, one już się uformowały i są nie do usunięcia i nie ma takiej siły, która byłaby w Polsce w stanie się im przeciwstawić. Ostatnim odcinkiem, który został, jest pole walki o świadomość młodego pokolenia, elity, o to, jak oceniany będzie PRL. Ta walka też została już w znacznej części przegrana, czego dowodem są wyniki ostatnich wyborów prezydenckich /…/ Przyszedłem do IPN, ponieważ uważam, że jest on szansą na częściową zmianę świadomości, może nie całego społeczeństwa /bo całe społeczeństwo w ogóle nie ma świadomości historycznej/, ale jego elity – na sprawy PRL, na ocenę przeszłości komunistycznej” [9].

Niektórzy badacze traktują więc swój udział w dyskusji na temat dziejów PRL w kategoriach jasno określonego obowiązku wobec społeczeństwa, czy wręcz misji. Postawa taka znajduje swoje odzwierciedlenie w dyrektywach badawczych, jakie winny kierować historykami. Dobitnie świadczy o tym następująca deklaracja, zaczerpnięta z zasygnalizowanej dyskusji Jak pisać o komunizmie ? :
„Nie wystarczy opisywać, trzeba ostrzegać, uodparniać, zabezpieczać przed tą zarazą. To są obowiązki dzisiejszych polskich historyków, publicystów, myślicieli – i polityków” [10].

Oczywiście zasygnalizowane wyżej typy motywacji rzadko występują w postaci „czystej”. Zwykle mamy do czynienia z ich przemieszaniem, czasem też dopełniają się one wzajemnie. Nie ulega wątpliwości, że kryją się za nimi dwa wizerunki historyka, nazwijmy je „tradycyjnymi”, wywodzące się z XIX stulecia.

Pierwszy z nich odwołuje się do figur neutralnego obserwatora, zimnego scjentysty, bezstronnego poszukiwacza prawdy, wolnego od kontekstu czasów, w których przyszło mu żyć. Na plan pierwszy w jego studiach wysuwały się cele poznawcze. Jak wiadomo, postawa ta najpełniej wyraziła się w znanych i wielekroć cytowanych słowach wielkiego niemieckiego historyka Leopolda von Ranke:

„Historii była dotąd dana funkcja sądzenia przeszłości lub nauczycielki życia. Obecna próba nie aspiruje do tak wzniosłego zadania. Chciałaby jedynie pokazać /powiedzieć/ jak to właściwie /w istocie/ było /will bloss sagen, wie es eigentlich gewessen” [11].

Drugi z „tradycyjnych” portretów historyka wyrastał w opozycji do zacytowanej deklaracji Rankego. Głęboko zakorzeniony w tradycji romantycznej, szczególnie polskiej, odwoływał się z kolei do figur duchowego przewodnika i wychowawcy narodu czy strażnika narodowych czy ogólnoludzkich wartości. Joachim Lelewel w szkicu „Jakim być ma historyk” pisał:

„Kiedy więc ten jest wielki obowiązek, ma on sam być przejęty duchem publicznym od warunków ubocznych niezawisłym, ma się napawać najżywiej uczuciami, które określać mu wypada. Musi czuć dostojność własnej religii, unosić się miłością ojczyzny i narodowości, żeby był mocen oceniać uczucia, z którymi najwięcej jest w dziejach do czynienia” [12].

Wracając do współczesności, można powiedzieć, że zacytowane wyżej wypowiedzi polskich badaczy świadczą o tym, że są oni głęboko przywiązani do obu wspomnianych wizerunków. Czy jednak zasygnalizowane wcześniej zmiany w naszym dzisiejszym stosunku do przeszłości, nie wymagają czasem także rewizji owego „tradycyjnego” wizerunku historyka ? Czy udokumentowana w wielu badaniach socjologicznych nostalgia czy tęsknota części Polaków za epoką Gierka, pojawiająca się jakby na przekór większości publikacji historycznych na ten temat nie jest dowodem na to, że jako historycy tracimy symboliczny „rząd dusz” nad kształtem wiedzy historycznej ? [13]

