Kultura i Historia nr 8/2005

Marcin Małek
Rosyjskie drogi do eshata

Przedruk, Studia Literackie 15.12.2004 Warszawa

Czym jest zagłada oglądana oczami ludzi skazanych na jej wieczne przeżywanie, czy tylko boleścią odczuwana każdego dnia na nowo, nawarstwiająca się w duszy niczym brudny śnieg na nigdy nie sprzątanym dziedzińcu niegdyś pięknego pałacu? Jakim sposobem można sobie wytłumaczyć jej wciąż powracające widmo i jego nagą, nieoczekiwaną materializację? Cóż takiego uczynił człowiek, skoro, wciąż, wbrew własnej woli, na przekór podszeptom zdrowego rozsądku zmuszony jest opłacać swoje człowieczeństwo ceną nie ludzkiego cierpienia? Czy już tylko samo jego przyjście na świat staje się z razu przyczynkiem do wygłaszania od wieków powtarzającego się aktu oskarżenia? Zarzutu, w którym już u początku pierwszego zdania zawarty jest wyrok? Czymże jest ów Armagedon przyczajony nieopodal łona brzemiennej matki? Czyim jest dziełem i czyją wolą ta odwieczna zagłada dusz, wytrawiająca jestestwo niczym kwas nieczystości na miedzianej płytce?

Najłatwiej byłoby obwinić zaświaty, wszystkich bogów i anty-bogów jakich znamy i kiedykolwiek znaliśmy. Najprościej byłoby przypisać im winę i umyć ręce. Ale opatrzność nie zadowala się takim osądem, jak na złość, co jakiś czas, jakby w geście okazania dobrej woli ofiaruje człowiekowi szansę na normalność, a ten nie umie albo też nie chce z niej skorzystać. W każdym nowym przyjściu na świat, we wszelkim cudzie narodzin upatruje nieszczęścia, wywieszcza sobie drogę przez mękę przy dozgonnej asyście piekielnych mocy, które każdorazowo do istnienia przywołuje jego wyobraźnia…

Oto na własne podobieństwo Bóg stworzył człowieka, człowiek zaś obrawszy inną drogę obudził w sobie diabła, czyniąc go doskonałym odwzorowaniem siebie samego. Sami więc ponosimy winę, płacimy za własne wybory, zagłada przed którą tak usilnie się chronimy jest dziełem naszych umysłów i rąk. Istot czczących Boga a obcujących z diabłem, który prowadzi je za rękę.

Ten “zły”, którego każdy z nas nosi pod skórą, zaadoptował dla siebie wygodne mieszkanie. Jego legenda, mit o “odwiecznym wrogu” chrystusowym antagoniście niegdzie nie wzrastała z taką siłą i gwałtownością jak w Rosji. Bo też Rosjanie uparcie i niezmiennie dążą do eschta, do rzeczy przyszłych, hołdują religii zaświatów, która “ledwie dotyka ziemi stopami” i pragnie “zakosztować życia niebiańskiego”.

Bierdiajew twierdził, że “są dwa główne mity, które mogą dynamizować życie narodów – mit o pochodzeniu i mit o końcu. U Rosjan dominuje mit o drugiego rodzaju – mit eschatologiczny. […] Naród Rosyjski jest narodem kobiecym i kierującym się sercem. […] Duch męski przejawia się na Zachodzie i narzuca swój kształt żywiołowym siłom narodu. Dusza rosyjska, przeciwnie, pozostała nieograniczona. Pragnie ona otrzymać wszystko lub nic. Humor tego narodu jest bądź apokaliptyczny, bądź nihilistyczny. W związku z tym jest to naród nie zdolny do zbudowania królestwa <>, królestwa cywilizacji”.

Do rozwoju tej eschatologicznej wrażliwości Rosjan przyczyniły się wielkie katastrofy narodowe – od najazdów mongolskich, poprzez “wielką smutę” do obyczajowo-religijnej rewolucji Piotra I. Ale najsilniejsze nastroje apokaliptyczne ujawniły się u początku drugiej połowy XIX wieku. Ludzie zawiedli się na biegu historii, nie oczekiwano już niczego dobrego, wypaliło się poczucie historycznej myśli. “oczekiwano nie tyle narodzin nowej ery chrześcijańskiej i nastania Królestwa Bożego, ile raczej Królestwa Antychrysta”. „Antychryst nadchodzi!” – grzmiał Leontiew, według którego człowiek nic nie może uczynić, pozostaje mu tylko ratować swą duszę bowiem niedługo dopełni się straszliwa przepowiednia z ikony starowierców (która znajduje się w muzeum Pawła Korina), gdzie uwieczniona anioła apokalipsy niszczącego wszystko na rozkaz tego Logosu, który stworzył wszechświat.

Najbardziej uderzającym przejawem narodowego eschatologizmu jest tenże eschatologizm utopijny zaadoptowany od Marksa i w krótkim okresie czasu kompletnie zrusyfikowany. Bierdiajew mówi, że jest on dziełem Żyda, ale takiego który odżegnuje się od swoich korzeni, od tradycji żydowskiej. Marksizm można opisać jako ideologię nienawiści, jako ideę która znienawidziła przyszłość, zanegowała wcielenie – marksizm odstaje od prawdy jak wypaczona futryna od ściany, nie ma w nim miejsca na prawdę wcieloną, zadawala się jedynie abstrakcyjną “religią prawa”. Rosyjscy marksiści uwierzyli w kłamstwo, które z tak wielkim zapałem sami rozpowszechniali – uwierzyli, że można zbawić ludzkość i zamieszkany przez nią świat za pomocą jakiegoś idealnego ładu. A dla urzeczywistnienia tego ładu wyciągnęli ręce po “tysiące głów”, po życie konkretnych osób.

Ale utopia marksistowska nie wzięła się z próżni, miała już swoich orędowników w XIX wiecznej Rosji, rekrutujących się z kręgów wysokiej kultury. Puszkin przerażony smutkiem codziennej Rosji po lekturze Martwych dusz Gogola krzyczał: “Boże, jakąż smutną jest nasza Rosja!”. No właśnie jakaż smutna i mroczna, zdawałoby się wymarzone miejsce dla odwiecznego wroga…

W żadnym innym chrześcijańskim kraju nie wykształcił się w tak krótkim okresie (mowa tu o zaledwie trzech stuleciach) swoisty kulturowo-mentalny kanon z antychrystem w tle. Przejawia się to zwłaszcza w literaturze. W książce Shape of Apocalipse David Batha pisze o “apokaliptycznej fikcji” we współczesnej literaturze rosyjskiej. Jego zdaniem jest to specyficzny “rodzaj świętego tekstu w wersji Księgi Apokalipsy, za pomocą której bohater, narrator i przez skojarzenie czytelnik – każdy w swym oddzielnym królestwie, zamknięty we własnym obrębie – zostaje wtajemniczony w <> z innej czasoprzestrzeni”. Antychryst jako żywa fizyczna osoba po raz pierwszy pojawia się u Dostojewskiego w Dzienniku pisarza, gdzie czytamy “Antychryst do nas przybywa! Już nadchodzi! A koniec świata jest bliski – bliższy niż wam się wydaje!”
Zdaniem Bathe’a Idiota Dostojewskiego należy odczytywać jako “fikcje apokaliptyczną”, gdzie Rogożyn jeśli już nie jest właściwym antychrystem to przynajmniej postacią jemu podobną. Także w Braciach Karamazow widmo apokalipsy ze względu na sposób jej zobrazowania w IV księdze, w części pod znamiennym tytułem Wielki Inkwizytor jest bardzo czytelne i oczywiste. Trudno jednak w sposób nie budzący sprzeciwu (ze względu na różnorodność osobowości i ich odmiennych losów) dowieść, że inkwizytor figuruje jako literackie odwzorowanie antychrysta. Można natomiast starać się przypisać mu rolę jaką często odgrywali poprzednicy antychrysta (zwłaszcza z pośród duchowieństwa, nie wykluczając jednakże ścisłych kręgów władzy świeckiej). Działania jego bowiem nie wynikają ze złej natury, lecz jak to ujął Bernard McGinn “z tragicznego poczucia konieczności zwodzenia ludzi <>. Wielki inkwizytor wie, że zwodzi sam siebie tak samo jak innych, podczas gdy antychryst zwodzi tylko innych, będąc wiernym <> zła”. Spotkanie Chrystusa z wielkim inkwizytorem można by przyrównać do medytacji o Dwóch Sztandarach Św. Ignacego Loyoli. Dwie całkowicie przeciwstawne drogi ustanawiania królestwa postrzega się tu jak przeciwstawienie miedzy postawą kenotyczną Chrystusa a wolą panowania nad światem oraz utrzymania tego panowania siła. Wielki inkwizytor ulega pokusom szatańskim, które odepchną Chrystus i w ten sposób zbliża się do antychrysta. Jednym słowem Chrystus uosabia wolność w cierpieniu, antychryst zaś szczęście w sytuacji przymusu.