Pozbawienie nas jako historyków monopolu na wiedzę o przeszłości, jest chyba zjawiskiem nieodwracalnym. Jeżeli jednak chcemy bronić swego miejsca w społeczeństwie, a tym samym społecznej ważności przedmiotu naszych studiów, należy zastanowić się nad zdefiniowaniem na nowo, w obliczu jakościowo innej sytuacji roli historyka. Oba zasygnalizowane wyżej wizerunki, na naszych oczach ulegają dezaktualizacji. Zarówno w jednym, jak i drugim tkwią bowiem wyraźnie widoczne ograniczenia.

Zimny scjentysta unika jednoznacznych deklaracji światopoglądowych, stroni od historiozofii, neguje potrzebę wypowiadania się na tematy „metafizyczne”. W sporze o PRL często przybiera to postać deklaracji głoszących „konieczność powrotu do obiektywnych badań”, paradoksalnie, szczególnie silnie widocznych wśród badaczy związanych z byłym obozem władzy [14]. Są one dla nich wygodną reakcją na rzeczywiste lub wydumane przykłady manipulowania historią najnowszą przez tzw. obóz solidarnościowy, tworzenia przez niego „politycznie stronniczej wersji historii najnowszej”, rzekomą „ideologiczną zimną wojnę” jaka rozpoczęła się i toczy się w historiografii dziejów najnowszych po 1989 r. [15]. W jednej z wielu podobnych wypowiedzi czytamy:
„W tej wojnie <> raczej niż <>, popełnia się wszelkie możliwe grzechy przeciw regułom dociekania prawdy. Notorycznie przeinacza się fakty lub operuje półprawdami” [16].Krytykując jednostronność ocen historii PRL obecnych w historiografii dziejów najnowszych nawiązują oni do wizerunku historyka jako bezstronnego badacza, skoncentrowanego jedynie na celach poznawczych, wolnego od politycznych nacisków. Abstrahując od słuszności tej diagnozy, zauważyć wypada, że w ustach byłych prominentnych przedstawicieli tzw. historiografii oficjalnej nie brzmi ona zbyt wiarygodnie.

Inne ograniczenia obecne są w wizerunku historyka strażnika narodowych wartości. Często na podobieństwo kapłana nie tylko jasno deklaruje on swoje preferencje światopoglądowe, ale także często wymaga dla nich powszechnej akceptacji. Oto jak taka postawa wygląda w praktyce:

„Pora już najwyższa uświadomić sobie punkt, w którym się znajdujemy. Czas na gruntowny bilans przeszłości. Konieczność ta jest nakazem dnia. Nie możemy w żadnym razie liczyć na pomoc w tym względzie ze strony Zachodu. Tam wiedzą o kondycji współczesności jeszcze mniej a w powrocie do normalności i zasad są znacznie wobec nas opóźnieni. Musimy odrzucić i radykalnie zanegować całą tradycję lewicową – od jakobinizmu poczynając. Tradycja ta bowiem i ta mentalność są sprzeczne z fundamentami naszej tożsamości – katolickiej, chrześcijańskiej, polskiej narodowej, ale też łacińskiej, zachodniej. Jest to pilny i bezwzględny imperatyw /…/ Nie wyzwolimy się intelektualnie, moralnie, a zatem i politycznie, dopóki nie uzmysłowimy sobie w pełni co nas zniewala. Bez gruntownego rozeznania w ideowych rumowiskach współczesności nie znajdziemy drogi do przyszłości” [17].

W zacytowanym fragmencie dostrzec można wyraźną opcję odnoszącą się do świata wartości, którym przyporządkowuje się wybrane fragmenty narodowej przeszłości / wszystko co „dobre” w polskiej historii wiąże się z katolicyzmem, chrześcijaństwem, narodem, cywilizacją zachodnią, wszystko co „złe” kojarzone jest z wartościami lewicowymi/.