Wiele do powiedzenia, jeśli chodzi o literacki portret antychrysta miał także znany i ceniony rosyjski filozof Władymir Sołowiow, o którym Hans Urs von Balthasar wyraził się następująco: “jako wielki artysta porządku i organizacji w historii myśli ustępuje chyba tylko Tomaszowi z Akwinu”.

W zmierzchu swojego życia Sołowiow zapragnął ukazać jak do kwestii zła ma się suma najważniejszych chrześcijańskich prawd. Swoje pragnienie wprowadził w życie publikując niezwykłą pracę pt.: Trzy rozmowy. Autor określa swoje dzieło jako “apologetyczne i polemiczne, z tym drugim można się zgodzić bez wahania bowiem praca ma zabawną formę trzech rozmów dotyczących teodycei, tyle że ujętej w sposób nie dość powiedzieć nowoczesnej:” Czy zło jest tylko naturalnym brakiem, niedoskonałością, która znika sama przez się w miarę wzrastania dobra, czy też jest ona rzeczywistą sił a, co poprzez pokusy włada naszym światem tak, że dla skutecznej z nim walki trzeba mieć punkt oparcia w innym porządku istnienia”. Rosyjski filozof chce ujrzeć zło w całej jego krasie, dostrzec w nim rzeczywistą siłę, broni takiego punku widzenia w rozmowie z pięcioma osobami: Generałem, reprezentantem tradycyjnego chrześcijańskiego środowiska; księciem pacyfistą, miłośnikiem Tołstoja; politykiem, nowoczesnym człowiekiem postępu; damą reprezentującą głos zdrowego rozsądku i na koniec z Panem Z. – własnym alterego. Istotę zła można odczytać z raczej wyczytać – według wskazówek autora w trzeciej części dyskusji, czyli w rozmowie o “końcu historii”, gdzie z Panem Z. Prowadząc dyskusję udowadnia, że postęp jako zjawisko dynamiczne jest w istocie objawem końca i że ten koniec musi wiązać się z antychrystem. Jeśli faktycznie zło jest siłą istniejącą w rzeczywistości – jak wierzył Sołowiow – to “jest to (według Balthasara) akt powiedzenia <> miłości, a więc sprawdza się teza Pana Z. Jakoby postęp ku dobru był jedynie złudzeniem, mrzonką: “Szlaki historii nie wiodą wprost ku Królestwu Bożemu, po drodze muszą odsłonić ukrytego Antychrysta, z którego trzeba zedrzeć ostatnią maskę, maskę dobrego chrześcijanina”.

Antychryst jest wcieleniem “religijnego szalbierstwa” – o czym mówi Pan Z., – “gdyż imię Chrystusa zawłaszczą dla siebie takie ludzkie siły, które w praktyce i w głębi swej siły są obce, a nawet wrogie Chrystusowi i jego Duchowi”. Pan Z., wszak nie utożsamia Antychrysta w sposób jednoznaczny z jakimkolwiek wynaturzeniem chrześcijaństwa, koncentruje się raczej na zasadniczej kwestii zła jako takiego. Sołowiow powiada: “Istota zła kryje się w śmierci i zmartwychwstaniu. Zło jest siłą, a nie jedynie przejściową niedogodnością, gdyż w końcu ludzie umierają.” Stąd – jak pisze Bakshy “mamy tylko jedno rzeczywiste zmartwychwstanie […]. Jeśli śmierć jest silniejsza od śmiertelnego życia, to zmartwychwstanie do życia wiecznego jest silniejsze od jednego o drugiego”. “Pan Z. twierdzi, że ten, kto nakazuje dobro sam go nie czyniąc, w istocie jest zwodzicielem, czyli diabłem – <>. Kwestię zwodzenia wprowadza Pan Z. odczytując Damie Krótką historię Antychrysta, który u końca historii wkracza na scenę życia jako jeden z pośród “kilku wierzących spirytualistów”. Będzie to człowiek obdarzony niezwykłymi talentami, wielu weźmie go za nadczłowieka, będzie wierzył w Boga, dobro i Mesjasza, ale także skażony będzie “ogromną miłością własną”. Przyrówna się do Chrystusa, ogłosi się ostatecznym wybawicielem, prawdziwym dobroczyńcą ludzkości, którą Chrystus pragnął ocalić lecz mu się nie udało… Postawi sobie karkołomne zadanie: połączyć to co Chrystus rozdzielił – zewrzeć w jedność dobro i zło. W końcu w chwili oczekiwania na Boży znak zada zmartwychwstałemu Chrystusowi pytanie, poprosi o radę: cóż czynić w tak ważnej dla siebie chwili? Pyta więc, ale nie umie, nie potrafi ukorzyć się przed Chrystusem ani nie chce uznać jego zmartwychwstania rzuca się więc w przepaść, lecz podnosi go diabeł i przekazuje mu cała swą moc.

Zdumiona niezwykłą opowieścią Dama dopytuje się: co to wszystko ma znaczyć? “[…] nie rozumiem jednak, dlaczego ten pański Antychryst tak nienawidzi Boga, choć sam jest w istocie dobry, a nie zły.” Pan Z. odpowiada: “Otóż to właśnie, że nie w istocie. Na tym tez polega cały sens. I cofam to, co powiedziałem poprzednio, że Antychrysta nie da się przedstawić samymi tylko przysłowiami. Można go przedstawić przy użyciu jednego i to niezwykle prostego przysłowia: <>. Blasku ma przecież to fałszywe złoto aż nadto, zaś rzeczywistej mocy – żadnej.” Warto na koniec zauważyć – co odnotował Czesław Miłosz -, że opowieść Pana Z. ma charakter sprawdzonej przepowiedni: “podaje się (ją) tak, jakby się już wydarzyła”.

Władimir Sołowiow – o czym pisze McGinn – wywarł głęboki wpływ na innego rosyjskiego pisarza symbolistę Andrieja Biełego, który był obecny przy pierwszym czytaniu Trzech rozmów.

Jego powieść Petersburg opublikowana po raz pierwszy w 1916 roku i później w wersji poprawionej w 1922 roku w wielu środowiskach uchodzi za jedno z arcydzieł dwudziestowiecznej prozy powieściowej. “Petersburg można odczytać jako długa opowieść Biełego o Antychryście a kwestia autorstwa oraz hierarchia narracyjna (Pansofiusz, Pan Z., Sołowiow), która w Trzech Rozmowach potraktowana została dość powierzchownie, w powieści Biełego stanowi zagadnienie centralne.Bieły w przeciwieństwie do Sołowiowa unika bezpośredniej konfrontacji z rzeczywistym wcieleniem zła, nie osadza Antychrysta w wirze książkowych zdarzeń – tak nazywana postać w ogóle w powieści się nie pojawia. Mimo wszystko można powiedzieć o autorze Petersburga, że choć co prawda, nie umieszcza w tekście fizycznego odwzorowania Antychrysta, to jednak ów jest w jego książce bardziej obecny, wyraźniej dostrzegalny niźli gdzie indziej, tyle że rozlewa się po duszach i świadomości wielu bohaterów. Bieły stwarza zatem Antychrysta zbiorowego, uniwersalnego, który od tej pory – odnalazłszy dla siebie, sobie tylko znaną drogę przenosi się z głów do głów, z jednej kartki na drugą, z książki do książki, z pokolenia w pokolenie…