Konsekwencją postępującej dezaktualizacji zasygnalizowanych wyżej wizerunków są, wywołane także innymi czynnikami, spadek nakładów książek historycznych i ujawniająca się w szerokich kręgach społeczeństwa niechęć do tzw. akademickiej historiografii. Można przypuszczać, że Polacy z jednej strony nie wierzą historykom głośno deklarującym swój obiektywizm, z drugiej nie chcą być przez nich pouczani i nie akceptują sytuacji w której narzuca im się jakąś wizję narodowej przeszłości.

Zdefiniowanie na nowo roli historyka wymaga przede wszystkim zmiany naszego dotychczasowego stosunku do przeszłości. Jak zauważył współczesny polski metodolog:

„Z historii nie wynika nic czego nie byłoby wcześniej w nas samych. Historia uczy nas moralności i zła, radości i cierpienia, aktywności i fatalizmu, jeśli tego zechcemy. Uczciwe pytanie stawiane dziś wobec naszej wiedzy historycznej, powinno zatem brzmieć nie: jak było czy też dlaczego było tak, a nie inaczej, lecz – jakiej przeszłości nam dziś potrzeba ? Czego dziś musimy się z historii nauczyć ?” [18].

Powinniśmy sobie wyraźnie uświadomić, że to jak postrzegamy siebie, jakich bronimy wartości, determinuje naszą wizję przeszłości. Inaczej mówiąc sytuacja wymaga od nas jako społeczności badaczy pogodzenia się z faktem, że: „historia jest taka, jacy są piszący o niej historycy” [19]. A skoro tak to winniśmy w imię obrony społecznego statusu historii wykształcić w sobie więcej pokory wobec nieodgadnionej tajemnicy przeszłości i szacunku dla alternatywnych wizji historii. Starać się pokazywać wielowymiarowość obrazu przeszłości i wielość obecnego w niej człowieka. Zarówno bowiem współczesny świat, jak i będąca jego częścią pluralistyczna historiografia przekonują, że: „jest /w nim/ miejsce dla każdego, kto ma dość tolerancji, by nie być zazdrosny o posiadanie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości na swój własny użytek i pogodzić się z faktem, że nie należą one już tylko do niego” [20].

III. Historyk a metodologia.

Dyskusja nad historią PRL jest dobrą egzemplifikacją stanu polskiej historiografii po doświadczeniach minionej epoki. Dowodzi ona, ryzykując pewne uproszczenie, że w środowisku historyków zauważalne są dwie postawy historyków wobec metodologii. Pierwszą z nich można określić mianem abstynencji od teorii wyrażanej zarówno explicite jak i implicite. Świadczy o tym chociażby następująca deklaracja złożona w jednym z wywiadów przez czołowego historyka dziejów najnowszych:
„Na szczęście uprawiam historię faktograficzną i nawet jeśli podzielam przekonanie o trafności którejś z definicji, to nie znaczy, że będę z niej korzystał. Wolę pokazywać niż określać” [21].

Wydaje się, że niniejszą opinię podziela zdecydowana większość badaczy. Wykazują oni wielką nieufność wobec wszelkiego teoretyzowania w historii, pragnąc ograniczyć je do niezbędnego minimum. Wolą raczej koncentrować się na odpowiedzi na pytanie „jak?” niż na pytanie „dlaczego?”. Z pewnością wielki wpływ mają na to doświadczenia płynące z „nieudanej przygody” polskich historyków z marksizmem. Szczególnie w historiografii dziejów najnowszych lata dominacji „jedynie słusznej” metodologii czytaj ideologii marksizmu-leninizmu wycisnęły trwałe piętno. Dla wielu historyków stał się on synonimem narzędzia zniewalającego naukę historyczną. Dlatego też badacze dziejów najnowszych / czy tylko oni ? / pamiętający szereg przypadków instrumentalnego traktowania historii w okresie PRL starają się w swoich badaniach uciekać w świat „obiektywnej”, „czystej” historii, a za taką uważają refleksję historyczną opartą przede wszystkim na wiedzy źródłowej.