Powieściowe wypadki rozgrywają się w czasie kilku dni jesienią 1905 roku w Sankt Petersburgu, mieście, które ze względu na swój niepowtarzalny – rzekłbyś – demoniczny charakter jest jednym z głównych bohaterów powieści. Dziwne, monumentalne budowle, wszechwładna mania wielkości, spizowe pomniki i rozległe place i chyba rzecz najważniejsza – jakiś nie ziemski, ulotny wręcz klimat, pogranicze dwóch diametralnie różniących się światów: materialnego i duchowego, dotykalnego i zmysłowego, zarazem śmiertelnego i nie, bo funkcjonującego jako przedsionek do nieśmiertelności. Wszystko to tworzy pozorną zgodność zdawałoby się nie przystających do siebie – na pierwszy rzut oka – form, wszystko buduje obraz duszy miasta, które w książce Biełego funkcjonuje jako osoba – podmiot. Jednakowoż nic, choćby najznakomitsza analiza, nie ujmie wątłego, zarazem niezwykłego – powiedziałbym nawet – tkackiego sposobu jaki Bieły niby natchniony Goethe snuje swą opowieść na krosnach wyobraźni czytelnika. Główny watek dotyczy dwóch osób: urzędnika Appołona Appołonowicza Ableuchowa, człowieka starego porządku, cień rzeczywistości w której nie sposób już żyć oraz młodego Mikołaja Appołonowicza, dla którego ojciec jest zupełnie obcy i który w przeciwieństwie do rodzica nie jest gasnącym od jakiegoś czasu cieniem tylko pierwiosnkiem nowego… Syn wiąże się z terrorystami i otrzymuje od niech ukrytą w puszcze po sardynkach bombę – ładunek którym ma pozbawić życia własnego ojca. Bombę przekazuje mu Aleksander Iwanowicz Dudkin (jak zauważa McGinn “figura rodem z Nietzschego”), osobnik pod wpływem wcielonego zła – prowokatora Nikołaja Stiepanycza Lippanczenki. Każda z wymienionych postaci nosi w sobie coś z Antychrysta ale w istocie nim nie jest. Bieły jakby pod wpływem raskolników “ostatecznego wroga” upatruje w osobie cara, założyciela miasta – Piotra Wielkiego. Opisuje Antychrysta spozierającego na miasto z cokołu słynnej statuy. Jeździec Miedziany mieści w sobie taki ładunek grozy aż trudno mu się oprzeć – jest w nim coś co zniewala, coś co wzbudza lęk, sprowadza trwożną myśl, wywołuje obłąkanie. Bieły dobrze to rozumiał gdy tworzył własna wersję dramatycznej interwencji jeźdźca. Musiały mu podówczas grać w duszy strofy puszkinowskiego poematu, musiał chyba przywałać pamięć obłąkanego Eugeniusza, który podobnie jak zapity Dudkin staje oko w oko z ożywionym demonem. „Na jego podest szedł do góry ktoś z metalu, wstrząsającym hukiem uderzało teraz wiele pudów, rozpadały się stopnie i oto zwalił się jeden na podeście przy drzwiach. I – trzask: gwałtowny, drzwi wypadły z zawiasów i dymnymi, rozzielenianymi kłębami przelewały się matowości […] na progu drzwi pomiędzy ścianami, przepuszczającymi grynszpanowej barwy przestwory, skłoniwszy uwieńczoną, pozieleniałą głowę i wyciągając ciężką, pozieleniałą rękę, stała ogromna postać, płonąca fosforem. Stał Jeździec Miedziany…”

Biedny Dudkin podobnie jak Eugeniusz nie rozumie co niesie ze sobą takie spotkanie, ile trzeba będzie zapłacić za to jedno niezwykłe spojrzenie, za ten ułamek sekundy w którym spotykają się oczy śmiertelnika i Złego. Jeździec bierze Aleksandra do siebie, adoptuje, wlewa weń swego ducha – zupełnie tak jak diabeł Sołowiowa gdy podnosił z przepaści Antychrysta. Siedział przed nim rozżarzony pod księżycem spizowy gość, patrzący, purpurowo czerwony, oto przepaliwszy się zbielał i – popłynął na pochylonego Aleksandra Iwanowicza spopielającym potokiem: metalami wlał się w jego żyły.”

O Piotrze Wielkim jako o Antychryście pisał także w historycznej trylogii Chrystus i Antychryst Dimitrii Miereżkowski. Trylogia o której mowa miała być w założeniu nietzscheńską krytyką historycznego chrześcijaństwa, które przeciwstawia ciało duchowi a stała się zaskakującym obrazem walki istniejącej od wieków w kulturowo obyczajowych obszarach Europy. “W naszej epoce” – powiada Miereżkowski – “walka człowieka-boga, który ogłasza się bóstwem, z Bogiem-Człowiekiem, owa tajemnicą łaski zstępującej w pokorze nabrała większej ostrości niż kiedykolwiek. Jest to walka miedzy duchem Wschodu i duchem Zachodu, miedzy duchem wojny a duchem łaski.”

Pierwszy tom dzieła Mierieżkowskiego Julian Apostata: śmierć bogów ukazał się w 1895 roku, drugi: Leonardo da Vinci: zmartwychwstanie Bogów w 1901. Ostatni: Piotr i Aleksy: Antychryst z roku 1905 opowiada dzieje Piotra wielkiego i jego syna Aleksego, tyle że z nieco innej perspektywy – nie opuszcza ich baczne spojrzenie starowierców.

Bierdiajew tak widzi trylogię Mierieżkowskiego: “Dla Rosjan, pomijając wszystkie pokusy, którym podlegają, niezwykle charakterystyczne jest odrzucenie wielkości i chwały tego świata. Tacy przynajmniej są oni w u uczuciach wyższych. Doczesna wielkość i sława jawią się pokusa i grzechem, a nie wartością wyższą jak u ludzi Zachodu. […] Interesujące jest że o Piotrze Wielkim i Napoleonie, symbolach wielkości i chwały, naród rosyjski tworzył legendy, w których są oni wcieleniami Antychrysta.”

Z Antychrystem na swój literacki sposób romansował także Gogol, o którym była wzmianka na początku – chodzi mi przede wszystkim o Rewizora ale nie tylko. W tej sztuce Zły przyjmuje postać rzekomego inspektora generalnego. Lecz jak się później okazuje wynika tu pewna komediowa pomykała, bowiem za tytułowego rewizora wzięto nikomu nie znanego młodego przybysza Chlestakowa, który w istocie jest niewiele znaczącym urzędnikiem. Domniemany inspektor przyjmuje wszak rolę, którą mu nieroztropnie przypisano i instaluje się w domu gubernatora, co wywołuje prawdziwą panikę wśród nieświadomych gapów. Znika takoż jak się pojawił, nieoczekiwanie rozpływa się we mgle, niczym zjawa gnana wszędy na skinienie złych mocy. Opuszcza miasteczko unoszony przez trójkę dyrektora poczty – sam przerażony własnymi kłamstwami. Gdy w końcu prawda święci triumf, wszystkich nagle petryfikuje nagła obawa, wkrada się prawdziwa rozpacz – oto w miasteczku lada moment ma się pojawić prawdziwy rewizor… Utwór na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie zabawnej komedii pisanej lekkim piórem, Gogol jednakże w proteście przeciwko takiemu rozumieniu jego zamysłu w 1846 roku dopisał Epilog Rewizora: “Przypatrzcie się uważnie miastu opisanemu w sztuce. Wszystkim dobrze wiadomo, że jest ono fikcją… straszny jest rewizor, który czeka nas przy grobie […]. Niech każdy ma ze sobą przegląd swego miasta wewnętrznego […], gdzie namiętności jak wstrętni urzędnicy, grabią skarb jego duszy.”

Gogol napisał również utwór pod tytułem Portret, moim zdaniem najciekawsze z dzieł które stworzył, udało mu się bowiem uchwycić element podwójnego wcielenia w ludziach, wyobraźnia i słowem odmalował obraz w ramach którego zmieścił tajemnicę objawienia z Antychrystem w tle i wszystko to osadził w duszy jednego człowieka. W Portrecie zło czai się pod postacią lichwiarza, który zamawia swój portret u malarza i wyjaśnia mu powody: “Wkrótce umrę, dzieci nie mam; ale nie chcę umrzeć zupełnie, chcę żyć. Czy potrafisz namalować taki portret abym wyglądał jak żywy?”. Malarz podejmuje się zadania, udaje mu się nadać taki wyraz oczom lichwiarza, tchnąć w nie taką straszliwą siłę życia, że każdego kto tylko spojrzy na portret, zrazu ogarnia trwoga. W tak uczynionym dziele materializuje się zło, obraz nie służy już za wizerunek, mimowolnie staje się ikoną diabła”. Gogol obnaża mechanizm narodzin zła, siły dla której talent malarza był jedynie przekaźnikiem. Dlatego ów na długie lata nazuł na się mnisi habit i zamkną się w samotni. Łaska niebiańska doprowadza w końcu artystę do odtworzenia i tym samym potwierdzenia narodzin Chrystusa. Po takiej lekturze Platon mógłby uznać Gogola za swego największego ucznia, któż bowiem wiedział więcej od niego o podwójnej naturze rzeczy i spraw małych i wielkich o podwójnym wcieleniu wszelkiego istnienia.