W pracach poświęconych PRL, dominuje postpozytywistyczny kult faktu, jako podstawowego składnika narracji. Widać w nich dążenie raczej do skonstruowania szczegółowego i precyzyjnego opisu niż perspektywa szersza zakładająca wpisanie owych 45 lat w całokształt dziejów Polski. Jeden z badaczy zadeklarował:

„Trudno mi jako historykowi – badaczowi dziejów najnowszych – ustosunkować się do kwestii ideowych, kreować jakieś wyobrażenia: mnie najbardziej interesują fakty – jak było naprawdę” [22].

Tym samym część historyków hołduje tradycyjnemu poglądowi sformułowanego pod koniec XIX w. m. in. przez dwóch historyków francuskich Charlesa V. Langlois i Charlesa Seignobos autorów pracy „Wstęp do badań historycznych” , że „historię tworzy się na podstawie źródeł /…/ nic nie zastąpi źródeł: nie ma źródeł nie ma historii” [23]. W myśl tej koncepcji źródła mają nas historyków prowadzić jakoby bezpośrednio do „prawdy” o przeszłości, a wydobyte z nich fakty nie są obciążone interpretacją.

Jednocześnie w dyskusji o PRL wyraźnie zaznacza się także inna postawa wobec teorii, której zwolennicy dążą do utożsamienia jej z preferowanymi przez siebie systemami światopoglądowymi. W takim postrzeganiu teoretyczno-metodologicznych założeń historiografii reaktualizuje tradycyjny sposób rozumienia historii jako lekcji, przede wszystkim o charakterze moralnym. Jeden z badaczy w tym kontekście stwierdził:

„Mentalność współczesnych Polaków jest toczona przez indyferentyzm, którego korzenie tkwią w okresie komunistycznym, ale który go przeżył w rezultacie relatywizacji niedawnej przeszłości. Relatywizacja owa jest dziełem komunistów, którzy skutecznie zamazali dobro i zło w życiu społecznym, ale także, niestety, niektórych nowych elit politycznych i intelektualnych, które zaniechały pełnego rozrachunku z historią PRL lub bagatelizują różnice między PRL a obecną Polską. Wspomniany indeferentyzm grozi agonią, dalszym zanikiem norm i więzi społecznych” [24].

Ten sam historyk domaga się zatem od swoich kolegów zajęcia jasnego stanowiska:

„/…/odmowa oceny czynów jest szkodliwym unikiem, zresztą niekonsekwentnym i selektywnym. Każdy ocenia działania innych ludzi, a uciekanie od takich ocen w przypadku postępowania uznanego za uwarunkowane politycznie prowadzi do anomii. Jeszcze wyraźniej należy oceniać instytucje i teorie, które w jakiejś mierze warunkują postawy ludzi. Dzisiejszy zamęt moralny w kwestii oceny PRL bierze się stąd, iż nie osądziwszy do końca systemu i unikając oceny czynów, najczęściej formułuje się pochopne sądy o samych osobach” [25].

W tym kontekście chciałoby się zapytać cytowanego autora, jak wyobraża on sobie w praktyce stosowanie wspomnianych kryteriów moralnych, w jaki sposób i na jakiej podstawie historyk winien w kreowanym przez siebie obrazie dziejów odróżniać „dobro” od „zła” ? Tym bardziej, że badacz ten jednocześnie deklaruje się jako zwolennik historii „obiektywnej”, odrzuca osobisty stosunek do wspomnianego sporu i postuluje badanie „istoty zjawiska” [26].