Na koniec chciałbym powiedzieć kilka słów o jeszcze jednej książce. W śród wielu, które tu pokrótce omówiłem ta zajmuje miejsce szczególne. Warto pochylić się nad nią choćby z tego względu, że nie tak dano w plebiscycie na powieść stulecia znakomita większość czytelników wskazała właśnie ją. Mowa więc będzie – co nie powinno dziwić zorientowanych – o Mistrzu i Małgorzacie, powieści wpisanej w tradycję wielkanocnego misterium pióra Michaiła Bułchakowa.

Dla kogoś kto czytał tą książkę Bułchakow jawi się jako postać nie z tego świata, jest bardziej czarodziejem niż pisarzem, przebiegłym magiem, który wmiast różdżką, stalówka otwiera bramy do krainy mglistej i migotliwej, pulsującej niepokojem, do świata gdzie skrawki zwykłej rzeczywistości pozszywano szatańską dratwą – czyniąc z niech maskujące odzienie codzienności, skrojone na diabelską miarę.

Pisarz obmyślił sobie sprowadzić Szatana do Moskwy, jednocześnie przypisując mu charakter demiurga dyktującego bieg współczesnych wydarzeń w Wielkim Tygodniu, w trakcie którego stolica przeżywa swoisty najazd piekielnych mocy. Wydaje się, że autorowi towarzyszy trwożna świadomość rzeczywistego egzystowania w ostatnim z piekielnych kręgów, przekonanie, że życiem doczesnym zawładnął ten sam Logos, który w ostatecznym rozrachunku pojawi się aby wygubić ludzkość. Fizyczną obecność Szatana odczytujemy tu jako jedyny dowód na istnienie Boga, zaś istnienie zła stanowić ma jakoby gwarancje tego, że kiedyś, gdzieś tam – w nieokreślonym miejscu i czasie – będziemy mogli doświadczyć dobra.

Podobne przekonanie – o czym była już wcześniej mowa – na dobre zadomowiło się w rosyjskim kontekście literackim, trzeba było jednak osobowości i sugestywnej siły Bułchakowa by rzecz wykrystalizował się we właściwy sposób i nabrała odpowiednich wymiarów i wagi. Bułchakow bowiem pokusił się o umieszczenie w centrum powieści dwóch postaci: z jednej strony Mistrza, którego los umiejętnie wplata w kanon męki Pańskiej i z drugiej Małgorzaty, którą potraktować tu można jako ikonę wzmacniającą liryczny kościec utwory, jako niemal żywą osobę, która przyczynia się do wyjawienia dziejów własnej, nieszczęśliwej miłości. Mistrzem jest nie kto inny tylko sam powieściopisarz i dzięki takiemu zabiegowi może on, na swój własny sposób wpływać na losy bohaterów, lecz już nie jako autor ale jako podmiot i sprawca wydarzeń. Jak słusznie zauważył Andrzej Mandalian: „Inaczej niż w dawnych utworach Bułchakowa charakterystyczne widmo nadciągającego chama, bezpośredniego produktu rewolucji rosyjskiej, zastąpiła tu wizja powszechnego schamienia, obejmująca nie tylko “poetów proletariackich”, bywalców „Gribojedowa” czy widzów Variétes, lecz wszystkie niemal przewijające się przez powieść postacie pierwszo- i drugoplanowe. Elita się skundliła – jej nędzę moralną i umysłową odsłania wizyta Wolanda z jego diabelską świtą, kiedy to w trakcie igraszek wielkanocnych ukazują się paskudne przywary mieszkańców stolicy nabyte w toku ich infernalnej od lat egzystencji. Jedynym reprezentantem patrycjatu intelektualnego (z wyjątkiem wysłanników zaświatów) jest Mistrz, po powrocie z zesłania zamknięty w domu obłąkanych. Z daleka i w innym planie wydaje się mu partnerować Piłat ze swoim wiecznym poczuciem winy.” Piłat bojaźliwy – powiem nawet- balansujący na granicy tchórzostwa. Bułchakow potępia taką postawę uznając ją za niewybaczalny grzech. Ale nie w tym kryje się siła przekazu, bowiem obok grzesznej obawy prokuratora, a może nawet z nią w tle, zmyślnie ujęta zostaje zależność Piłat – Judasz. Jest w tym cos niepokojącego, gdyż nie tchórzostwo – lub jakby tego inaczej nie nazwać – stanowi tu istotę problemu – osnową lęku jest bowiem zdrada. Piłat nakazuje zgładzenie Judasza nie z potrzeby pomszczenia Jeszui, lecz z obawy przed wiecznie powracającym wspomnieniem wiarołomstwa w obliczu własnego sumienia. Piłat okłamuje sam siebie i w tym tkwi tajemnica jego grzechu, grzechu podsycanego lękiem przed oskarżeniem o obrazę majestatu. Bułchakow zręcznie odmalowuje tu obawę, którą nosili w sobie podówczas wszyscy bez mała przedstawiciele elit narodu, do których wszak należał i sam Bułchakow. Mówi o lęku tak degenerującym, ogłupiającym i upodlającym, że nie oparłby mu się i najszlachetniejszych z ludzi. Właśnie owa nadludzka trwoga stała się motorem napędzającym myśli pisarza, znał i rozumiał jej siłę, dlatego nie zawahał się o niej opowiedzieć.

“Sprawa tchórzostwa, atmosfery strachu, praprzyczyny moralnej kapitulacji i wymóżdżenia elit, jest naszym zdaniem nadzwyczaj istotna dla zrozumienia dramatu samego Bułchakowa – pisarza jak najbardziej niezależnego, lecz zmuszonego do porzucenia otwartego sprzeciwu i podjęcia swoistej próby wejścia w układy z władzą. Przecież temu właśnie zawdzięczamy koncept faustyczny i swąd siarki bijący ze stron jego powieści. W tym kontekście nie sposób nie zwrócić uwagi na niejednoznaczność postaci Wolanda. Reprezentujący w powieści siłę, “która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”, nie jest antagonistą ani przeciwnikiem Boga. Stanowi po prostu część planu Bożego. Zgodnie z tym na prośbę Małgorzaty przywraca zniszczone dzieło Mistrza, co więcej – bierze go w opiekę, ratując przed obłędem. Powstaje jednak pytanie: czy jako Szatan nie przekracza swych kompetencji w zakresie czynienia dobra? Bo przecież, choć wątpliwość moralna większości jego działań jest oczywista, jak najbardziej odpowiadają one naszemu poczuciu sprawiedliwości.”

No właśnie? Wędrując przez rosyjską literaturę, o której napisałem, że obcuje ze “Złym” trudno się oprzeć pewnemu wrażeniu, a mianowicie, że obecności Szatana, Antychrysta, etc. zawsze towarzyszą jakieś ludzkie sprawki, to jest, że to one są powodem, przyczyną jego obecności i co ciekawe, ci którzy są ich sprawcami zawsze źle kończą… Czyżby więc wrota do ostatecznego królestwem Bożego miał nam uchylić nie kto inny tylko sam Szatan? Kim jest ów sędzia ostateczności, czy będzie to Bułchakowowski Woland, czy wzbudzający przerażenie rewizor? A może, wolno nam wybrać? Wszak, kórz jeśli nie my wie więcej o złej naturze świata, który zamieszkujemy i komu łatwiej będzie rozróżnić mniejsze od większego zła?

——————————————————————————————–
Materiał udostępniany na zasadach licencji
Creative Commons 2.5 Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne

——————————————————————————————–

Comments are closed.