Wspomniana postawa rodzi wszakże jeszcze inne konsekwencje. Wyrasta ona bowiem z zasygnalizowanego już przeze mnie przekonania, że skoro nie może być konfliktu między światem minionym a historykiem to „prawda” staje się synonimem wartości. Jeden z recenzentów pracy Krzysztofa Lesiakowskiego poświęconej postaci M. Moczara w konkluzji stwierdził:

„Na tle tych faktów, które autor biografii Moczara prezentuje czytelnikom, zdumiewa brak z jego strony jednoznacznej oceny tej postaci. Zdaniem Lesiakowskiego nie da się jej ująć w uproszczonych ramach zwykłych ocen /…/ Chwali autora za ten <> /cudzysłów J.Nowaka/ w słowie wstępnym prof. Jerzy Eisler. Prawda – zdaniem prof. Eislera – leży pośrodku. Trudno się z tym zgodzić. Dla rzetelnego historyka prawda nie może leżeć ani pośrodku, ani na bokach, ale tam, gdzie jest, a więc tam, gdzie można ją odnaleźć na podstawie materiałów dowodowych. Żaden sędzia nie zakończy rozprawy wyrokiem, że oskarżony nie jest ani winny, ani niewinny, bo prawda leży pośrodku. Fałszywie pojmowany obiektywizm w ocenach okresu PRL prowadzi do zniekształcania prawdy i wypaczania dziejów najnowszych” [27].Stara i wielokrotnie eksploatowana w dyskusjach o roli historyka metafora sędziego pełni w tym przypadku rolę perswazyjną. Ma symbolizować połączenie świata wartości ze światem historii.

Zacytowana wypowiedź recenzenta prowadzi nas do uchwycenia dalszych konsekwencji takiego myślenia o przeszłości. W zasygnalizowanej optyce obraz historii staje się areną konfrontacji systemów aksjologicznych, a więc sporem ideologicznym. „Prawdziwe” staje się zatem to co mieści się w katalogu wartości obecnych w wyznawanym przez historyka światopoglądzie. Jeśli uznaje on np. tzw. tradycję lewicową lub prawicową jako synonim zła to ta konstatacja staje się dyrektywą jego postępowania badawczego. Znajduje to swoje odzwierciedlenie w różnych warstwach narracji historycznej. Odwołam się do przykładów. Często odmienność nastawień widoczna jest już w sferze semantycznej. Jeden z uczestników sporu zauważył:

„Piszemy <> nie z kaprysu czy przypadku. To jest nazwa państwa, musi być pisana dużą literą. Nie piszemy <>, bo uznanie tego skrótu sugerowałoby, że kryją się pod nimi prawdziwe nazwy. A to ani Polska, ani Rzeczpospolita /nie był to <> [28].Ze zrozumiałych powodów wspomniana nazwa zamiast w postaci trzech liter pisana w formie słownej i przywołana w związku z nią argumentacja są konsekwentnie odrzucane przez historyków wywodzących się z byłego obozu władzy, którzy piszą z kolei o „wykreślonej Rzeczypospolitej” [29].

Podobnie rzecz się ma w warstwie interpretacyjnej. Obserwatora interesującej nas dyskusji nie powinno dziwić, że dla jednej części uczestników historycznej debaty na temat najnowszej historii Polski, dzieje PRL to nic innego jak nieustannna konfrontacja „złej, obcej i totalitarnej władzy” z „dobrym przesiąkniętym ideami oporu, zniewolonym społeczeństwem” dla drugiej z kolei to przede wszystkim działania i wysiłki „pragmatyków” z obozu władzy starających się kierować filozofią tzw. mniejszego zła [30]. Często wraz tą ostatnią argumentacją reaktualizuje się stary spór między „romantykami” a „realistami” jak choćby w następującej wypowiedzi:

„Powszechnie lansuje się romantyzm historyczny w skrajnie ogłupiającej postaci. Kult otacza walkę zbrojną, zwłaszcza pozbawioną szans zwycięstwa. Realizm jest w pogardzie. Również postulat rzeczowej analizy interesów i motywacji przeciwników, nawet sojuszników. Stąd gloryfikacja powstania warszawskiego a ostatnio także WIN” [31].

Wreszcie interesujące nas przeświadczenia widać wyraźnie także w warstwie, pozornie najbardziej odpornej na tego typu praktyki, mianowicie w sferze faktograficznej. Dobrym przykładem może być chociażby ogłoszona swego czasu na łamach „Dziejów Najnowszych” polemika dotycząca książki o Armii Ludowej [32].

W tak pojmowanej historiografii cele poznawcze schodzą na plan dalszy. Oczekuje się od niej przede wszystkim wytłumaczenia współczesności, która w praktyce, niepostrzeżenie, przekształca się w jej historyczną „legitymację”, w skrajnych przypadkach prowadzącą bądź do jej sakralizacji bądź potępienia. W tej sytuacji historiografia ma za zadanie stworzenie takiego obrazu przeszłości, jaką ona „powinna być” zgodnie z przyjmowanymi przez jej twórców założeniami światopoglądowymi, politycznymi czy religijnymi. To co nie jest z nimi zgodne postrzegane jest jako synonim fałszu, zakłamania czy też zmyślenia.

III. Uwagi końcowe

Tocząca się od jakiegoś czasu i z pewnością daleka od zakończenia, dyskusja dotycząca dziejów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej to przykład sporu, który daleko wykracza poza ramy zwykłego dyskursu historycznego. Jak wiele poprzednich tego typu dyskusji jest ona, jak można sądzić wbrew nadziejom wielu jej uczestników, w gruncie rzeczy nierozstrzygalna. Jej uczestnicy bowiem często przekonują się o własnych racjach, wychodząc z założenia, że wiedzą najlepiej „jak to naprawdę było”. W tej sytuacji trudno o zgodę w tak podstawowych kwestiach jak np. ta, czym była PRL ? W sensie zaakceptowania przez większość jakiejś wspólnej, roboczej definicji przedmiotu sporu [33].

Nie lekceważąc jej znaczenia poznawczego, ideowego czy moralnego, spójrzmy na nią jeszcze raz z innego punktu widzenia. Co mówi nam ona o nas – uczestniczących w niej historykach ? Sądzę, że dowodzi , jak wiele iluzji, braku tolerancji i stereotypów tkwi ciągle w nas samych. Z jednej strony chcielibyśmy wierzyć, że służymy wspólnej sprawie, uprawiamy historię jak potrafimy najlepiej, że złe czasy prymatu ideologii nad historiografią dawno minęły. Z drugiej często nawzajem zarzucamy sobie manipulowanie historią właśnie z powodów ideologicznych. Może więc jest tak, że pisząc o PRL ciągle pozostajemy w jego cieniu, z którego nie potrafimy się wyzwolić ? Czy też jak twierdzą teoretycy literatury w każdym tekście, także historycznym, istnieje element nieprzedstawieniowy – składnik retoryczny, moc ironiczna samego tekstu, podważająca to, co ów tekst przedstawia? Może właśnie owa warstwa na swój sposób decyduje o obrazie interesującego nas sporu?

Jeżeli tak właśnie jest, jeżeli nie ma przysłowiowej „ucieczki od historii”, to żeby oswoić, przeszłość, która powraca w teraźniejszości, spróbujmy wspólnie zastanowić się nad opinią wyrażoną ostatnio w literaturze, że:

/…/ nawet w demokracji historia zawsze pociąga za sobą władzę i wykluczenie, jest bowiem zawsze czyjąś historią, opowiedzianą ze stronniczego punktu widzenia. Rzeczywistość zewnętrzna nie pozwala wszakże myśli abstrahować od niej; odciska swe ślady w rozmaitego rodzaju źródłach, które historycy potrafią interpretować. Dążenie do ustalenia prawdy historycznej narzuca pokorę. Ponieważ nikt nie może być absolutnie pewien swej interpretacji, każdy musi przysłuchiwać się opiniom innych, nikomu nie przysługuje ostatnie słowo” [34].

PRZYPISY

[1]
A. Paczkowski, Peerelowska przeszłość w pamięci społecznej, historiografii i polityce /w:/ Tenże, Od sfałszowanego zwycięstwa do prawdziwej klęski. Szkice do portretu PRL, Kraków 1999, s. 217. Zob. także Tenże, Czy historycy dokonali <> z PRL ? /w:/ Ofiary i współwinni. Nazizm i sowietyzm w świadomości historycznej /red./ J. Łukasiak-Mikłasz, Warszawa 1997, s. 13-30.

[2]
Jak zwraca uwagę A. Paczkowski nie było rzeczą przypadku, że pierwszą pracą, wydaną w oficynie „Nowa” najważniejszej inicjatywie drugiego obiegu była broszura J. Karpińskiego Pochodzenie systemu, Warszawa 1977. Na marginesie dodajmy, że ukazała się ona wcześniej na emigracji. Szerzej na temat historii w drugim obiegu zob. M. Mikołajczyk, Jak się pisało o historii… Problemy polityczne powojennej Polski w publikacjach drugiego obiegu, Kraków 1998.

[3]
P. Norra, Czas pamięci, „Res Publica Nowa” 2001, nr 7, s. 41.

[4]
Tamże, s. 43.

[5]
Wspomniane kategorie do teoretycznej refleksji nad historią wprowadził jak wiadomo J. Topolski. Zob. Tenże, Metodologia historii, wyd. II Warszawa 1973, s. 342-378. Zob. także J. Pomorski, Historyk i metodologia, Lublin 1991.

[6]
D. Jarosz, Głos w dyskusji Jak pisać o komunizmie ? Jak pisać o PRL ? „Arcana” 2000, nr 2, s. 10.

[7]
Przykładem takiego podejścia jest chociażby zbiór studiów H. Samsonowicza, O „historii prawdziwej”, Gdańsk 1997.

[8]
Jest to fragment wypowiedzi A. Dudka w rozmowie Czym była PRL ?, „Więź” 1996, nr 2, s. 116.

[9]
A. Dudek, Głos w dyskusji Pamięć narodowa i jej strażnicy, „Arcana” 2001, nr 2, s. 5.

[10]
T. Strzembosz, Głos w dyskusji…”Arcana” 2000, nr 2, s. 7.

[11]
Cyt. za The Theory and Practise of History by Leopold von Ranke Edited with an Introduction by G. Iggers and K. Von Moltke ,New York 1973, s. 137. Abstrahuję w tym miejscu od historiograficznych sporów na temat użytego przez Rankego słowa eigentlich obecnego w literaturze historiograficznej. Zob. tamże, s. XI-LXXIII.

[12]
Cyt. M. H. Serejski, Historycy o historii, Warszawa 1963, T. I, s. 109.

[13]
Zob. np. W. Władyka, Przeszłość zaklęta, „Polityka” 1999, nr 47 /tamże wyniki sondaży przeprowadzonych przez redakcję/.

[14]
A. Czubiński, Wstęp do „Najnowsze Dzieje Polski 1944-1989. Polska Ludowa /1944-1989/, t. II, Poznań 1992, s. 9. Zob. także przykładowo: Zrozumieć przeszłość. Rozmowa z Bronisławem Syzdkiem o dziejach PRL i jego losach, Warszawa 1998, s. 149; J. J. Wiatr, Spory o historię najnowszą, „Gazeta Wyborcza” 17-18.VIII.2001 r.; E. Syzdek, PRL – rozłiczyć czy ocenić „Dziś” 1997, nr 7, s. 55-59.

[15]
Określenia tego użył J.J. Wiatr, op. cit.

[16]
Historia manipulowana /niepodpisane stanowisko redakcji będące reakcją na sejmową debatę wokół WIN/, „Dziś” 2001, nr 5, s. 3-4.

[17]
T. Wituch, Narodowy bilans XX wieku, „Arcana” 1999, nr 2, s. 25. Zob. także wypowiedzi T. Witucha i Marka K. Kamińskiego zamieszczone w odpowiedzi na ankietę „Arcanów” dotyczącą wzorów historycznych we współczesnej Polsce, „Arcana” 1998, nr 1, s. 20-25 i 31-32 oraz Encyklopedia <>, t. I -II, Radom 2000, szczególnie Wstęp, s. 9-10.

[18]
G. Zalejko, Stereotypy w myśleniu historyków /w:/ Podręcznik historii – perspektywy modernizacji /red./ M. Kujawska, Poznań 1994, s. 38.

[19]
E. Domańska, Mikrohistorie. Spotkania w międzyświatach, Poznań 1999, s. 256.

[20]
Tamże, s. 255.

[21]
Rozmowy „Nowych Książek” . Z Andrzejem Paczkowskim rozmawiają Andrzej Biernat i Paweł Kozłowski, „Nowe Książki” 1995, nr 9, s. 10.

[22]
Z. Zblewski, Głos w dyskusji Pamięć narodowa i jej strażnicy…, s. 20.

[23]
Ch. V. Langlois, Ch. Seignobos, Wstęp do badań historycznych, Lwów 1912, s. 19.

[24]
W. Roszkowski, Wczoraj i dziś ? /w:/ Spór o PRL, Kraków 1996, s. 98.

[25]
Tamże, s. 96-97. Zob. także Tenże, Przedmowa do Półwiecze. Historia polityczna świata po 1945 r. Warszawa 1997, s. 7.

[26]
W. Roszkowski,Wczoraj i dziś,.., s. 96.

[27]
J. Nowak-Jeziorański, Patriotyzm w wydaniu Mieczysława Moczara. Barwy Mietka, „Polityka” 1998, nr 42.

[28]
Z. Gluza, Był Peerel, „Karta” 1993, nr 10, s. 1. Zob. komentarz do tej nazwy T. Szaroty zawarty w jego referacie Życie codzienne w Peerelu /w:/ Przełomy w historii. Pamiętnik XVI Powszechnego Zjazdu Historyków Polskich, Toruń 2000, t. II, cz. II, s. 504-505. Na marginesie dodam, że specyficzne kłopoty z nazewnictwem dotyczącym tej powojennej formy państwowości polskiej dobrze odzwierciedla także tytuł emitowanej w telewizji audycji J. Diatłowickiego Rzeczpospolita dwa i pół.

[29]
B. Syzdek, Wykreślona Rzeczpospolita, „Dziś” 1997, nr 8, s. 55-59. Zob. także np. J. Maciszewski, Rzeczpospolita trzecia czy czwarta ? „Dziś” 1991, nr 2, s. 10-16.

[30]
T. Strzembosz, Historia oglądana z okna salonu, „Tygodnik Solidarność” 1994, nr 50. Por. także S. Murzański, PRL. Zbrodnia niedoskonała. Rozważania o terrorze władzy i społecznym oporze, Warszawa 1996; Polska pod rządami PZPR /red./ M.F. Rakowski, Warszawa 2000. Piszę o tym szerzej w artykule Spór o interpretacje PRL w publicystyce i historiografii polskiej po 1989 r. /w:/ Historia. Poznanie. Przekaz /red./ B.Jakubowska, Rzeszów 2000, s. 169-182.

[31]
Historia manipulowana…, s. 4.

[32]
P. Gontarczyk, Uwagi o pracy Ryszarda Nazarewicza „Armii Ludowej dylematy i dramaty, „Dzieje Njanowsze” 1999, nr 4, s. 61-80; R. Nazarewicz, Odpowiedź na „Uwagi” Piotra Gontarczyka, tamże, s. 81-98.

[33]
Szerzej piszę na ten temat w artykule Spór o interpretacje… gdzie przytaczam i analizuję główne stanowiska badaczy.

[34]
J. Appleby, L. Hunt, M. Jacob, Powiedzieć prawdę o historii, Warszawa 2000, s. 19-20.

——————————————————————————————–
Materiał udostępniany na zasadach licencji
Creative Commons 2.5 Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne

——————————————————————————————–